Zajawki przed urlopem

Obiecywałem sobie zmianę tematyki na blogu sportowym, no i się udało. Nawet jeżeli napisała się najpierw jeszcze notka o futbolu:
Tłusta dogrywka,
to potem przyszedł cykl notek tenisowych:
Pokotem
Niepozorny
Na wstecznym
Porażka hazardzisty
a na koniec świeża notka kolarska:
Setne kółko.

Po urlopie… może znów będą zmiany, jeszcze do końca nie wiem. Ale to pod koniec miesiąca albo już w przyszłym.

 

 

Setne kółko

Trwa setna edycja Tour de France (co oczywiście nie oznacza, że sto lat temu odbyła się pierwsza, te wyliczanki biegną równolegle, dzięki czemu organizatorzy zyskują marketingowo). Jubileuszowa, więc pewnie i imprezy okolicznościowe bardziej rozbuchane, kiedy się patrzy na to co dzieje się wzdłuż francuskich dróg… trudno powiedzieć, Francuzi zawsze są niesamowicie kreatywni (przynajmniej przypominając sobie te edycje, które zdarzało mi się podglądać).

Jubileuszowa edycja aż się prosi o rywalizację o godną rywalizację o zwycięstwo. Cóż, kiedy już po pierwszym etapie górskim faworyt numer 1 ze swoją ekipą pokazał taką siłę, że wydawało się, że już po wszystkim (nawet miałem napisać, że to będzie nudny Tour). Następnego dnia już jednak okazało się, że jego drużyna nie jest aż tak silna jak się wydawało (może się przeforsowali?), i wszystko zaczęło się na nowo kotłować. Lider pokazał wprawdzie siłę w czasówce, ale z tyłu głowy wszyscy mają zakarbowane, że do Paryża daleko i wszystko się zdarzyć może, w końcu już dwóch wiceliderów znienacka poniosło na etapach ciężkie straty i przestało się liczyć. Zwłaszcza frapujący był etap, z pozoru płaski i przeznaczony dla sprinterów, kiedy peleton został po prostu poszarpany przez wiatr, jak na Tour de Pologne. 

Fascynujący jest przy tym skład pierwszej dziesiątki – dwóch Hiszpanów może i nie zaskakuje, dwóch Holendrów już bardziej. Do tego Anglik (z Kenii), Czech, Duńczyk, jeden broniący honoru narodowego Francuz, Kolumbijczyk – no i Polak, ale o tym przecież wszyscy wiedzą. Tuż za ich plecami Irlandczyk, Amerykanin, dwóch Australijczyków, Luksemburczyk, Belg… Piękne przemieszanie

Dziś królewski etap na Ventoux. Różnice w ścisłej czołówce na razie niewielkie, po dzisiejszym etapie możliwe jest wszystko: że Froome pokaże znów siłę i będzie mieć przewagę taką, że tylko WADA mogłaby go powstrzymać, że zmieni się lider, że hierarchia się mniej więcej utrzyma… A jeśli nie wszystko będzie rozstrzygnięte, to Contador pokazał w ostatniej Vuelcie, że wygrywać wyścig można nie tylko w tych najwyższych górach

Nie będę w stanie śledzić wyścigu do samego końca, podczas urlopu na pewno nie będę wpatrywać się w telewizor, poczytam może potem jedynie relacje. Niech jednak wyścig okaże się godny setnej edycji, i rozstrzygnie tak późno, jak tylko to możliwe.

Niepróżny czy jednak małopróżny?

Przeczytałem właśnie wstrząsający artykuł o blogowaniu. Pierwsze zdanie brzmi „Co sprawia że blogerowi chce się pisać?” – i na tak postawione Pytanie ponoć odpowiedź brzmi „najważniejsza jest PRÓŻNOŚĆ”. 

Cóż, trzeba wziąć na klatę, sam w końcu mam notkę o tym jak przyznaję się do próżności skromnych rozmiarów, obywatelscy blogerzy śledczy mogą mi wytropić, czy gdzieś nawet nie bardziej (jak przeczytają ten tysiąc z hakiem notek, mnie się nie chce grzebać w pamięci…). Poza tym „interpretacja próżności może być szeroka”, aspekty techniczne tego zdania pozostawiam koledze Brezly’emu, w każdym razie pomimo mojego przyrodzonego przekonania o skromności może jednak wyjść na to, że upajam się własnym blogowaniem (a może to nie próżność tylko narcyzm by był…)

Podobno blogerzy lubią też dostawać coś do testowania. Pewnie, kto by nie lubił, czy do tego na pewno trzeba być blogerę? Zacząłem się zastanawiać, co do testowania mógłbym dostać… hmm… patrząc na tytuł bloga być może jakiś producent szczotek lub grzebieni… Nie byłby to może wcale zły pomysł, grzebienie zdarza mi się gubić lub przynajmniej czasowo zapodziewać, a tak jakbym dostał do testów to mógłbym mieć i na stałe w aucie (wraz z zapasem), i w domu w różnych łazienkach i pomieszczeniach, i w teczkach, i może w kieszeniach marynarek, i… no w wielu praktycznych miejscach oczywiście. 

Podobno blogerzy lubią też interakcję ze swoimi kochanymi czytelnikami. Kochani, interakujmy więc!

PS Tekst jest tutaj, lub przynajmniej był ostatnio.

Porażka hazardzisty

Przeczytałem kiedyś, że pewien Anglik postawił w zakładach sto funtów na to, że.. jego syn (wtedy nawet chyba nie nastolatek) zostanie w przyszłości pierwszym brytyjskim zwycięzcą Wimbledonu od czasów Perry’ego (było to w czasach, kiedy brytyjski tenis był w stanie głębokiej rozpaczy, kiedy jakikolwiek zawodnik w pierwszej setce rankingu automatycznie stawał się Wielką Nadzieją, jeśli komuś to coś przypomina…). Sto funtów nie majątek (zwłaszcza dla Anglika), a wygrać mógł podwójnie – oprócz nieśmiertelnej chwały (syna), także milion funtów, bo zakład był po kursie 1:10.000.

Nie mam pojęcia, czy rzeczony syn miał jakiekolwiek zadatki na wygranie Wimbledonu, poczynając od jakiegokolwiek talentu, ale jedno się już ojcu nie uda: Murray odczarował podlondyńskie korty, uszczęśliwiając całą Brytanię. Hazardzistę… pewnie też, poza tym jeśli syn kiedykolwiek zagra w finale Wimbledonu, to ojciec już o tym milionie funtów aż tak bardzo myśleć nie będzie. 

Z naszego punktu widzenia – pewnie to lepiej, że Janowicz per saldo przegrał ze zwycięzcą, a nie z przegranym (skoro już i tak przegrał). 

Bądź tu miły

Przez to, że w jednym z banków zaczęli mieszać w hasłach (zmień hasło i niech nie jest identyczne jak 10 ostatnich…) pogubiłem się w tym, jakie mam hasło do jednego z kont, przekroczyłem liczbę dozwolonych prób i w celu dostania się do rachunku (chciałem tylko jedną niewinną rzecz sprawdzić), zmuszony byłem zadzwonić na infolinię. Pomyślałem sobie „infoliniarz też człowiek, na dodatek w pracy przy niedzieli” i postanowiłem być miły, bo czemu nie. Po przebiciu się przez System wreszcie usłyszałem w słuchawce głos konsultantki. 

Poinformowałem uprzejmie w czym rzecz, najwyraźniej nazbyt uprzejmie, bo postanowiła zwracać się do mnie per pani. Czasem się to ludziom zdarza (zwłaszcza kiedy jestem miły), nie przejmując się podałem nazwisko i numer, a pani równie uprzejmie poprosiła, aby… właściciel konta podszedł w takim razie do telefonu. Zasugerowałem pani, że właśnie z nim rozmawia, zmieniając już nieco ton głosu, ale pani najwyraźniej zasłuchała się w tę pierwotną jego melodię i nie chciała dopuścić do siebie myśli, że ja to ja, ten on (albo że ja to ten on…  no nieważne), nawet kiedy zagroziłem że za chwilę zacznę kląć. Koniec końców.. odesłała mnie do placówki bezpośredniego kontaktu, aby tam zweryfikowano moją tożsamość, w zakresie płci jak sądzę. 

Odbluzgałem w milczeniu. Połączyłem się jeszcze raz, ustawiając rozmowę od przedstawienia się szorstkim tonem. Słusznie przewidziałem, że tym razem natrafię na inną konsultantkę, która nie doszukiwała się w moim głosie podstępu. Do placówki może sobie pójść ta pierwsza, ja może nie zrezygnuję jeszcze z współpracy z tym bankiem, ale miły nie będę.

Corniglia

Lipiec, urlop za pasem, a tu jeszcze tyle wspomnień z poprzednich wakacji zostało…

Corniglia jest niewielka, leży w samym środku Cinque Terre. Jak wszystkie tamtejsze miasteczka, jest na pierwszy (i nie tylko) rzut oka kolorowa:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia 

Nie od razu jednak widać, co z niej za ziółko, ot mieścina nad morzem:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Dopiero widziana z właściwej perspektywy (lub właściwego punktu widzenia) ujawnia swój podstępny urok:
Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Corniglia Cinque Terre Włochy Italia

Na górce, między domami, jest przyjemnie jak to w miłym włoskim miasteczku, choć mieszkać tam bym chyba nie chciał, transport bowiem odbywa się dołem, czy wodny, czy kolejowy, zresztą już wspominałem. Zdjęć się z miasteczka wiele nie narobiło, bo to jednak środek drogi był i czas zaczynał gonić.

Kwestia oczekiwań

Nauczycielka muzyki Waleria Ryszanek (44) jest zaszokowana: ten mężczyzna jest o głowę niższy ode mnie, a do tego gruby i łysy!

W ubiegłym miesiącu tematem dyskusji gazetowych był list pewnej pani, która w wieku trzydziestoplusletnim, będąc skarbnicą wielu zalet, straszliwie ubolewała, że nie potrafi znaleźć godnego jej partnera. Doczekała się w odpowiedzi wielu listów i komentarzy, przeważnie sugerujących, że nie docenia własnych ułomności, bądź wyolbrzymia ułomności swoich zalotników (jeśli to słowo w ogóle jest na miejscu, jeśli właściwszym określeniem nie byłoby: uczestników castingu). 

Potem dwanaście lat żyła bez mężczyzny, wprawdzie od czasu do czasu znajdował się jakiś zainteresowany, ale apodyktyczna Waleria szybko go do siebie zniechęcała

Kiedy czytałem te dyskusje, przychodziło mi do głowy wiele złośliwych komentarzy osadzonych w kulturze (w tym w popkulturze). Żaden jednak nie wydawał się bardziej odpowiedni, niż cudowne opowiadanie Vladimira Parala ze zbioru „Dekameron 2000 czyli miłość w Pradze”, zatytułowane „Waleria i jej mały magister” (w przekładzie Emilii Witwickiej). Bohaterkę żeńską scharakteryzowały powyższe cytaty, bohatera męskiego… przedstawiły raczej niż scharakteryzowały, on sam szybko „zaczął rozumieć, jakiego rodzaju kobietę ma przed sobą”. Dalszych opisów postaci i rozwoju akcji już cytować zasadniczo nie będę, kto ciekaw niech przeczyta sam, kto nie ciekaw… co ja mu poradzę, Parala zawsze czytać warto, nie znam lepszego poety codziennego, monotonnego życia, na dodatek z czeskim urokiem. W każdym razie złośliwie oczywiście zadedykuję pani, która zainicjowała tę dyskusję, ten passus:

Walunia nie posiadała się z radości, Sławek wszystko potrafi i właściwie wcale nie jest taki gruby i włosów zostało mu jeszcze sporo, zwłaszcza po bokach i z tyłu na ciemieniu, w końcu choćby taki Napoleon też był niedużego wzrostu, miał brzuszek i niewiele włosów.

Oczywiście, myślenie zaprezentowane w tym zbiorze jest przedćwierćwieczne, miłośnicy gender i feminiści może poczują się dotknięci, nie rusza mnie. I doprawdy, przecież nie zanudzałbym banalnym happy-endem.

Na wstecznym

Zerkam sobie na grę Janowicza z Murrayem (doprawdy, to pierwszy mecz jaki oglądam w tym turnieju!). Set to dopiero drugi, a widoki cały czas śliczne (tyle co po szermierce tuż przy siatce Murray próbował ratować się robinsonadą, jakiż ten sport interdyscyplinarny), nie będę relacjonować całości, bo pogoda może mi w każdej chwili przerwać transmisję, takie te uroki telewizji satelitarnej. 

Po jednej z akcji zobaczyłem scenę, którą właściwie widziałem już tyle razy, i o której tyle razy już chciałem napisać. W obsadzie kortu mamy zawsze wielu ludzi: liniowych (narażonych na ciężkie trafienia), młodzież czatującą wzdłuż siatki na piłki wymagające niezwłocznego usunięcia z kortu, inną młodzież (zwykle) trzymającą w pogotowiu piłki do podania, a jeszcze inną trzymającą ręczniki, z których zawodnicy potrafią korzystać po każdej wymianie. I właśnie o tych ostatnich teraz będzie – oni muszą przechodzić chyba specjalne szkolenia, jak mają do tych graczy podchodzić. Zwłaszcza fascynująco wyglądają te chwile, wcale nierzadkie, kiedy podsuwają się do idących w ich stronę zawodników, podają te ręczniki w locie, a że zawodnicy nie przerywają poruszania się – ręcznikowi muszą zacząć się cofać, bacząc uważnie, czy zawodnik się jednak nie zatrzyma (oddając ręcznik). Doprawdy, to prawdziwy balet nieraz jest. 

Żaden z zawodników póki co nie włączył wstecznego przez czas pisania tej notki.

Niepozorny

Na tegorocznym Wimbledonie mógł się czuć jak cień, jak niewidzialny. Miał pecha, bo zwykle kiedy grał, równolegle trwał jakiś inny pojedynek, dużo bardziej przykuwający uwagę kibiców. Kiedy wygrywał w meczu drugiej rundy, wszyscy czekali z zapartym tchem, czy Janowicz zagra z Kubotem; kiedy wchodził do ćwierćfinału, wszyscy emocjonowali się tym jak Janowicz z Kubotem grał. Dziś, kiedy walczył jak lew w ćwierćfinale (pierwszy tie-break przegrany do 10, drugi wygrany do 6, trzeci set jednym przełamaniem na korzyść faworytów), wszyscy i tak patrzyli na równie zaciekle (i równie nieskutecznie) walczącą o finał Radwańską.

Najbardziej dostrzeżony został, kiedy ustanawiał swój wimbledoński rekord w deblu, przegrywając mecz o wejście do ćwierćfinału, głównie za sprawą swojego partnera – Kubot grał ten mecz w kilka godzin po zwycięskim pięciosetowym boju o ćwierćfinał singlowy, nikt nie był zdziwiony, że przegrali w trzech gładkich setach. A przecież miał już czas, w którym był sportowym celebrytą, kiedy grał w finale Wielkiego Szlema i Masters, wygrywał turnieje, był nadzieją na medal olimpijski. Tylko na Wimbledonie mu zwykle nie szło, nawet w najlepszych latach, raz tylko w mikście przed laty doskoczył do ćwierćfinału. 

W parze z Kvetą Peschke ma teraz niezłą passę – przed ćwierćfinałem na wimbledońskiej trawie był półfinał Australian Open i finał na Flushing Meadows, ciekawe czy uda im się to powtórzyć, albo jeszcze lepiej podskoczyć wyżej. Marcin Matkowski ma 32 lata, z tego dziesięć spędzonych na karierze zawodowej, jeśli ma jeszcze wspiąć się po laury, to czas.. najwyższy.

Pokotem

Ciężko pisać o tenisie w chwili, kiedy Cały Naród się nim rozemocjonował, kiedy wszyscy nagle stali się tenisistami, kiedy nasila się jerzykomania, isiomania i lukimania. Rozumiem powody tych emocji, oczywiście, w końcu nawet oficjalna strona wimbledońskiego turnieju ogłosiła, że oto po raz pierwszy w historii w ćwierćfinale zagra dwóch Polaków, na dodatek ze sobą, przez co gwarantowany jest występ Polaka w półfinale. Do tego Agnieszka Radwańska realizuje plan i tak oto mamy trzech reprezentantów w ćwierćfinale, pomyśleć że trzy lata temu ogłosiłem za sukces, kiedy podobna trójca znalazła się raptem w drugiej rundzie

Euforia przysłania nam oczy na tyle, że przestajemy dostrzegać to, co ciekawsze. Zarówno Kubot, jak i Janowicz mieli w swoim planie Wielkie Nazwiska, ale sportowy los odebrał im szansę zostania ich pogromcami, rekompensując to teoretycznie łatwiejszą grą z zawodnikami niższej klasy. Jakby nie patrzeć, w „polskim” ćwierćfinale mieli grać Nadal z Federerem, paru wysoko notowanych zawodników też w szybkim tempie pożegnało się z turniejem, Murray z Djokoviciem nie narzekają pewnie szczególnie z tego powodu. 

Przerzedzenie faworytów turnieju męskiego to i tak nic w porównaniu z tym, co dzieje się w turnieju pań, tam faworytki położyły się pokotem. Radwańską traktujemy jako faworytkę „z urzędu”, a w tej chwili została w turnieju najwyżej rozstawioną zawodniczką i jedną z raptem trzech z pierwszej dziesiątki! Świadomość, że jej największe „zmory” już jej nie przeszkodzą, sugeruje już rozścielenie czerwonego dywanu, niemniej Na Li i zwłaszcza Petra Kvitova (choć ta druga „teoretycznie”) myślą o sytuacji dokładnie tak samo. 

Trzy mecze z Polakami na pewno jeszcze przed nami. Pięć to liczba zupełnie wyobrażalna. Wolę hamować w tym miejscu kibicowską wyobraźnię, która już-już widzi biało-czerwone nagłówki o sensacji dekady, i powtórzyć, że nie ma co udawać Wielkiej Tenisowej Potęgi. Choćby dlatego, że zawiedzione marzenia bolą. Tak jak bolą tych, którzy odpadli nieoczekiwanie.