Czarny konik

Przed mundialem dość szeroko nazywano reprezentację Belgii „czarnym koniem turnieju” (co jest oczywistym absurdem, bo „czarnym koniem” może zostać tylko ten, po kim nikt się tego nie spodziewa, znakomicie określenie to pasuje w tym roku do Kostaryki). No i Belgowie snują się na razie po boiskach w swoich czerwonych kostiumach, na dumne miano „Czerwonych Diabłów” zasługując tylko w końcówkach meczów (choć warunki w Brazylii wcale nie piekielne, bo tam teraz w zasadzie pora zimowa).

Czarnego konia znajdziemy też w słynnym logo Ferrari, które teoretycznie produkuje samochody w różnych kolorach, ale kanoniczną ich barwą jest czerwień. Czerwone w każdym razie na pewno są bolidy F1 ze stajni Ferrari, w tym sezonie znów dość dychawiczne, z trudem broniące dla Czarnego Konia trzeciego miejsca w klasyfikacji generalnej, w ośmiu wyścigach zaledwie raz umieszczając swojego kierowcę na podium. 

Mam dziwne wrażenie, że Belgia w swojej karierze czarnego konia nie skończy lepiej niż Ferrari, czyli z wysiłkiem doczłapie się do punktowanego miejsca, może w ósemce.

Rzemiosło globalne

Mam w kuchni taki stołek, co to kiedyś za niewielkie pieniądze kupiłem, ot, kawałek deski i nogi z metalowych rurek (taboretem bym go nie nazwał bo mi się nieodłącznie to słowo kojarzy z meblem o drewnianych nóżkach). Siedzisko jest do nóg przykręcone jakimiś śrubkami, które – jak to śrubki – od czasu do czasu się nieco luzują i trzeba je dokręcić dla zasady.

Sięgnąłem ostatnio po śrubokręt, obróciłem stołek do góry nogami, zacząłem dokręcać. Zupełnie z głupia frant spojrzałem na przyklejoną od spodu metkę, na której pisało: 
Wyprodukowano dla XXXXX
Zakład Produkcyjny YYYY, ul. ZZZZ, Jasło.
Wyprodukowano w CHINACH

Cóż, dowiedziałem się niedawno, że fabrykom porcelany nie opłaca(ło) się jej wypalać na miejscu, bo dużo taniej było ją sprowadzać z Chin (i co najwyżej ozdabiać rękami polskich pracowników). Że jednak najprostszy nawet mebel już się bardziej opłaca sprowadzać z Chin w całości (bo skoro wyprodukowano w Chinach, to znaczy, że nawet wkręcenie śrubek było wykonywane za granicą), to się nie spodziewałem; jestem ciekaw, czy chociaż naklejkę przyklejono w zakładzie produkcyjnym koło Jasła.

Autobus czerwony

Włączyłem pod wieczór telewizor, dłuuugo po rozpoczęciu meczu, już tak chyba nawet kwadrans drugiej połowy mijał (cóż, nie zawsze jest człowiekowi dane móc oglądać od pierwszej minuty). Wynik przyjąłem z niedowierzaniem – jak to, bez goli? W takim meczu? No goli nie było, a nawet jeżeli się na nie zanosiło, to w przeciwnym kierunku niż się można było spodziewać. Pod bramką outsidera przesuwał się natomiast zgrabnie autobus złożony z zawodników w czerwonych strojach, odcinając wszelkie podania kierowane w pole karne, odbijając wszelkie próby wciśnięcia się z piłką, blokując strzały – jak wg najlepszych wzorów Mou (choć ten chyba nigdy nie prowadził drużyny w czerwonych strojach). 

Dwie godziny później kolejny mecz. I znów zobaczyliśmy papierowego (czy też napapierowego) faworyta w jasnych strojach, naprzeciw czerwonej falangi. Tym razem jednak trudno było mówić o autobusie, bo choć skuteczność przecinania podań bywała porównywalna, to była wynikiem raczej błyskawicznego zamykania dziur, niż z góry zaplanowanej szczelności. 

Messi ostatecznie ominął w ostatniej chwili irański autobus, ale i tak stara poczciwa piosenka była najlepszym komentarzem do tego meczu. Ghańska falanga w starciu z niemiecką… ośmiornicą? (doprawdy, jak nazwać ten kształt Mannschaftu, bo nie maszyną) sprokurowała najlepszy mecz mundialu.

Po trzy

Rzymianie mawiali, że omne trinum perfectum, Rosjanie – że Boh trojcu ljubit. Tegoroczny mundial też lubi trójki, aż 11 z dotychczasowych 26 spotkań zakończyło się wynikami trzybramkowymi (mamy też na razie szeroką grupę zawodników, którzy strzelili po 3 gole, oraz 3 gole samobójcze, ale to – jak sądzę – ulegnie jeszcze zmianie). 

Średnia strzelanych goli (na mecz) też nieustająco oscyluje wokół trójki (choć na początku znacznie ją przewyższała), po czwartkowych meczach była trójką idealną, bez zaokrągleń. Po piątkowych meczach troszeczkę brakuje, ot dosłownie jednego gola (77 goli w 26 meczach). Na przykład tego, który Benzema strzelił Szwajcarom trzy* sekundy po ostatnim gwizdku sędziego, choć nikt tego gwizdka w zasadzie nie był świadomy.

Ale gdyby Benzemie tego gola zaliczyli, przestałby mieć trzy gole na koncie. 

*naciągnąłem ciutkę, może to była sekunda

Jak dziecko

Nie, nie chodzi mi o to, jak Rooney trafił w poprzeczkę z odległości metra (przyznajmy, był pod piłką). Ani o to, jak Gerrard dwa razy stworzył kiksem okazje bramkowe (strasznie mi chłopa szkoda, najpierw zawalił klubowi tytuł, teraz reprezentacji mecz o prawie wszystko). Ani o to, jak jeden Anglik za drugim uporczywie podawali piłkę wprost w ręce Muslery, czy to próbując strzelać, czy dośrodkować. 

Dawno nie widziałem w akcji Luisa Suareza, ostatnio… w Londynie na turnieju olimpijskim? (nie oglądam Premier League, a w pucharach Redsów też trudno było wypatrzyć) Kiedy świętował gole, a zwłaszcza drugiego, uderzyło mnie, jak niesamowicie dziecinnie wyglądała jego twarz. Czy to na pewno ten sam facet, co kopie, gryzie i obraża?

Ten sam, odpowiedziałem sobie w myślach. Kiedy wychodzi na boisku, staje się ośmiolatkiem – który cieszy się jak ośmiolatek i wścieka się jak ośmiolatek, z głębi serca i nieobliczalnie. 

Pierwsza dwudziestka

Mundial się zaczął na dobre, już dwadzieścia spotkań za nami (i już trzy drużyny wiedzą, że jadą do domu); do tej pory napisałem w związku z mundialem pięć (krótkich) notek, jak utrzymam takie tempo to będzie potrzebna długa rolka papieru notkowego, żeby je spisać, więc wrzucam pierwsze zajawki:

Wszystko jak zwykle,
Pięknie pograli Holendrzy,
Śmiercią lub kalectwem
Tick-tack,
Niewolnicy podań.

Ale nie obiecuję żadnej konkretnej ilości.

Niewolnicy podań

„Gramy pięknie jak Anglicy, przegrywamy jak oni!”

Łatwo jest się wyzłośliwiać na Hiszpanami, w tym roku będą mogli znów lamentować nad grą swojej reprezentacji i dociekać przyczyn – już to można śmiało mówić – klęski, poniesionej tym razem w kiepskim stylu (stąd nawet tradycyjne podsumowanie wymaga zmiany). Patrzyłem na ich grę i nie mogłem się powstrzymać od myśli, że hiszpańscy mistrzowie tak się już przyzwyczaili do swojego stylu, że zupełnie nie potrafią inaczej – bez względu na wszystko zawsze szukali kolejnego podania, bo może partner znajdzie lepszą lukę do błyskotliwego podania do przodu, a jak zagram sam to mogę stracić (klinicznym przykładem takiego myślenia był kiedyś w Barcelonie Pedro, kiedy z pola karnego rywali udało mu się wycofać piłkę pod własną bramkę); kończyło się to, że kontra była spowalniana, a w polu karnym i wokół niego nikt w zasadzie nie strzelał.

Być może też trzykrotni mistrzowie się wypalili, zestarzeli, skapcanieli. Efekt jest jednak taki, że urzędujący mistrz świata nie dość, że nie wyjdzie z grupy, nie dość, że (jako pierwszy w historii) stracił szanse już po dwóch meczach, ale co więcej, został pierwszą drużyną, która z tego mundialu odpada (oczywiście, to nie ich wina że właśnie grupa B jako pierwsza skompletowała mecze drugiej rundy). Na pewno zawiodła ich skuteczność, bo w tych dwóch meczach trafili raptem raz, z karnego.

Ciekawe jaką Hiszpanię zobaczymy za parę miesięcy. Raczej inną, na pewno nie mistrzowską. 

Etiuda na sample, perkusję i parę riffów

To na pewno nie jest najbardziej znany utwór Lao Che. Nawet nie wiem jak bardzo to znany utwór Lao Che (choć był dość wysoko na LP3) ani jak bardzo ceniony w kręgach fanów i recenzentów. Mnie się jednak tak mocno kojarzy z tym zespołem, jak chyba żaden inny. 

A przecież jak wziąć i dobrze ścisnąć, to w tym utworze w zasadzie nic nie ma, ot jak w tytule. Trochę gitar, perkusja i wyimki ze starych polskich filmów. Ale jak to jest poskładane, coś z niczego, wszystko na swoim miejscu, i przecież nie chodzi o ten tanio wyglądający chwyt z prostymi robociarskimi słowami. 

Po prostu stary tygrys to lubi bardzo. I tylko tytuł dziwny – Hiszpan.

Kto nie zlęknie się burz

Sobota. Z balkonu spoglądają na mnie spode łba deski balustrady,* których odświeżanie rozpocząłem ze dwa tygodnie temu (partiami i i z pewnymi trudnościami logistycznymi). Spoglądam i ja spode łba, za okno, patrząc na niebo, którego wygląd zmienia się w zastraszającym tempie – raz są ciemne chmury, raz słońce, raz kapuśniaczek, raz burza… 

W końcu dochodzę do wniosku, że lepiej z pogodą nie będzie, i ładuję się na dwór, by skrobać i malować. Niebo nadal szaleje, ale nie na tyle, by przeszkodzić, tylko na kilka minut się zwijam podczas jakiegoś deszczyku. Kończę malować ostatnią deskę nasłuchując coraz groźniejszych pomruków…

Kto nie zlęknie się burz, deski ma pomalowane już. Ulewy nie było.

*nie żeby ktoś jeszcze tak na mnie nie spoglądał

Tick-tack

Piłka nożna to gra w której 22 facetów kopie piłkę a na końcu wygrywają Niemcy? No zgadza się.

Niemcy lubią dużo strzelić na początku Mundialu? No zgadza się. 

Portugalczycy mają problemy z psychiką? No zgadza się.

Cristiano Ronaldo słabo strzela na Mundialach (średnia: 1 gol na 1 Mundial)? No zgadza się (dziś strzelając z wolnego bez muru, trafił w jedynego stojącego po drodze Niemca).

Zatem dzisiejszy wynik nie może być wielkim zaskoczeniem. Zaskakujące było jedynie (a może i ciut obraźliwe), że Niemcy grali tiki-takę przeciwko Portugalczykom. Choć właściwie… większość wyjściowego składu była z Guardiolowego Bayernu…

PS Mecz Iran-Nigeria nie ma nic wspólnego z tiki-taką. Warto go oglądać tylko dla ambicji Irańczyków, choć ich grę nawet juniorską trudno nazwać.