Za nami przedostatni wyścig sezonu, został wielki finał w Abu Zabi. Jedna rzecz się wyjaśniła: nie grozi nam scenariusz określany jako największa możliwa niesprawiedliwość, Lewis Hamilton nie ma nad Nico Rosbergiem co najmniej 25-punktowej przewagi (teoretycznie mógł mieć nawet 49-punktową), co w myśl „tradycyjnej” punktacji dawałoby mu tytuł już teraz (słowo „tradycyjna” ujmuję w cudzysłów. gdyż klasyfikacja z 25 punktami za zwycięstwo w wyścigu obowiązuje dopiero od roku 2010). Ponieważ jednak w tym roku (być może tylko w tym) finałowy wyścig jest punktowany podwójnie, to rywalizacja o tytuł między kierowcami Mercedesa (reszta dawno została w tyle) jest wciąż otwarta, można jedynie uśmiechnąć się, że zawodnik, który zajmie siódme miejsce, zdobędzie więcej punktów niż kiedyś zwycięzcy.
Pomimo że pojedynek Rosberg-Hamilton rozegra się w sposób klasyczny, mano-a-mano (reszta będzie jedynie statystować, choć może przeszkodzić), nie brakuje i tak głosów, że ewentualne mistrzostwo Rosberga będzie jakieś takie „kalekie”, gdyż Rosberg będzie mieć w najlepszym razie sześć wygranych wyścigów w sezonie, a Hamilton już ma tych wygranych dziesięć. Krytycy zapominają jednak o tym, że nawet kiedy Rosberg przegrywał wyścig, to najczęściej dojeżdżał na drugim miejscu (ma ich rekordowe dziesięć), zgarniając punkty, podczas gdy Hamilton ma tych drugich miejsc zaledwie trzy. Obecna punktacja dość mocno promuje zwycięzców (chyba tylko punktacja 10-6-4-3-2-1 z lat 1991-2002 promowała ich silniej), ale nawet mimo to widać, że nie tylko zwycięstwa się liczą, w końcu klasyfikacja medalowa Ecclestone’a nie weszła w życie. I nie jest to nic nowego, choćby w sezonie 1982 Rosberg senior zdobył tytuł mając tylko jedno zwycięstwo w sezonie, podczas gdy aż pięciu rywali miało tych zwycięstw po dwa.
Szczególnie jednak odczuwam potrzebę przypomnienia sezonu 1958. Rozgrywano wtedy tylko 11 wyścigów, za zwycięstwo przyznawano ledwie osiem punktów (za drugie sześć, można było zdobyć punkt za najszybsze okrążenie), punktowało ledwie pięciu najszybszych kierowców. W wewnątrzbrytyjskim pojedynku najlepszy okazał się Mike Hawthorn, który wygrał tylko jeden wyścig, podczas gdy jego największy rywal Stirling Moss aż cztery (trzeci w tabeli – choć już z dużą stratą – Tony Brooks miał ich aż trzy). Hawthorn dodał do tego jednak aż pięć drugich miejsc, podczs gdy Moss tylko jedno, i ostateczny wynik brzmiał: Hawthorn 42, Moss 41.
Tu pojawia się dodatkowy smaczek dla dzisiejszych purystów. Obaj główni pretendenci startowali w dziesięciu wyścigach; Hawthorn ukończył osiem, Moss – tylko pięć. Gdyby Moss choćby jeszcze jeden raz dojechał „w punktach” (czołowa piątka, 2 pkt za piąte miejsce), to zdobyłby tytuł. W tym miejscu złośliwie pojawia się obowiązujący w tamtym sezonie przepis: otóż do klasyfikacji generalnej zaliczano tylko sześć najlepszych wyników, jedno piąte i jedno trzecie (!) miejsce Hawthorna byłyby bez znaczenia. Niech ktoś mi powie, czy podwójne punktowanie jednego wyścigu aż tak bardzo się różni od odrzucania punktów zdobytych w innym wyścigu? Oraz czy sprawiedliwsze byłoby mistrzostwo Hawthorna z jednym tylko zwycięstwem, czy (hipotetyczne) mistrzostwo Mossa z (powiedzmy) czterdziestoma kilkoma punktami podczas gdy Hawthorn w ukończonych wyścigach nazbierał ich 49, acz jedynie 42 liczyły mu się do klasyfikacji?