Pomagator

Język polski, jak wiadomo, plastycznym okrutnie jest, i aż zachęca do słowotwórstwa. W przypadku dzieci nie zawsze wiadomo jednak, czy to zabiegi świadome, czy wynik jedynie pewne wciąż jeszcze niezdarności językowej.

W przypadku Juniora, mówiąc szczerze, dość często mamy do czynienia ze zwyczajnymi wygłupami, któym bliżej jest przekręcania z czystej przekory niż świadomemu słowotwórstwu (i bywa to mocno irytujące). Kiedy więc Ojciec słyszy, jak Junior zabierając się do jakieś zadanej mu pracy, wybiera do towarzystwa jakiegoś pluszaka i mówi:
– To będzie mój POMAGATOR,
to reaguje nieprzychylnie, stwierdzając że nie ma takiego słowa.

A potem się dziwi, jak mu Matka z Juniorem pospołu kontrują, że jest. Bo w podręczniku tak nazwano jakiegoś kosmicznego stworka. 

Wątpliwość

Islandia pokonuje Holandię i jest liderem grupy.
San Marino remisuje (u siebie) z Estonią.
Grecja przegrywa u siebie z Wyspami Owczymi.
Liechtenstein wygrywa (na wyjeździe!) z Mołdawią.
Portugalia przegrywa u siebie z Albanią.

To wszystko nie wyniki meczów towarzyskich, ale eliminacyjnych do mistrzostw Europy 2016. Każdy z tych wyników można określić co najmniej jako wielką niespodziankę, sensację, a w niektórych przypadkach jako historyczne osiągnięcie. 

Zadumałem się: a może nasze zwycięstwo nad Niemcami i liderowanie w grupie są po prostu częścią jakiejś większej serii? Oczywiście, nie stały się od tego ani trochę mniej miłe. 

Żorski Mordor

I znów zniosło mnie na Żory. Nie, nie jestem jakiś fanem tego potencjalnie sympatycznego miasteczka, ale całkiem lubię drogę Pszczyna-Żory, odkąd ją niedawno wyremontowano, i mimo że jednopasmówka wiodąca nieraz przez wsie, to jedzie się nią dobrze (jak się nie trafi na zawalidrogę). Namyślałem się po drodze, czy skorzystać z przebudowanej drogi w Tychach, ale uznałem ostatecznie, że trafię na godziny szczytu (co nie będzie przyjemne) i skręciłem w kierunku zachodzącego słońca. 

Jechało się płynnie (i byłem z tego zadowolony). Jednym z powodów, dla którego lubię tę drogę jesienią, jest las na całkiem sporym odcinku. Niestety, tam, gdzie ledwie tydzień temu jechałem jak urzeczony zwalniając ile się dało, dziś zostały głównie gołe gałęzie, gdzieniegdzie tylko upstrzone jeszcze kolorowymi liśćmi (i z tego nie byłem już zadowolony). Cóż, jesień ma swoje prawa…

Jechałem tak sobie, aż dopadła mnie nieprzyjemna zmiana. Spokojny wiejski krajobraz (nie sielski, bo to jednak współczesna wieś) został nagle zdominowany przez ponury komin prawie zasłaniający zachodzące słonce, a na horyzoncie zaczęły wypełzać rozmyte, acz paskudne kontury monstrualnych bloczysk. Nad przydrożnymi stawikami snuły się opary wydzielające się kominami z załadowanych byle czym pieców węglowych (jakże posępnie brzmiało wtedy lecące akurat w radio Smoke on the water).

Co za Mordor, pomyślałem.

Symboliczność instrukcji

Żona przegląda instrukcję nowo nabytego urządzenia treningowego i znienacka zadaje pytanie:
– Dlaczego 256 sekund?

Wiedziony ciekawością dopytuję, z czym te 256 sekund jest związane, i dowiaduję się, że po takim dokładnie okresie bezczynności wyłącza się wyświetlacz w urządzeniu. Patrzymy na siebie w milczeniu przeliczając liczbę sekund na sekundy i minuty, w końcu pada odpowiedź:
– Bo to jest dwa do ósmej potęgi sekund, na wypadek gdyby ktoś chciał napisać symboliczny wiersz o treningu. 

Wierzę, że rozumiecie, ale jeśli nawet nie, to znajdziecie w wynikach wyszukiwania. 

O niesprawiedliwych punktacjach

Za nami przedostatni wyścig sezonu, został wielki finał w Abu Zabi. Jedna rzecz się wyjaśniła: nie grozi nam scenariusz określany jako największa możliwa niesprawiedliwość, Lewis Hamilton nie ma nad Nico Rosbergiem co najmniej 25-punktowej przewagi (teoretycznie mógł mieć nawet 49-punktową), co w myśl „tradycyjnej” punktacji dawałoby mu tytuł już teraz (słowo „tradycyjna” ujmuję w cudzysłów. gdyż klasyfikacja z 25 punktami za zwycięstwo w wyścigu obowiązuje dopiero od roku 2010). Ponieważ jednak w tym roku (być może tylko w tym) finałowy wyścig jest punktowany podwójnie, to rywalizacja o tytuł między kierowcami Mercedesa (reszta dawno została w tyle) jest wciąż otwarta, można jedynie uśmiechnąć się, że zawodnik, który zajmie siódme miejsce, zdobędzie więcej punktów niż kiedyś zwycięzcy.

Pomimo że pojedynek Rosberg-Hamilton rozegra się w sposób klasyczny, mano-a-mano (reszta będzie jedynie statystować, choć może przeszkodzić), nie brakuje i tak głosów, że ewentualne mistrzostwo Rosberga będzie jakieś takie „kalekie”, gdyż Rosberg będzie mieć w najlepszym razie sześć wygranych wyścigów w sezonie, a Hamilton już ma tych wygranych dziesięć. Krytycy zapominają jednak o tym, że nawet kiedy Rosberg przegrywał wyścig, to najczęściej dojeżdżał na drugim miejscu (ma ich rekordowe dziesięć), zgarniając punkty, podczas gdy Hamilton ma tych drugich miejsc zaledwie trzy. Obecna punktacja dość mocno promuje zwycięzców (chyba tylko punktacja 10-6-4-3-2-1 z lat 1991-2002 promowała ich silniej), ale nawet mimo to widać, że nie tylko zwycięstwa się liczą, w końcu klasyfikacja medalowa Ecclestone’a nie weszła w życie. I nie jest to nic nowego, choćby w sezonie 1982 Rosberg senior zdobył tytuł mając tylko jedno zwycięstwo w sezonie, podczas gdy aż pięciu rywali miało tych zwycięstw po dwa.

Szczególnie jednak odczuwam potrzebę przypomnienia sezonu 1958. Rozgrywano wtedy tylko 11 wyścigów, za zwycięstwo przyznawano ledwie osiem punktów (za drugie sześć, można było zdobyć punkt za najszybsze okrążenie), punktowało ledwie pięciu najszybszych kierowców. W wewnątrzbrytyjskim pojedynku najlepszy okazał się Mike Hawthorn, który wygrał tylko jeden wyścig, podczas gdy jego największy rywal Stirling Moss aż cztery (trzeci w tabeli – choć już z dużą stratą – Tony Brooks miał ich aż trzy). Hawthorn dodał do tego jednak aż pięć drugich miejsc, podczs gdy Moss tylko jedno, i ostateczny wynik brzmiał: Hawthorn 42, Moss 41.

Tu pojawia się dodatkowy smaczek dla dzisiejszych purystów. Obaj główni pretendenci startowali w dziesięciu wyścigach; Hawthorn ukończył osiem, Moss – tylko pięć. Gdyby Moss choćby jeszcze jeden raz dojechał „w punktach” (czołowa piątka, 2 pkt za piąte miejsce), to zdobyłby tytuł. W tym miejscu złośliwie pojawia się obowiązujący w tamtym sezonie przepis: otóż do klasyfikacji generalnej zaliczano tylko sześć najlepszych wyników, jedno piąte i jedno trzecie (!) miejsce Hawthorna byłyby bez znaczenia. Niech ktoś mi powie, czy podwójne punktowanie jednego wyścigu aż tak bardzo się różni od odrzucania punktów zdobytych w innym wyścigu? Oraz czy sprawiedliwsze byłoby mistrzostwo Hawthorna z jednym tylko zwycięstwem, czy (hipotetyczne) mistrzostwo Mossa z (powiedzmy) czterdziestoma kilkoma punktami podczas gdy Hawthorn w ukończonych wyścigach nazbierał ich 49, acz jedynie 42 liczyły mu się do klasyfikacji?

Na zakręcie

Problem ze śpiewającymi aktorami polega na tym, że oni nieraz… nie tyle śpiewają, co używają głosu i muzyki do odgrywania roli. I oczywiście im lepszy aktor, tym gra lepiej i bardziej finezyjnie. 

Refleksja ta towarzyszy tak od ćwierćwiecza, od czasu gdy oglądałem pierwszy raz spektakl z piosenkami Hemara – między innymi z udziałem Krystyny Jandy. Od tej pory słuchałem znacznie więcej piosenek wykonywanych przez Jandę, i zawsze podziwiałem wspaniałe kreacje w tych piosenkach, brak fajerwerków czysto głosowych (choć potrafi poszaleć) zupełnie w tym nie przeszkadzał. 

W tym utworze właściwie nie ma śpiewu, jest prawie melorecytacja, tworząca mistrzowski monodram (do genialnego tekstu Osieckiej, jak mocno zapadają w pamięć ci robotnicy którzy mają wstać!). Ale towarzyszy jej jedno ze szczytowych osiągnięć Przemysława Gintrowskiego, w tamtym okresie był w szczytowej formie jako kompozytor i aranżer. 

Omne trinum perfectum. Chętnie umieściłbym wśród swoich propozycji do Trójkowego Topu Wszech Czasów, ale… nie przewidziano. Widocznie uznano że za mało w tym piosenki.

Ekonomiczna jesień

Przyjemną mamy jesień, nie powiem. Kiedy w ostatnich dniach patrzę na termometr, to aż chce mi się myśleć, że jest wyskalowany w Fahrenheitach, bo liczba w okolicach 20 zupełnie się z listopadem nie kojarzy (na szczęście nie jest w Fahrenheitach, bo jednak oznaczałoby to „na nasze” jakieś minus siedem). Dobrze że opon nie zdążyłem zmienić…

Kiedy jest tak ciepło, to liście wykazują mniejszą ochotę do spadania (bo ich nie mrozi w nocy). W efekcie lasy nadal olśniewają, a może nawet olśniewają bardziej. Kiedy jeżdżę drogą przez las, to najzwyczajnie w świecie zwalniam – żeby dłużej się cieszyć widokiem, i żeby (skoro już bardziej patrzę obok drogi niż na drogę) jechać bezpieczniej. Pomyślcie sami, ile się dzięki temu paliwa zaoszczędzi…

jesień Katowice Kostuchna Murcki

jesień Suszec 

jesień Woszczyce 

jesień Orzesze

Jeżeli ktoś przeklinał jadąc za mną – niech wyluzuje. 

Wspomnienia i kolory

Spoglądam za okno: błękitne niebo, pięknie na jego tle wyglądają drzewa, i te wciąż zielone (bo wiecznie zielone), i te jesiennie kolorowe. Wczoraj pogoda niczym nie ustępowała dzisiejszej, o ileż przyjemniej się w takiej scenerii odwiedza cmentarze, niż w wiatr, pluchę czy zgoła śnieg i mróz.

Na dużym miejskim cmentarzu zwracały uwagę wiązanki ku pamięci na grobach Zasłużonych, udekorowane patriotycznymi szarfami. Ktoś rzucił kąśliwą uwagę, że władze miasta postanowiły i tu o sobie przypomnieć przed wyborami – w pierwszej chwili się z nim ochoczo zgodziłem, ale później dostrzegłem, że to inicjatywa wspólna, na osobnych odnogach szarfy podpisali się kolejno Prezydent Miasta, Marszałek Województwa oraz Wojewoda. Na grobie Kilarów leżały nawet dwie wiązanki – jedna z tradycyjnymi szarfami biało-czerwonymi, druga z żółto-niebieskimi.

Przemierzając cmentarze tradycyjnie rozglądałem się to tu, to tam. Tym razem zwrócił moją uwagę jeden grób, na którym pan zmarł w roku 1950, a pani tego samego nazwiska w roku 2000. Między datą ich urodzin było ledwie dwanaście lat różnicy, więc ojca z córką należało wykluczyć, oczywiście mogli być rodzeństwem – ale chwyciło mnie wspomnienie niedawno słyszanej intencji mszalnej „z okazji 90. rocznicy urodzin oraz 46. rocznicy śmierci męża”. Pół wieku życia wspomnieniem…

Sąd drogi czy tani?

Założyć teczkę dla pozwu, przeanalizować go. Wydać i wysłać nakaz zapłaty do obu stron. 
Włożyć do akt sprzeciw, przeanalizować go, przesłać odpis do powoda. Wyznaczyć termin rozprawy.
Poświęcić godzinę na rozprawę.
Przeczytać pismo które wpłynęło po rozprawie i odpowiedź na nie.
Poświęcić godzinę na kolejną rozprawę.
Poświęcić kwadrans na ogłoszenie wyroku na odrębnym terminie.
Napisać uzasadnienie wyroku, wysłać je do stron.
Wezwać do opłacenia apelacji.
Przeczytać wniosek o zwolnienie od kosztów, wydać postanowienie odmawiające i doręczyć je stronie.
Przesłać zażalenie do innego sądu.
Rozpoznać zażalenie, doręczyć postanowienie i odesłać akta.
Wydać postanowienie o odrzuceniu apelacji.

Jeżeli czegoś nie pominąłem, to teraz można byłoby przystąpić do liczenia ile Skarb Państwa wydał na prowadzenie takiej sprawy – na opłaty pocztowe, materiały biurowe oraz pracę sędziego i sekretariatu. W sprawie, którą mam przed sobą na biurku, w zamian za te czynności Skarb Państwa pobrał kwotę 84.597 złotych. 

Oczywiście byłbym hipokrytą gdybym twierdził że Skarb Państwa zawsze robi równie dobre „interesy”, równie często (lub częściej) tyle samo lub więcej czynności wykonuje się za jedyne 30 zł. Po prostu czasem się robi więcej za mniej, a czasem mniej za więcej, i dotyczy to zarówno sądu, jak i pełnomocników. 

Śmierć reportera

To brzmi jak tytuł opowieści wojennej. Gdzie bowiem, jeśli nie na obszarze działań wojennych, może zginąć reporter (przynajmniej w takim najpopularniejszym skojarzeniu)? Oczywiście, może się też zdarzyć, że znajdzie się w nieodpowiednim miejscu relacjonując jakąś klęskę żywiołową, albo najzwyczajniej w świecie ulegnie wypadkowi drogowemu w drodze na miejsce lub z miejsca. Albo…

Kiedy kilka dni temu w Katowicach wybuchł nad ranem gaz w kamienicy, powodując zawalenie się trzech pięter, jednym z kluczowych problemów był oczywiście los mieszkańców. Większość znalazła się wystraszona na ulicy, niektórzy nie nocowali pod adresem zameldowania, ale co do kilku osób zachodziło przypuszczenie, że znajdują się pod gruzami. I rzeczywiście, po półtora dnia odgrzebywania znaleziono ciała.

Ofiary to reporter TVN i jego rodzina. On pracował dla Faktów TVN (wcześniej dla TVP Katowice), robił m.in. relacje z akcji ratunkowej po katastrofie na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich. Nie oglądam wiadomości telewizyjnych, więc nie wiem, czy relacjonował np. poszukiwania górnika zasypanego po wybuchu na kopalni Wesoła w Mysłowicach w tym miesiącu; gdyby jednak chodziło o jakąkolwiek inną kamienicę w mieście, zapewne stałby przed nią i przekazywał informacje do studia. 

Prawdopodobnie nawet nie zdążył o tym pomyśleć, ani nawet zauważyć że umiera, wedle wstępnego raportu zginął na miejscu, kiedy spadły na niego kamienie ze stropu.