a mówią, że kościół tylko ogłupia

Podczas wizyty u Babci i Dziadka z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka, Junior oddaje się rozwiązywaniu krzyżówki (nie bez pomocy wszystkich dokoła) znalezionej w gazecie z programem (szukał jej w tym celu). Jedne hasła idą mu lepiej, inne gorzej, natrafia na hasło „część długu” –  zanim ktokolwiek zdąży zapytać choćby ile to ma mieć liter, wypala radośnie „rata!”.

Ojciec zaczyna się w duchu zastanawiać, skąd dokładnie u Juniora taka wiedza. Nie wyklucza że gdzieś przeczytał (choćby w innej krzyżówce…), przypomina sobie także, że już w pierwszej klasie podstawa programowa obejmowała pojęcie długu, może przy okazji pojawiła się terminologia szczegółówa, a może temat był rozwijany, w każdym razie o żadnej lekcji z panią z banku jeszcze nie słyszał…

Domysły zdają się jednak psu na budę, gdyż po chwiliJunior postanawia wyjaśnić źródło swojej wiedzy i tłumaczy:
– Bo ksiądz raz za razem powtarza w ogłoszeniach, że wciąż jest do spłacenia dług za remont dachu kościoła i że w tym tygodniu przypada do zapłaty kolejna rata… 

Chromatron – proste jest przepiękne

Za Chiny Ludowe nie przypomnę sobie teraz, jak na tę grę trafiłem. Jednego dnia pojawiła się, a potem już grała w nią cała firma.* Graliśmy, aż dograliśmy do końca.. a potem dowiedzieliśmy się o istnieniu dalszej części, która w odróżnieniu od darmowej pierwszej, była dostępna płatnie w Stanach (już nie pamiętam, czy żeby ściągnąć, czy żeby odblokować). I… zrobiliśmy ściepę na tych kilka dolarów, plus koszty przelewu, żeby rozkoszować się kolejnymi zadaniami (w roku 2002!).

Gra jest w założeniu do bólu prosta: mamy na planszy promień światła (lub kilka promieni) i cele w określonych kolorach. Wszystko co trzeba zrobić, to trafić właściwym promieniem we właściwy cel (ale nie w inny). 

 chromatron przykład example

Żeby to osiągnąć, używa się na początek nieskomplikowanych lusterek, które można ustawiać pod różnymi kątami.

chromatron example solution rozwiązanie przykładu

Na kolejnych poziomach otrzymujemy nowe zabawki: splittery rozszczepiające promień, szczeliny przepuszczające światło tylko w określonym kierunku, pryzmaty, filtry przepuszczające określony kolor…
chromatron pryzmat prism

…teleporty, pola wymagające ominięcia, oparte na efekcie Dopplera przyrządy zmieniające kolor promienia oraz creme de la creme – przyrząd rozszczepiający promień w sposób powodujące kwantowe splątanie obu powstałych promieni, wiecie jakie fascynujące efekty daje zabawa zmieniającymi się symetrycznie promieniami, na dodatek w interakcji z jeszcze innymi zabawkami?

chromatron quantum tangler splątacz kwantowy

Jednym słowem: fizyka, logika, geometria – plus złośliwy projektant zadań. I można spędzać godziny na zastanawianiu się, jak poukładać te klocki, a potem podziwiać promienie i świecące gwiazdki.

chromatron solved level rozwiązane zadanie

A w następnych częściach zabawek było jeszcze więcej, kto chce niech czyta, ściąga i gra.

*pomijając prawa licentia poetica, nie był to znowu jakieś wielki zespół

Oscar dla Idy a nieadekwatność

Dziś ogłoszono z dawna wyczekiwane nominacje oscarowe, nastąpił spodziewany szał radości, bo oto teoretycznie będziemy (jako naród) mieć pięć szans na nagrodę Akademii. Dwie nominacje są dla filmów dokumentalnych (o których – mówię szczerze – nawet nie słyszałem i nie mam o nich zielonego pojęcia), dwie (tylko? aż?) dla „Idy” Pawła Pawlikowskiego (kandydowała w większej ilości kategorii, rozpalone głowy najchętniej przyznałyby jej Oscary we wszystkich kategoriach, łącznie z najlepszymi efektami specjalnymi), jedna za kostiumy w filmie „Czarownica”.

Samego filmu, przyznaję, wciąż nie widziałem, więc żadnego zdania nie mam, życzę mu dobrze w obu kategoriach (niewątpliwie jest w tym kropla dumy narodowej), choć z tego co słyszę to rywalizacja będzie jak równy z równym (dlatego boję się każdego rozstrzygnięcia – w jednym przypadku duma narodowa zaleje wszystko aż po pas, w drugim może się wylać szowinizm pod adresem złych ruskich). Piszę zaś głównie z powodu niesmaku, w jaki wprawił mnie dziś dziennikarz radiowy, z Trójki bodaj (ale brzęczały mi dziś w uszach różne rozgłośnie i nie dam głowy czy na pewno). Otóż niesiony radością, był łaskaw stwierdzić że Pawlikowski będzie mieć dwie szanse na odebranie nagrody.

I powróciło to uczucie o którym pisałem dwa miesiące temu, uczucie nieadekwatności. Otóż Pawlikowski jako reżyser miał niewielki wpływ na to jak operator zrealizował zdjęcia, i – jeśli nie zajdą nieoczekiwane okoliczności – nie będzie odbierał za nie nagrody. Nominowanymi za zdjęcia są bowiem Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski, i to na nich, a nie na reżyserze czy kimkolwiek innym, skupiona będzie uwaga (jak wcześniej na Januszu Kamińskim). Na szczęście sam Pawlikowski ma zdrowe podejście do tej kwestii, gdyż w świeżym wywiadzie stwierdził:
Mówimy: film Pawlikowskiego, ale to przecież zasługa całej ekipy, od producentów po osoby wózkarzy.

Sześćdziesiąt cztery grosze, tylko nie płacz, proszę

Zdarzają się tu i ówdzie reklamy, w których jesteśmy kuszeni do nabycia jakiegoś dobra (towaru, usługi), który ma nas per saldo kosztować zaledwie jakąś złotówkę czy dwie. Widząc tak niską cenę, adresat reklamy ma się zachwycić na tyle, by nie myśleć o tym, czy w ujęciu np. miesięcznym oferowana cena faktycznie różni się od oferowanych przez konkurencję. 

Przypomniało mi się dziś rano o konieczności uregulowania pewnej cyklicznej należności. Najpierw sprawdziłem, że mam ją uregulowaną za ubiegły rok, dzięki czemu mogłem liczyć na pewną zniżkę. Zajrzałem na stronę z wysokością opłaty, policzyłem ile mam do zapłacenia, sprawdziłem że wciąż jestem w terminie. Wysłałem przelew. Popatrzyłem jeszcze raz na kwotę, włączyłem kalkulator.

Abonament radiowo-telewizyjny zapłacony z góry za 12 miesięcy (termin do 25 stycznia) wynosi w tym roku 232,20 zł. Daje to niespełna 20 zł miesięcznie, a jeśli podzielić przez liczbę dni w roku – zaledwie 63,62 gr na dzień. Każdy może sobie sam odpowiedzieć na pytanie na co wydaje takie pieniądze…

Zamiast się ośmieszać opowieściami o haraczu, pospieszcie się lepiej z płatnością, zostało 11 dni. I nie trzeba koniecznie iść na pocztę.

Chwała Mołdawianom

Odbyła się doroczna Gala poświęcona wyborom najlepszego piłkarza roku (jakoś nie chcę bez szczególnej potrzeby używać zawłaszczonej nazwy historycznej). Przy tej okazji opublikowano też szczegółowe wyniki głosowania – przypomnę tylko, że głosowali kapitanowie reprezentacji narodowych, trenerzy tych reprezentacji oraz przedstawiciele mediów z ich krajów (nie mam pewności jak ci ostatni byli dobierani), w sumie kilkaset osób; każdy oddawał głos na trzech kandydatów z zatwierdzonej listy (to doświadczenie wyniesione ze starego plebiscytu FIFA, w którym np. zgłaszano trzech Indonezyjczyków jako najlepszych piłkarzy świata), skupię się wyłącznie na kandydatach postawionych na miejscu pierwszym. 

Dominowała oczywiście dwójka Złotych Jajcarzy, ale niektóre nazwiska potrafiły zaskoczyć. Nie pomyślałbym, aby za najlepszego piłkarza świata roku 2014 uznać Philipa Lahma (choć skoro można uznać Cristiano Ronaldo…), Benzemę czy Thibaut Courtois (najciekawsze wydawały mi się te głosy, które potrafiły tuż za belgijskim bramkarzem postawić Neuera, odwrotną kolejność też widziałem), nie mówiąc o Pogbie czy Ramosie; kandydatury Jamesa Rodrigueza, Kroosa, Muellera, Zlatana (godne uwagi, że sam na siebie nie zagłosował!), Neymara, czy nawet Bale’a wydawały się bardziej zrozumiałe. Na szczególną uwagę zasługują związki Mario Goetze z karaibską wysepką Saint Lucia – być może ma tam posiadłość albo obiecał przyjąć obywatelstwo, bo zgodnie zagłosowali nań wszyscy trzej przedstawiciele tego wyspiarskiego państewka (a może po prostu chcieli uhonorować gola na wagę tytułu). 

Gdybym spędził dużo czasu nad tymi wynikami, może opisałbym jakieś prawidłowości geograficzne. Zwróciłem jednak uwagę, że tylko w jednym państwie zgodnie zagłosowano na najlepszego piłkarza roku 2014 – wszyscy trzej przedstawiciele Mołdawii (czy też Mołdowy) na pierwszym miejscu postawili Manuela Neuera. Niestety, nie wystarczyło do tytułu, możemy się zasmucić że z naszych reprezentantów na wysokości zadania stanął tylko trener Nawałka (troszeczkę nas zrehabilitował Henri Kasperczak głosujący w imieniu Mali). W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że swojego trenera nie posłuchał ostatni głosujący związany poniekąd z Polską, Burundyjczyk Saidi Ntibazonkiza…

Wszyscy strzelają do Charliego

Nie pamiętam co robiłem, kiedy dowiedziałem się o ataku na redakcję Charlie Hebdo (pewnie dłubałem w internecie, być może pracowałem jeśli pora była ku temu właściwa). Pamiętam jednak, że później zmarszczyłem brwi, kiedy usłyszałem, że ktoś z francuskich władz ogłosił, że ten zamach wskazuje na potrzebę zwiększenia obecności służb w sieci pod kątem tropienia potencjalnych zamachowców i kanałów ich komunikacji. Zmarszczyłem je jeszcze bardziej, kiedy pojawiła się informacja, że miejsce i czas kolegium redakcyjnego było poufne (bo już może nie ściśle tajne). Jakoś mi się to wszystko nie podobało. A potem…

A potem przeczytałem, że francuskie służby generalnie dały ciała, bo żona terrorysty z paryskiego supermarketu dała nogę do Syrii na długo przed atakami (podczas gdy służby podejrzewały, że czynnie w nich uczestniczy), a pościg za bandytami był godny Louisa de Funes. No, chyba żeby to była ustawka…

A potem przeczytałem, że Rosjanie twierdzą, że za zamachowcami stali Amerykanie (którzy chcieli storpedować zbliżenie Paryża z Moskwą).

A potem przeczytałem, że istnieje też wersja w myśl której za zamachowcami stoi Putin (który chce się zemścić na Francji za odmowę dostarczenia mistrali, odwrócić uwagę od Ukrainy i umożliwić dojście do władzy „swoim kukiełkom z Ukrainy”). 

I sam już nie wiem, czy jest sens ufać własnym – mocno podejrzliwym – odczuciom. I sam już nie wiem, czy zwykła nieudolność jest lepsza – jako wytłumaczenie – od tych teorii spiskowych. 

O opodatkowaniu mitycznej tacy

Proboszcz uprzejmie poinformował, że kolekta z dzisiejszego dnia przeznaczona jest na potrzeby archidiecezji.* Uruchomiło to w mojej głowie (słuchanie ogłoszeń parafialnych dość nudne jest, zwłaszcza przy podawaniu intencji mszalnych oraz planu kolędy) rozmaite rozważania wokół kwestii związanych z powtarzającym się w ustach niewyrafinowanych antyklerykałów postulatem „opodatkowania tacy”, w szczególności (to już wersja zaawansowana) „nabijania” zawartości tacy na kasę fiskalną. 

Otóż jak się tak zastanowić… Sądzę, że wszyscy zgłaszający się z takimi postulatami zgodzą się z założeniem równego traktowania przez prawo. Czym zaś jest „taca”? Otóż z prawnego punktu widzenia nie jest niczym innym, jak darowizną (bo nie jest opłatą za uczestniczenie w mszy) na potrzeby parafii. Już samo to oznacza, że nie ma jak fiskalizować tych przychodów przy wykorzystaniu kasy, gdyż nie jest to sprzedaż w rozumieniu przepisów podatkowych (kwestia, czy któryś z wiernych nie dokonuje w ten sposób darowizny w ramach działalności, zostawimy, gdyż po pierwsze nie wpływa to na sytuację tacy jako takiej, a po drugie jest na tyle niewyobrażalne, że tym bardziej wypada pominąć). 

No, ale przecież darowizny też są opodatkowane (podatkiem od spadków i darowizn). Owszem, są – tyle że podobnie jak w przypadku podatku dochodowego istnieje w przepisach kwota wolna od opodatkowania, która wynosi obecnie (od 2007 roku, nie sprawdzałem czy nie została zwaloryzowana) nie mniej niż 4902 zł otrzymane od jednej osoby w ciągu pięciu lat – co daje ponad 18 zł tygodniowo od osoby. Mimo wszystko wątpię, czy wiele jest osób, które tyle dają tydzień w tydzień…

Tak więc wyszło mi, że gdyby wziąć i opodatkować tacę na zasadach powszechnych (nawet przy założeniu że uda się zidentyfikować wrzucających), to zyski dla budżetu wyniosłyby zapewne w okolicach zera. Osobną kwestią jest, że jeśli – jak w podanym przykładzie – zbiórka nie jest na potrzeby parafii (bywa na diecezję, na misje, na KUL, na Watykan…) to powinna być liczona oddzielnie – i tym bardziej wypadnie spod opodatkowania. 

No, ale antyklerykałowie wiedzą lepiej. 

*tym razem powstrzymał się od dodania, że ofiary wrzucone do koszyczków stojących przed ołtarzem, do których wiele osób tradycyjnie idzie zanim kościelny ruszy z tacą, pójdą na potrzeby parafii

Patrzmy na mężczyzn

Niedawno media donosiły, że już oto więcej nie powtórzy się problem z zakodowaniem ważnych narodowo imprez sportowych – Komisja Europejska zaakceptowała rozszerzony wykaz wydarzeń, które mogą być transmitowane w telewizji otwartej. Skupiano się w tym kontekście przede wszystkim na siatkarskim mundialu, moją uwagę przyciągnął natomiast fakt, że na liście znalazł się też Puchar Świata w biegach narciarskich – ale wyłącznie biegi pań (przyczyna tego jest aktualnie oczywista, choć sama idea dość idiotyczna jest, skoro analogicznego różnicowania nie ma w przypadku skoków, gdzie nasze zawodniczki na razie.. nie istnieją, mówiąc szczerze).

A w biegach… trwa obecnie Tour de Ski, oczywiście pieczołowicie transmitowany, dzięki czemu możemy obserwować przewagę, z jaką Marit Bjoergen zmierza po to upragnione trofeum, tyle razy w przeszłości przegrane. Konsekwentnie mniej uwagi poświęca się rywalizacji mężczyzn (mimo że Staręga zaliczył kolejny wynik etapowy w Top10), choć tam sytuacja o niebo ciekawsza (z punktu widzenia wyników). Prowadzi inny weteran Petter Northug, goniący triumf w Tourze jeszcze bardziej zajadle niż jego koleżanka, przy czym w odróżnieniu od niej skończył ostatni etap nie o dwie minuty, lecz o dwie sekundy ledwie przed następnym rywalem (nawet jeśli dzięki bonifikatom zyskał jeszcze trochę przewagi). Czołowa czwórka mieści się (po bonifikatach) w siedemnastu sekundach, za nimi kolejnych pięciu ma stratę dwóch minut z malutkimi sekundami, będą gonić jak wściekli, Val di Fiemme będzie przyjmować ofiary. Będzie pasjonująco na tym straszliwym podejściu.

Wśród pań oczywiście będziemy się emocjonować ostatnią szarżą Justyny Kowalczyk (bo na taką liczymy), na podium może już wskoczyć tylko cudem właściwie. Warto jednak zwrócić uwagę, że nieźle trzymają się pozostałe dwie nasze reprezentanki – Sylwia Jaśkowiec obecnie na miejscu 17 (szybciej na dzisiejszym etapie od Kowalczyk), z niespełna minutową stratą do Top10 (co oznacza tylko szansę, oczywiście), Kornelia Kubińska na 29 (tylko kilka sekund wolniej dziś od Kowalczyk), ważniejsze że za nią jeszcze kilkanaście innych (a nie ledwie kilka). 

Będziemy zapewne śledzić w niedzielę losy tej finałowej wspinaczki, pamiętajmy wtedy, że prawdziwa rywalizacja odbędzie się w biegu mężczyzn – tam powinna się decydować walka o zwycięstwo.

Je suis Charlie

Mieszkałem cztery lata wśród muzułmanów. Staraliśmy się współegzystować nieszkodliwie (my byliśmy tam gośćmi), grywaliśmy w piłkę, z niektórymi się mniej lub bardziej zaprzyjaźnialiśmy – aczkolwiek częściej zachowywaliśmy rezerwę, dystans, utrzymując się w poczuciu wyższości cywilizacyjnej (podobnej do tej, jaką mieszkańcy obszarów zurbanizowanych mają względem mieszkańców obszarów wiejskich, zwłaszcza tych z Polski B).

To poczucie wyższości, połączone z różnicami kulturowymi, sytuacją polityczną i specyfiką miejscowych zwyczajów (nawet jak na świat arabski, przybysze z innych stron tego świata również podkreślali te różnice) powodowało, że popularność zyskiwał głupawy dowcip, że po wyjeździe stamtąd będziemy się zaciągać do armii izraelskiej (żeby „brać rewanż”, a były to czas pierwszej intifady). Do dziś mam sympatię dla IDF i izraelskiej obrony przed agresją (aczkolwiek wszelkie żydowskie osiedla na terenach okupowanych… bez ochrony bym zostawił, wystarczy). 

Patrzę w tej chwili, jak po paryskiej masakrze wylewa się rzeka nienawiści pod adresem islamu. Ma rację Guetta pisząc, że ta rzeka jest zwycięstwem terrorystów. Idąc za przykazaniem Słonimskiego, mówię więc:

libyan woman voting Je Suis Charlie(to anonimowa Libijka oddająca głos w wolnych wyborach półtora roku temu)

Appka "Kolęda"

Z dawnych czasów wspominam, jak w dniu odwiedzin kolędowych, jeden z ministrantów wyczekiwał na klatce schodowej, żeby ksiądz trafił do właściwego kolejnego mieszkania. Dziś mieszkam na osiedlu domów, więc – po ustaleniu w którym domu kolędę przyjmą (jedni nie przyjmują, innych w domu akurat nie ma) raczej tenże ministrant fatyguje się umyślnym do domu, w którym księdza pozostawił, podając właściwy kolejny numer domu; wyczekiwanie wszak na dworze różni się znacząco od wyczekiwania na klatce schodowej, tak o piętnaście do trzydziestu stopni Celsjusza. 

Czekając dziś na pojawienie się delegacji, tak sobie luźno zacząłem myśleć o sposobach informowania godnych XXI wieku. Dzwonienie czy nawet esemesowanie mogłoby jednak wyjść niezręcznie, ale gdyby tak ksiądz i ministranci mieli w telefonach odpowiednią aplikację z załadowaną listą adresów na dany dzień (dziś 22, jeśli dobrze liczę)… Wtedy mogliby na bieżąco odhaczać na liście „odwiedzony/nieobecny/odmowa/tu jesteśmy”. Wersja premium mogłaby nawet nawigować z bieżącego adresu do następnego na liście czy zarządzać czasem przeznaczonym na odwiedziny w danym dniu… Nie sprawdzałem, może w sklepach z appkami (w zasadzie nie korzystam) coś podobnego już się oferuje. 

Na dworze ciemno, minus cztery, i tak lepiej niż wczoraj, kiedy o tej porze było minus dziewięć.