Webster F

W dniu 15 stycznia 1975 roku odbył się dziwny wyścig. Kierowca wyścigowy Joe Knight podjął wyzwanie i próbował dojechać swoim Datsunem 260Z (przestrzegając przepisów ruchu drogowego) ze stacji Kingston (taka dziura w Rhode Island) do stacji Providence (większe miasto tamże, jakieś trzydzieści mil na północ, nawet był w nim taki serial z Meliną Kanakaredes) szybciej niż pasażer lokalnego pociągu (w tej roli wystąpiła niejaka Sheila Forman, na co dzień pasażer pociągu). Kierowca ruszył z kopyta, ale utkwił w korku na drodze międzystanowej I-95 i dojechał na miejsce w czasie 37 minut, o trzy minuty dłużej niż pociąg. Na mecie zwycięzcy wręczono Trofeum Webstera F. Streeta, wyjaśniając, że Webster F. Street był pierwszym w historii człowiekiem, który umarł z głodu w korku.*

Jak pisał Steinbeck: historia nie musi być nieprawdziwa tylko dlatego, że się nie wydarzyła. Webster F. Street zapewne nie umarł w korku, być może w ogóle nie istniał – pozostał po nim jedynie na zawsze ślad w nazwie koktajlu „Webster F. Street Layaway Plan”, który Steinbeck wcisnął w dłonie Doca i Suzy. Podobno nazwa pochodzi od szkolnego kolegi Steinbecka. Podobno był to ulubiony koktajl F. Scotta Fitzgeralda

W polskim tłumaczeniu Krzysztofa Obłuckiego koktajl zyskał nazwę „Ulica Ostatniej Posługi Webstera F.” (tak naprawdę notka wzięła się stąd, że byłem ciekaw jak ten koktajl nazywał się w oryginale). Na dziś wieczór zmierzenie się z tym tłumaczeniem mnie zwyczajnie przerasta, ale doceniam jego absurdalny urok. 

*za: „Railroads of Rhode Island: Shaping the Ocean State’s Railways”, fragment czytany dzięki Google Books

Obywatelskie prawa zarodka

Kiedy całkiem poważnie zamierzałem się zabrać do roboty, wpadł mi w oko odprysk wczorajszych debat nad projektami ustaw o in vitro (o samym in vitro pisać nie zamierzam, wyraziłem swoje stanowisko ponad cztery lata temu, po dziś aktualne). W trybie wielkiego hihihi zacytowano mianowicie wypowiedź pewnego posła „jakie ma obywatelstwo zarodek wywożony z Polski?”. Zrobiłem sobie pod nosem hihihi, ale dla pewności sięgnąłem do stenogramu sejmowego (strona 194) i zamyśliłem się.

Na wstępie dla jasności wypada odpowiedzieć panu posłowi, że zgodnie z polskim prawem obywatelstwo nabywa się najwcześniej z chwilą urodzenia (patrz art. 14 ustawy o obywatelstwie polskim), więc ta kwestia jest oczywista. Jednocześnie jednak nasuwa się myśl, że polskie prawo nie uzależnia nabycia obywatelstwa od miejsca urodzenia (prawo krwi, a nie prawo ziemi), co do zasady. Co więcej, do uzyskania polskiego obywatelstwa wystarczy by jedno tylko z rodziców posiadało obywatelstwo polskie. Jeżeli więc zarodek pochodzący np. od matki Polki* i ojca Nigeryjczyka, lub matki Ukrainki i ojca Polaka, wyjedzie za granicę i tam w przyszłości po implantacji zostanie urodzony, to dziecko również nabędzie obywatelstwo polskie! (choćby urodziło się w Anglii w rodzinie hiszpańsko-francuskiej). Pozostawiamy zupełnie na uboczu – mając świadomość przeciekawych potencjalnych problemów – kwestie związane z ewentualnym nabyciem obywatelstwa innego państwa czy zmianami w obywatelstwie rodziców, sama ta podstawowa informacja się liczy.

Znacznie ciekawsze wydało mi się pytanie, które znalazłem w dalszej części wypowiedzi pana posła, a mianowicie: jakie zarodek ma prawo do dziedziczenia po wyjeździe z Polski? Każdy prawnik lub adept prawa w tym miejscu uśmiecha się szeroko, wspominając znany od czasów rzymskich problem dziedziczenia przez nasciturusa. I kiedy spoglądamy na nasz rodzimy art. 922 par. 2 kc, to czytamy: „dziecko w chwili otwarcia spadku już poczęte może być spadkobiercą, jeśli się urodzi żywe”; w odróżnieniu od paragrafu trzeciego tego artykułu (regulującego dziedziczenie przez ustanowioną w testamencie fundację) nie znajdujemy przy tym (z łatwych do wymyślenia względów) terminu jaki musi upłynąć aby dziecko mogło „z opóźnieniem” odziedziczyć majątek (dziedziczenie długów za chwilę traci na ważności, ale to inny temat). Nie badałem projektów nowych ustaw, ale zarodek z definicji powstaje na skutek poczęcia, więc dzisiejsze zarodki jak najbardziej mogą się stać w przyszłości spadkobiercami. W świetle art. 64 prawa prywatnego międzynarodowego o prawie dziedziczenia decydować będzie prawo ojczyste spadkodawcy (lub inne przezeń wybrane) w chwili otwarcia spadku (czyli w chwili śmierci spadkodawcy)…

Odpowiadając na inne śmichy-chichy – powyższe rozważania nie odnoszą się do samodzielnych komórek okresu przedpoczęciowego, zwłaszcza męskich.

*errata do tego fragmentu znajduje się w tej notce

A imię jego trzydzieści i trzy, czyli Polski Top

Kiedy pół roku temu wybierałem utwory w głosowaniu na Trójkowy Top Wszech Czasów, jedną z myśli jakie mi wtedy towarzyszyły była „polskie piosenki są takie miłe i kochane, ale dla nich przeznaczony jest Polski Top”, który w ramach nowej świeckiej tradycji odbywa się wiosną – na święto majowe. No i tyle co przypomniano mi o jego istnieniu…

Wskoczyłem więc szybko na stronę Trójki, zatarłem ręce z myślą „to sobie pogłosujemy”. Pierwsza myśl była taka, żeby przy najbardziej poważanych wykonawcach pofolgować sobie i wybierać je całymi garściami. Bardzo szybko się okazało, że 33 miejsca na wiele nie wystarczą. Nastąpiła chwila rozterki – i zmiana koncepcji, każdy wykonawca dostał jedno jedyne miejsce (to przy „zwykłym” Topie nie byłem tak rygorystyczny). Potem trochę tradycyjnego hamletyzowania, odrzucania zbyt sztampowych wyborów… w końcu lista się domknęła, niczym walizka upychana kolanem. Znajdziemy na niej i Klasyków, i Piosenki Z Najlepszych Lat (ze szczególnym uwzględnieniem poetów śpiewanych i śpiewających), i różne dziwa z których nie zamierzam się tłumaczyć. Voila:

Antonina Krzysztoń – „Perłowa łódź”
Aya RL – „Skóra”
Big Cyc – „Berlin Zachodni”
Blenders – „Ciągnik”
Breakout – „Gdybyś kochał, hej!”
Czesław Niemen – „Dziwny jest ten świat”
Daab – „W moim ogrodzie”
De Press – „Bo jo cie kochom”
Formacja Nieżywych Schabuff – „Klub Wesołego Szampana”
Grzegorz z Ciechowa – „Piejo kury piejo”
Hey – „Muka!”
Hurt – „Załoga G”
Klaus Mitfoch – „Jezu jak się cieszę”
Kobranocka – „Kocham cię jak Irlandię”
Kowalski – „Marian”
Kult – „Polska”
Lao Che – „Hiszpan”
Lech Janerka – „Paragwaj”
Maanam – „Krakowski spleen”
Marek Grechuta – „Korowód”
Martyna Jakubowicz – „W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
Obywatel GC – „Nie pytaj o Polskę”
Orkiestra Na Zdrowie i Jacek Kleyff – „Nocnoautobusowa”
Pogodno – „Orkiestra”
Raz Dwa Trzy – „Trudno nie wierzyć w nic”
Republika – „Biała flaga”
Rezerwat – „Zaopiekuj się mną”
Robert Kasprzycki – „Niebo do wynajęcia”
Ryszard Sygitowicz – „Cavalcado”
Sztywny Pal Azji – „Wieża radości, wieża samotności”
Tadeusz Woźniak – „Zegarmistrz światła”
Varius Manx – „Zanim zrozumiesz”
Wolna Grupa Bukowina – „Sielanka o domu” 

Siódemka z głosowania globalnego nie została w całości powtórzona – bo nie.

Amerykanie nie jeżdżą

Ameryka (w rozumieniu: Stany Zjednoczone Ameryki) nieodmiennie kojarzy się z samochodami, wszystkim wokół i samym sobie. To Amerykanie wymyślili masową produkcję samochodów, to oni uczynili z samochodu nieomal przyjaciela, to o Amerykanach pisał Steinbeck, że na tylnym siedzeniu forda model T urodziło się wielu z nich i jeszcze więcej zostało spłodzonych.

Logicznym wydaje się, że skoro Amerykanie tak są oswojeni z samochodami, to i powinni nimi dobrze jeździć. Logika zawodzi jednak kiedy dochodzimy do jazdy wyczynowej na najwyższym poziomie. Obecnie w stawce F1 nie ma ani jednego Amerykanina (Alex Rossi wypadł nawet z grona kierowców rezerwowych). Ostatnim amerykańskim kierowcą, który startował w wyścigu F1, był w latach 2006-2007 Scott Speed, nie zdobył punktu; kiedy odszedł w trakcie sezonu, w fotelu Toro Rosso zastąpił go późniejszy mistrz świata Sebastian Vettel. Ostatnim amerykańskim zawodnikiem, który zdobywał punkty w F1 (nawet stał na podium), był w 1993 roku Michael Andretti (kiedy odszedł z McLarena przed końcem sezonu, zastąpił go późniejszy mistrz świata Mika Hakkinen). Ostatnim amerykańskim zawodnikiem, który wygrał wyścig F1, był… ojciec Michaela Andrettiego – Mario Andretti, a miało to miejsce w Roku Pańskim 1978, kiedy Andretti zmierzał po swój tytuł mistrza świata (raptem drugi dla amerykańskiego kierowcy, po Philu Hillu). 

Tu nasuwa się myśl: Amerykanie to specyficzna nacja, wszak oni zamiast grać w piłkę to grają w football, przecież pewnie robią wszystko sami u siebie i po swojemu. I oczywiście – mają swoje wyścigi samochodowe, zwłaszcza konkurencyjną (w założeniu) serię IndyCar (w której część wyścigów odbywa się na torach owalnych). Tyle że… nawet i tam nie idzie im ostatnio szczególnie. Na przestrzeni ostatnich 10 sezonów tylko dwukrotnie Amerykanin wygrywał tę serię, i w tym okresie ani razu w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej nie było więcej niż czworo amerykańskich zawodników (czworo, gdyż w gronie tym pojawiała się Danica Patrick). Urzędującym mistrzem jest Australijczyk, o tytuły walczą głównie Brazylijczycy i przedstawiciele wszelkich krajów Commonwealthu; po pierwszym wyścigu bieżącego sezonu liderem jest niegdysiejsza gwiazda F1, Kolumbijczyk Juan Pablo Montoya, najlepszy z Amerykanów jest siódmy…

W przyszłym roku w stawce F1 ma się pojawić amerykański zespół Haas Racing. Nie wiadomo, kto będzie prowadził jego bolidy, szanse na amerykański skład są raczej niewielkie. 

To jest to!

To było… jakoś w zeszłym miesiącu, w paskudny poranek, wyjechaliśmy z opóźnieniem, chyba musiałem jakiś niesympatyczny śnieżek czy szronek zgarnąć z szyby. Zostawiłem Juniora pod szkołą, pojechałem w swoją stronę, sięgnąłem do przycisku włączającego radioodbiornik w samochodzie. „Piątek”, pomyślałem, „ciekawe co dziś wymyśli Wojtek Mann” (jakoś tak redaktorów Trójki traktowało się jak znajomych czy członków rodziny prawie, mówiąc im na odległość per Niedźwiedź czy Kuba, a w sumie mieliśmy tam tylko jedną koleżankę kuzynki). Włączyłem.

Postawiło mnie na równe nogi (użyjmy tym razem tej metafory). Nie trafiłem na początek utworu, tylko bliżej końca, ale jechałem z jednym wielkim zachwytem na buzi. Przy najbliższych światłach pospieszenie wystukałem hurraoptymistyczny status na fejsa o cudownych dęciakach, dzień już był „zrobiony” („go ahead, make my day”). Po przyjeździe do pracy natychmiast sprawdzałem, czy już podano dzisiejszą plejlistę… w końcu pojawiło się, znalazłem wykonawcę i przez najbliższe dwie godziny puszczałem jeden koncert za drugim.

Ladies and gentlemen, presenting Preservation Hall Jazz Band – That’s it! W sam raz na końcówkę Świąt.

Świąteczna żółć

Świąteczny poranek. Z wypełnionym układem pokarmowym siedzę na kanapie i walcząc z sennością przeglądam co portal przygotował na świąteczny weekend. Trafiam na rozmowę z panią Młynarską Pauliną, którą być może powinienem znać z mediów (a nie tylko kojarzyć z nazwiskiem ojca), ale najwyraźniej nie uczestniczę w tych samych mediach co pani Paulina. W każdym razie pani Paulina w pewnym momencie wypucza się na tłamszący kobiety system i tako rzecze:

Czy wiesz, że szesnastolatka, jeśli urodzi dziecko, nabędzie do niego praw tylko, jeśli wyjdzie za mąż za pełnoletniego ojca dziecka? Jako panna byłaby ich pozbawiona, aż do chwili osiągnięcia pełnoletności, ale jako poślubiona żona w magiczny sposób staje się wobec prawa osobą na tyle dorosłą, by sprawować władzę rodzicielską?

Budzę się. Budzę się, bo ustawianie i przeinterpretowywanie rzeczywistości pod tezę zwykle mnie wkurza i w tym przypadku też. Bo istotnie, poszczególne elementy tej wypowiedzi są prawdziwe:
– szesnastoletnia matka nie sprawuje pełni władzy nad dzieckiem, gdyż nie posiada pełnej zdolności do czynności prawnych (art. 11 kc, art. 94 kro); sam zresztą kiedyś pisałem wniosek o ustanowienie babci opiekunem świeżo narodzonego wnuka (jego ojciec nie był nieznany, ale dziecko nie było uznane), gdyż matce do pełnoletniości brakowało kilku miesięcy,
– szesnastoletnia matka „magicznie” staje się pełnoletnia i „nabywa praw do dziecka” z chwilą wyjścia za mąż (art. 10 par. 2 kc)
Zapewne uważni czytelnicy zapytają, dlaczego przy wyjściu za mąż pominąłem „za pełnoletniego ojca dziecka”? Po pierwsze… bo to już nieprawda. Pełnoletniość zyskuje się wskutek zawarcia małżeństwa z kimkolwiek (niekoniecznie z ojcem dziecka). Nie ma też znaczenia pełnoletniość małżonka, gdyż żaden przepis tego nie wymaga (a nawet jeśli niezgodnie z prawem małżonek byłby małoletni, to ewentualne unieważnienie małżeństwa nie powoduje utraty już nabytej pełnoletniości, bez względu na wiek).

A co po drugie, zapyta znów uważny czytelnik? Po drugie… clou sprawy. Otóż tak naprawdę wypowiedź Pani Pauliny w kontekście prawnym oczywiście odnosi się przepisu art. 10 par. 1 zdanie drugie kro, zgodnie z którym sąd z ważnych powodów może zezwolić na zawarcie małżeństwa przez kobietę, która jest w wieku między szesnastym a osiemnastym rokiem życia. Jest to – w odróżnieniu od przekonania Pani Pauliny – przywilej, a nie ograniczenie. Cóż bowiem może zrobić szesnastoletni ojciec dziecka? … … … nic. Może tylko czekać cierpliwie do ukończenia osiemnastego roku życia, dopiero wtedy uzyskuje jakiekolwiek „prawa do dziecka” (jakkolwiek brak wieku i praw nie wyłącza po jego stronie obowiązków względem tegoż dziecka); no, może jeszcze przekupić urzędników USC by zgodzili się na zawarcie przezeń małżeństwa przed ukończeniem 18 roku życia, wtedy również magicznie stanie się pełnoletni (ale nie polecam tej drogi z uwagi na możliwość kontaktów z prokuratorem). Swoją drogą dość zabawne jest akurat czepianie się magii momentu przejścia, wszak osoba w wieku lat osiemnastu i jeden dzień jest od osoby w wieku lat osiemnastu bez jednego dnia dojrzalsza o… a o ileż magicznie rośnie ilość jej uprawnień. 

Piszę to nie żeby udowadniać, że istnieje w Polsce potrzeba stałej walki o prawa mężczyzn. Piszę to, bo irytuje mnie przekręcanie i doszukiwanie się problemów tam, gdzie ich nie ma. A przy okazji żółć się wydziela i poprawia trawienie. 

PS Junior po obraniu zafarbowanego na żółty kolor jajka przygląda się przebarwionemu (te barwniki przedostają się zwykle przez skorupkę w jakiejś ilości) białku i mówi:
– Powiem wam żart: to jajko ma żółtaczkę! 

Tak że no i właściwie Wesołych Świąt

Podobno nigdy nie jest tak, żeby jakoś nie było, ale jest jakoś nie tak. To znaczy nie żeby coś było rzeczywiście nie, ale jakoś tak nie bardzo. To znaczy chyba zmęczony jestem świątecznymi przygotowaniami, pracą, wariującą garncowo-pletniową pogodą, wpływającą na różne sposoby (w tym chyba żaden pozytywnie) na zdrowie i samopoczucie. I chociaż właściwie mniej więcej wszystko zrobione, z lepszym lub gorszym skutkiem (poważnie obawiam się mazurka cytrynowego, proszę nawet nie pytać), to jakoś kompletnie brakuje poczucia ulgi (energii jeszcze bardziej).

Tak więc proszę mi wybaczyć brak jakichś oryginalnych i wyrafinowanych życzeń – po prostu spokojnych, zdrowych Świąt i niech jazzband będzie z Wami

Pierwsza dwudziestka, czyli pierwszy raport kwartalny

Zmęczony jakiś jestem, pogoda mi zdrowie i samopoczucie szarpie, a przez dwa ostatnie dni wariowała całkowicie. Człowiek zmęczony jest mniej kreatywny, w sam raz by coś poczytał, ale – mówiąc szczerze – do końca dnia żadnej zaczętej książki nie skończę (tym bardziej nie skończę żadnej którą bym dopiero musiał zacząć), a że dziś ostatni dzień marca…

Jak pisałem w zeszłym miesiącu, przyłączyłem się do zabawy pt. „Przeczytam w roku 2015 co najmniej 52 książki” i zapowiedziałem raporty kwartalne (bo miesięczne wydały mi się nazbyt częste). Mniej lub bardziej szczegółowe zasady są tutaj, a że kończy się kwartał, to można zupełnie spokojnie zapisać, co już w tym kwartale zostało przeczytane – a, nie ukrywam, nazbierało się. Recenzować każdej pozycji nie będę (bo nie o to chodzi), ewentualnie jakieś uwagi przy niektórych pozycjach może, jedna prawie na pewno doczeka się odrębnego wpisu.

1. Lisa See, Sieć rozkwitającego kwiatu
2. Leonie Swann, Triumf owiec
3. Jakub Żulczyk, Zrób mi jakąś krzywdę /e/
4. Terry Pratchett, W północ się odzieję /p/
5. Mario Vargas Llosa, Dyskretny bohater
6. Terry Pratchett, Kapelusz pełen nieba /p/
7. Radek Teklak, Piórkiem i mięsem /e/
8. Sławomir Koper, Życie towarzyskie elit PRL
9. Karolina Pochwatka, Post /e/
10. Terry Pratchett, Ostatni bohater /p/
11. Alicia Gimenez-Bartlett, Wysłańcy ciemności
12. Stephen Clarke, Paryż na widelcu. Sekretne życie miasta
13. Michał Brzostowicz, Maciej Przybył, Jacek Wrzesiński /red./, Targi, jarmarki i odpusty  /p/
14. Terry Pratchett, Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury /p/
15. Ernest Hemingway, 49 opowiadań
16. Michael Connelly, Piąty świadek
17. Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Bohater z cienia. Losy Kazika Ratajzera
18. Kurt Diemberger, Góry i partnerzy
19. Paweł Ziętek, Nie karmić zwierząt /e/
20. Donna Leon, Mętne szkło

Tu może tytułem wyjaśnienia technicznego – ponieważ jestem liberalny co do formy, więc litera /e/ oznacza książkę przeczytaną w formie e-booka (jak nie na smartfonie to w komputerze, specjalnego czytnika nie próbowałem się dorobić). Litera /p/ nie oznacza jednak książki papierowej (te są bez znaczków), tylko książkę w formie pliku pdf (których z różnych względów nie uważam za ebooki). 

Nie ukrywam, że wiele z powyższych zacząłem czytać przed Nowym Rokiem, a niektóre tak dawno, że wstyd trochę się przyznawać (można pytać przed którym Nowym Rokiem). Na pewno tak długo nie czekał „pechowy” numer 13, tu mogę powiedzieć że po skończeniu numeru 12 miałem otwartych kilka książek na raz i do skończenia żadnej szczególnie mi się nie spieszyło; jest to zarazem pozycja o tyle zaskakująca, że trafiła mi do ręki dość przypadkowo, ot, gdzieś trafiłem na linka (nie wiem czy nie na Archeowieściach) że można sobie za darmo ściągnąć, skorzystałem, szczególnie nie żałuję (to zbiór wykładów popularnonaukowych wygłoszonych na lokalnej imprezie, niektóre całkiem, całkiem). 

Pisałem już że zmęczony jestem? No właśnie. To jeśli kogoś ciekawość trawi odnośnie jakiejś pozycji (czy dobra albo co mi odbiło żeby to czytać), to może oczywiście zapytać, a ja odpowiem przy innej okazji. Dziś w każdym razie wielkiego czytania już nie będzie…

Oficjalny Dowcip Unii Europejskiej, czyli proces negocjacji nie jest łatwy

Europejski raj: Zostałeś zaproszony na oficjalny lunch.
Powitał Cię Anglik, jedzenie przygotował Francuz, a Włoch zajmuje się Tobą przy stole.
Wszystko zostało zorganizowane przez Niemca.
Europejskie piekło: Zostałeś zaproszony na oficjalny lunch.
Powitał Cię 
Francuz, jedzenie przygotował Anglik, Niemiec zajmuje się Tobą przy stole, ale nie martw się, wszystko zorganizował Włoch.”

Ten dowcip został zaproponowany przez Belga, jako Oficjalny Dowcip Unii Europejskiej, którego powinien uczyć się każdy uczeń w szkole. Żart ten ma poprawić stosunki międzynarodowe oraz będzie promował poczucie humoru i kulturę.

Zebrała się więc Rada Europejska, aby zdecydować, czy dowcip zostanie Oficjalnym Dowcipem Unii Europejskiej.

Brytyjczyk oświadczył, nie zmieniając wyrazu twarzy i nie ruszając szczęką, że żart jest prześmieszny.
Francuz zgłosił sprzeciw, ponieważ Francję zaprezentowano w żarcie w negatywnym świetle.
Polska również się sprzeciwiła, ponieważ w ogóle nie została ujęta w żarcie.
Luksemburg zapytał, kto posiada prawa autorskie do żartu, a przedstawiciel Szwecji, chytrze się uśmiechając, nie powiedział ani słowa.
Dania zapytała, gdzie w dowcipie jest odnośnik seksualny, bo jeśli żart ma być śmieszny, to przecież taki odnośnik musi się w nim znaleźć.
Holandia nie zrozumiała żartu, a Portugalia nie zrozumiała co to jest „żart”. Czy to jakieś nowe pojęcie?
Hiszpan wyjaśnił, że żart jest śmieszny tylko wtedy, gdy powiemy, że lunch odbywa się o 13, a przecież wtedy jest śniadanie.
Grecy poskarżyli się, że nie poinformowano ich o lunchu, przegapili więc okazję, żeby najeść się za darmo i zawsze się o nich zapomina.
Rumunia zapytała co to jest „lunch”.
Litwa i Łotwa poskarżyły się, że zamieniono ich tłumaczenia, co jest nie do zaakceptowania, nawet jeśli zdarza się nagminnie.
Słowenia odpowiedziała im, że jej tłumaczenie zostało całkowicie zagubione i jakoś się nie skarży.
Słowacja oświadczyła, że jeśli żart nie był o kaczuszce i hydrauliku to znaczy, że ich tłumaczenie jest błędne.
Na co Brytyjczyk oświadczył, że taka wersja również jest prześmieszna.
Węgry jeszcze nie skończyły czytać 120 stron swojego tłumaczenia.

Wtedy wstał Belg i zapytał, czy ten Belg, który zaproponował żart, był francuskojęzyczny czy flamandzkojęzyczny, bo jeśli był francuskojęzyczny,to na pewno żart zostanie poparty, a jeśli flamandzkojęzyczny, to Belgia będzie musiała żart odrzucić, niezależnie od jego walorów.

Na zakończenie spotkania Niemiec powiedział, że miło jest tak sobie obradować w Brukseli, ale teraz i tak trzeba będzie złapać pociąg i pojechać do Strasburga, żeby podjąć decyzję. Poprosił także, by ktoś obudził Włocha, żeby nie spóźnił się na pociąg i żeby wszyscy zdążyli wrócić do Brukseli przed końcem dnia, by móc przedstawić decyzję na konferencji prasowej.

„Jaką decyzję?” zapytał Irlandczyk.

I wszyscy uznali, że najwyższy czas napić się kawy. 

Ogórek wyborczy

Staram się unikać wyborów jak tylko mogę, ale to trudna sprawa, kiedy z każdego kąta na człowieka wyskakują kandydaci, ich sztabowcy, bonmoty i wpadki. Jak już na mnie wyskoczą, to staram się ignorować dla spokoju ducha i ochrony połączeń nerwowych, ale czasem też się nie da, kiedy człowiek parsknie śmiechem.

Z jakiegoś bliżej mi nieznanego powodu tak zwani najważniejsi kandydaci mają jakieś swoje autobusy o wdzięcznych nazwach (na własne oczy tych busów nie widziałem, tylko jakieś zdjęcia za które ręczyć nie będę). Nawiązała do tego kontrkandydatka, pani dr Ogórek, stwierdzając że inni kandydaci „mają 16 autokarów”, zaś ona może dojechać PKS-em… I tak mnie śmieszność tej wypowiedzi dręczy, że aż przelałem ją w tak zwanego mema:

ogórek PKS wybory

(jeśli ktoś nie rozumie co mnie w tym śmieszy, widocznie nie pamięta już tych autobusów i jak się je potocznie nazywało)