Nierówność obywatelskich praw zarodka

Nie, to nie będzie na tematy najbardziej bieżące, choć jednym z takich zainspirowane.

Niemal równo rok temu pisałem tu sobie refleksje o obywatelskich prawach zarodka (w kontekście pytania postawionego przez jednego z dzielnych posłów, pozwolę sobie nie grzebać w pamięci jakiego). Zamieściłem w tamtej notce następujące zdanie:

Jeżeli więc zarodek pochodzący np. od matki Polki i ojca Nigeryjczyka, lub matki Ukrainki i ojca Polaka, wyjedzie za granicę i tam w przyszłości po implantacji zostanie urodzony, to dziecko również nabędzie obywatelstwo polskie!

I tu muszę nie bez wstydu się przyznać do konieczności popełnienia erraty vel sprostowania. Samą myśl podtrzymuję, ale… w połowie. Umknęło mi bowiem przy pisaniu (nie zajmuję się tym na co dzień, ale nie powinno było), że mamy jeden przepis, który drugą połowę podważa – a konkretnie artykuł 61[9] („ze znaczkiem 9” się mówi) kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, wedle którego matką w rozumieniu polskiego prawa jest ta kobieta, która dziecko urodziła (w ten sposób przecięto dylematy związane z surogacją). Oznacza to, że zarodek pochodzący od matki Polki i niepolskiego ojca nie nabędzie obywatelstwa polskiego, jeśli nie przyjmie go i nie urodzi inna matka Polka. W stosunku do ojca prawo trzyma się nadal koncepcji genetycznej. Nie wiem, który z wariantów należy potraktować jako dyskryminację, ale któryś zapewne…

Tę notkę napisałem, bo jednak nie chciałbym wprowadzać w błąd osób, które trafią tu szukając choćby odrobiny wiedzy prawniczej. Na temat, który mnie zainspirował, może też napiszę – jeśli mi nie przejdzie zanim sobie poukładam wszystko co chciałbym napisać i posprawdzam co trzeba.

Blondynka przy przejściu

To było jakoś tak w zeszłym miesiącu. Jechałem sobie o poranku (tak w okolicach porannego szczytu, powiedzmy), i w pewnym miejscu zauważyłem stojącą koło drogi blondynkę. Nic z tego co mogliście sobie pomyśleć (jeśli pomyśleliście to co myślę, że mógłbym pomyśleć na Waszym miejscu, świnki jedne), ewidentnie wyglądała jakby się wybrała na poranne bieganie, w dresie i sportowych butach, nie pamiętam czy z jakąś opaską na czole. Stała koło przejścia i czekała, aż wreszcie skończy się ten sznur samochodów.

Tu nadeszła pora na poszerzenie didaskaliów. Było to w dość specyficznym miejscu – w środku lasu, za ślepym zakrętem. Fakt, przed tym zakrętem jest ograniczenie prędkości do 40 (na wjeździe w las jest dozwolone co najmniej 70), znak ostrzegający o ostrym zakręcie, a nawet delikatne prożki na asfalcie, sam zakręt niejednego kierowcę już wyrzucił w drzewa lub do rowu. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy jeżdżą tam… jak przez las, „bo przecież nic tam nie wyskoczy” (choć słyszałem od znajomego, że w tym lesie od dzików się roi). Właściwie – po namyśle – to nawet nie jest to stricte przejście, tylko przejazd dla rowerów w ciągu leśnej ścieżki rowerowej (co tłumaczy, dlaczego ktoś tam jednak poszedł biegać o poranku, a potem nie mając roweru czekał). 

Pisałem nie tak dawno, że zrobiłem się uwrażliwiony na sytuację na światłach (przynajmniej niektórych), choćbym miał zielone, czujniej też obserwuję co się dzieje przy każdych pasach. Ta czekająca przy leśnym przejściu blondynka też będzie przyczyną większego odpuszczania przed tym zakrętem, bo a nuż… W końcu jakiś czas później w tymże miejscu (choć popołudniową porą i jadąc od przeciwnej strony) trafiłem na sznureczek samochodów wyhamowujących do zera, bo akurat przez przejazd jechali rowerzyści. 

Po co jest Twitter

Mówiąc szczerze: nie wiem. Tak samo jak kiedyś nie wiedziałem, po co właściwie jest Nasza Klasa i Facebook (Nasza Klasa istnieje dla mnie tylko jako zjawisko historyczne, zaglądam z raz do roku, fejs to dość stały towarzysz), tak jak nie wiem po co właściwie jest Instagram i Snapchat (to znaczy wiem z grubsza, ale strasznie mi to zwisa). Był nawet czas kiedy się zarzekałem, że to nie dla mnie – bo i prawdę mówiąc, ekspresja w formie 140-znakowego komunikatu nie wydaje mi się atrakcyjna. 

Dziś wieczorem czytałem jednak jakiś artykuł, w którym rozważano wizje, że Twitter staje się czy stanie się bardzo praktycznym i rozpowszechnionym medium. Skoro przetrwał tyle lat i się rozwija… (jej, fejs mi niedawno podpowiadał że ja tam jakieś pięć czy sześć lat) …to może i faktycznie nie padnie. Błysnęła myśl: a może się i do czegoś przyda (ma swoich zwolenników). No i tak od myśli, do myśli, poniekąd z myślą, by zaklepać sobie swój ulubiony login… zarejestrowałem się.

No i nie udało się (login był zajęty). Cóż, pierwsze koty za płoty, na szczęście udało się skołować jakiś taki względnie podobny. Chwilowo nie mam pomysłu co dalej z nim robić – poza szybkim wyszperaniem paru adresów do obserwowania – ale w końcu na fejsie też zaczynałem od rzucenia w przestrzeń uwag, że to głupia idea i w ogóle. Pewnie się jakoś rozwinie (zwłaszcza że będzie działać wyłącznie pod nickiem, zero interakcji z fejsem – gdzie jestem wyłącznie pod nazwiskiem i do nicka się konsekwentnie nie przyznaję, kto wie, ten wie). Gdyby ktoś był ciekaw, to @BartoszczePL zaprasza, ale tak mocno niezobowiązująco, bo wciąż nie wie na co (info o notkach mogę wrzucać, o). 

Jak ktoś wie po co, może napisać.

Rogue One, czyli Wirujący Seks

Tłumaczenia, czy może ściślej: polskie wersje tytułów filmów (przy książkach trudniej zauważyć) to źródło wielu żartów, na pewno kiedyś przywoływałem tutaj Reality bites, a tytułowy polski odpowiednik Dirty Dancing będzie źródłem żartów nawet w czasach, kiedy już nikt nie będzie pamiętał co to było właściwie kino. 

Od jakiegoś czasu wiadomo, że pod koniec roku wejdzie na ekrany nowy film z cyklu, czy może raczej z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Jego tytuł oryginalny był znany od jakiegoś czasu, i od początku było wiadomo, że przysporzy problemów dystrybutorowi i tłumaczowi. Rogue One, w świetle luźnych zapowiedzi fabuły oraz tradycji starwarsowych odczytywano jako kod maszyny (jednostki) bojowej. W końcu nie darmo Luke’a i Hana na Hoth poszukują myśliwce z eskadry Rogue („Commander Skywalker, this is Rogue Two!”), i jest cała seria gier z serii Rogue Squadron. W polskiej wersji językowej „Rogue Two” został przedstawiony jako „Łobuz Dwa” (nie takie wszak nazwy kodowe zna historia wojskowości…) i logicznym byłoby kontynuowanie tego tłumaczenia; z drugiej zaś strony zwolennicy Rogue Squadron obstawali raczej przy Eskadrze Łotrów, i tym też tropem poszedł ostatecznie dystrybutor (w Mission Impossible: Rogue Nation w ogóle zrezygnowano z polskiej wersji tytułu).

Dziś upubliczniono po raz pierwszy trailer Łotra Jeden. Przyglądam mu się z niecierpliwością, ale i z wielkim uśmiechem. Widać w nim główną bohaterkę, z natury zbuntowaną (Han z Anakinem to przy niej szczeniaki). Odczuwam podskórnie potężny żart uczyniony sobie w tytule, głęboką przewrotność. „Rogue” znaczy bowiem nie tylko kogoś nieuczciwego, ale także kogoś buntującego się, działającego na własną rękę i we własnym interesie (w jednej z wersji VHS „Imperium kontratakuje” przetłumaczono „Rogue” jako „Łazik”, nawiązując raczej do „włóczęgi” czy „wagabundy”), „one” nie musi wszak wcale oznaczać numeru. „Rogue one”, gdyby miało się odnosić do Jyn Erso, mogłoby więc oznaczać ni mniej, ni więcej, tylko „(ta) zbuntowana”. Jyn mówi wszak w trailerze „I rebel„, a trailer kończy się pytaniem „kim się staniesz?”

Premiera w grudniu. Najpóźniej wtedy się dowiemy, czy mam rację.

PS W wersji niemieckiej jest „Renegat eins”, a w czeskiej „Darebák jedna”.

Kilka oczywiście genialnych pomysłów na kwalifikacje w F1

Wbrew wcześniejszym nadziejom, temat zmiany formatu kwalifikacji jest daleki od zakończenia, optymizm sprzed dwóch tygodni okazał się być przedwczesny. Oszczędzę formalno-politycznych zawiłości, które spowodowały, że wczoraj rozegrano jeszcze głupiej wyglądające kwalifikacje (które w starym formacie miały szansę, żeby być kwalifikacjami dekady, skoro pobito historyczne rekordy toru), dość powiedzieć, że dziś rano ponownie trwały negocjacje co do tego, jak kwalifikacje zmieniać. Porozumienia nie osiągnięto, powrót do sprawdzonego modelu jest ponoć wykluczony, za to na stole leży między innymi propozycja, aby o kolejności w każdej sesji decydowała suma czasów dwóch najlepszych okrążeń. 

Podobno reformatorom przyświecają dwa cele: pierwszym ma być zapewnienie większej ilości ruchu na torze (tak na marginesie, w obecnym formacie jest go tak mało, jak dawno nie), drugim ma być doprowadzenie do większych przetasowań w ustawieniu (czyli żeby więcej niespodzianek było, a w szczególności żeby w pierwszym rzędzie nie stały dwa mercedesy), czyli show mający być zaprzeczeniem sportu. Nowa propozycja pasuje bardziej do pierwszego celu niż do drugiego… ale jest lepsza od zupełnie poważnie zgłaszanych (litościwie nie powiem przez kogo, ale wszyscy wiedzą) pomysłów odwracania kolejności, „balastów czasowych” czyli dodawania do rzeczywistego wyniku współczynnika zależnego od miejsca w klasyfikacji generalnej, czy wręcz losowania miejsc startowych (w zamyśle: żeby ci lepsi musieli widowiskowo wyprzedzać i zdobywali mniej punktów).

Postanowiłem więc opracować kilka własnych pomysłów:
1/ połączenie eliminacji z formatem 2015 – w ten sposób, że w połowie każdej sesji kilku zawodników odpada, a reszta walczy do końca (mniejszy bajzel, duży ruch)
2/ o kolejności w każdej sesji decyduje drugi najlepszy czas każdego zawodnika, czyli każdy musi zrobić co najmniej dwa szybkie okrążenia (duży ruch, duży bajzel, bo ciężko się połapać które czasy się bierze pod uwagę)
3/ w każdej sesji zawodnik ma ściśle oznaczony moment wyjazdu, zależny od miejsca w klasyfikacji lub od losowania, decyduje czas jednego okrążenia (ciągły ruch, prawdopodobny bajzel)
4/ każdemu zawodnikowi mierzy się nie czas okrążenia, ale czas od wyjazdu z boksów do wjazdu do boksów (czyli trzeba gonić dużo dłużej i nie ma czasu na dogrzewanie opon itepe, bajzel prawie gwarantowany.
Przepraszam, że nie więcej, ale większość z tego wymyśliłem w ciągu godziny. 

Lepsze jest wrogiem dobrego. Mam nadzieję na dobry wyścig bez względu na wady kwalifikacji. To już za kwadrans…

Piąteczka na wiele sposobów

Po latach blogowania człowiek dochodzi do momentu, w którym nie ma pewności, czy na dany temat już napisał, zaczął pisać (mam wciąż gdzieś szkice notek) czy tylko zamierzał pisać. W takich chwilach na szczęście jest wyszukiwarka blogowa (nie twierdzę, że jest niezawodna, jej nieniezawodność oraz niedostępność w pewnych sytuacjach dobrze wpoiła mi pewien googlowy trick na szukanie). 

Zamierzałem więc kiedyś napisać o pewnej naszej z kolegą Brezlym małej fiksacji muzycznej. Jest taki klasyczny już standard, który wielu wykonywało lepiej lub jeszcze lepiej (gorzej pewnie też, ale po co się rozdrabniać), a my wyłapujemy rozmaite, zwłaszcza nietypowe wykonania, i katujemy nimi siebie i otoczenie na Facebookach. Dziś rano przesłuchałem dwa, jedno otagowane „ska jazz”, drugie „jazz latino”, różne rzeczy Youtube przynosił/a/o.

Może zarażę, może nie – ale przynajmniej dam szansę. Jak się nie zarazicie, to przynajmniej posłuchacie, w wersji klasycznej: Dave Brubeck Quartet – Take Five.

Internetowa Targowica

Jak wiadomo, staram się (zwłaszcza tu) unikać polityki, bo zbytnio mi działa na nerwy. Dziś zrobię mały wyjątek nie dlatego, że stało się coś szczególnego na scenie politycznej, choć tam się oczywiście zaczęło. Palnął więc jeden kościelny hierarcha któregoś tam sortu, że „pojawiła się w Polsce nowa Targowica”. Głupota tej wypowiedzi sama w sobie nie zasługiwałaby moim zdaniem na uwagę, ale pojawiły się na nią odpowiedzi, próbujące wyliczać hierarchom kościelnym udział w Targowicy, i tu załamałem ręce…

Widziałem ze dwie wersje takiej odpowiedzi. Jedną nieco krótszą, pod szyldem „targowiczanie którzy obalili konstytucję 3 maja”, drugą ciut bardziej rozbudowaną, opowiadającą o „przystępowaniu na wyścigi”(przy czym lista nazwisk z wersji pierwszej w pełni się mieści i w drugiej). Zadałem sobie pytanie, kto i na jakiej podstawie wysilił się na takie wersje? Odpowiedź znalazłem szybko na Wikipedii pod hasłem „konfederacja targowicka„, gdzie pojawia się zdanie:

Gorącymi zwolennikami konfederacji byli: prymas Michał Jerzy Poniatowski, biskup chełmski Wojciech Skarszewski, biskup żmudzki Jan Stefan Giedroyć, biskup poznański Antoni Onufry Okęcki, biskup łucki Adam Naruszewicz i biskup wileński Ignacy Jakub Massalski.

I tak, dokładnie jest to lista nazwisk z pierwszej wersji. Niestety, z daleka widać, że autor mema nie popisał się nawet zrozumieniem czytanego tekstu, gdyż pochodzi on z fragmentu traktującego o połączeniu konfederacji targowickiej (koronnej) z równoległą konfederacją Wielkiego Księstwa Litewskiego (ach, te niuanse ustrojowe I Rzplitej…) w Najjaśniejszą Konfederację Obojga Narodów, co miało miejsce we wrześniu 1792 roku. Na długo po tym, jak 24 lipca 1792 roku „dla ojczyzny ratowania” do konfederacji targowickiej przystąpił król (a wojna z Rosją została zakończona). 

Uważny czytelnik zresztą natychmiast powinien podnieść brwi na widok nazwiska Adama Naruszewicza, znanego reprezentanta Oświecenia polskiego, zwolennika Konstytucji 3 Maja. Gdyby zaś ruszyć palcem i kliknąć w biogramy poszczególnych zdrajców, to jasno widać, że obok kreatur takich jak Kossakowski czy Massalski (słusznie powieszonych w czasach kościuszkowskich) umieszczono bezsensownie (wręcz obraźliwie) także prymasa Michała Poniatowskiego (królewskiego brata), zwolennika Konstytucji, który – tak jak Naruszewicz – akces do Targowicy zgłosił dopiero razem z królem, uznając to za konieczne dla próby obrony już nie niepodległości, ale integralności państwa. 

Można byłoby jeszcze luźno przypomnieć, że w I Rzeczypospolitej biskupi rekrutowali się głównie z prowadzącej własną rodzinną politykę magnaterii, oraz że z urzędu zasiadali w Senacie, i o tyle zwykłymi politykami byli, ale najważniejsze, żeby odwołując się do historii, wiedzieć o niej coś więcej, niż przeczytano na fajnym obrazku. Nie ma bowiem nic gorszego nad szerzenie nieprawdy pod hasłem szerzenia prawdy.

Białe jajka wychodzą bardziej kolorowo

Jakoś tak się nie pisało, choć były momenty weny i chęci (rozmijały się jednak).

Coroczne farbowanie jaj w tym roku miało nabrać szczególnie kolorowego wymiaru, gdyż specjalnie wystaraliśmy się i nabyliśmy (Bohuna przy tym siekąc) jajka o białych skorupkach, gdyż niektóre farby słabo wychodzą na jajkach barwy nijakiej. Zgodnie z przewidywaniami, zieleń czy błękit wyszły intensywnie, żółte jajko też żółtym było, a nie żółtawym (acz ornament z numerka trzymał się na nim mocno). Poczułem się natomiast zaskoczony, bo niektóre wyszły jednak dość nieszczególnie, koloru jagodowego nawet nie próbowałem powtarzać – a już szczytem zdziwienia były dość blade barwy jaj gotowanych w cebuli (a może to była prawdziwa barwa cebuli?)

Przy okazji barwienia odnotowałem zaskoczenie innego rodzaju – miałem farbki przeznaczone na rynek polski, czeski i słowacki. Na polskiej instrukcji obsługi twardo zaznaczono wymóg rozpuszczania barwnika we wrzątku. Sąsiedzi z południa mogli sobie natomiast pofolgować i rozpuszczać wedle swojego uznania w wodzie zimnej lub gorącej (studena nebo horka). Może to nasz jakiś przesąd narodowy z tą gorącą wodą?

W każdym razie świętujcie spokojnie, na zewnątrz też kolorowo (choć to jeszcze nie wiosna do końca).

Bardzo krótki żywot eliminacji

Jak to się trzeba szybko orientować: wczoraj leniwie myślałem nad napisaniem notki o nowym systemie kwalifikacji, a jeszcze w nocy w zasadzie… przeszedł on do historii. W bezsensownie ekspresowym tempie został wprowadzony – pomysł pojawił się kilka tygodni temu, pierwotnie miał obowiązywać dopiero od GP Hiszpanii, zatwierdzono go w ostatniej niemal chwili (oficjalna data publikacji nowej wersji regulaminu to 11 marca). W jeszcze szybszym tempie zraził do siebie widzów i kierowców, przed porannym (czasu australijskiego, więc dla nas nocnym) spotkaniem szefów zespołów ktoś zdążył rzucić dowcip, że „wyeliminowanie nowego systemu może zająć mniej niż 90 sekund”.

Tu niezorientowanym należy się kilka słów wyjaśnienia – założeniem nowego systemu było, że zawodnicy będą odpadać nie na końcu każdej sesji kwalifikacyjnej, ale już w jej trakcie, w wyznaczonych momentach (odległych od siebie 90 sekund) aktualnie najsłabszy miał wędrować „pod prysznic”. W zamyśle twórców (choć są pewne wątpliwości, czy myśl była tam obecna) kierowcy mieli czuć presję czasu nie tylko pod koniec sesji, ale także w jej trakcie – przez co spodziewano się niespodzianek, zwłaszcza pod wpływem błędów wymuszonych pośpiechem. Efekt praktyczny był natomiast taki, że kierowcy świadomie się udawali „pod prysznic” (w warunkach F1 raczej na wagę, bo taka jest procedura), zanim skończył im się czas, w którym mieli próbować poprawiać swoje rezultaty (i przebijać czasy rywali); o tyle tylko sprawdziły się założenia, że Esteban Gutierrez z debiutującej ekipy Haas odpadł, gdyż czwarty najlepszy czas pierwszej sesji kwalifikacyjnej ustanowił (poprawiając swój wynik o trzy sekundy) o jakieś sześć sekund za późno, po tyknięciu zegara-gilotyny. Najbardziej bolesny był widok, kiedy w ostatnich minutach – kiedy zwykle następował decydujący pojedynek o pole position – tor był pusty…

Formalnie decyzje właściwych gremiów jeszcze przed nami (szefowie zespołów nie mają mocy sprawczej), ale powrót do starego formatu kwalifikacji już w następnym wyścigu wydaje się przesądzony. Jestem bardzo ciekaw, jak wtedy będzie wszystko wyglądało, bo zmiana decyzji o formacie kwalifikacji nałożyła się na inną zmianę (wręcz można mówić, że ją przykryła) – na opisywaną wcześniej rewolucję w dostępności i doborze opon. To, że Ferrari w decydującej części Q3 nie wyjechało na tor, było po części wynikiem decyzji strategicznej o zachowaniu na wyścig jednego kompletu supermiękkich opon – a we wcześniejszej fazie zbyt dużą ilość takich opon już użyli, starając się uniknąć wyeliminowania. To, że kierowcy Force India w decydującej części Q2 nie walczyli, było wynikiem strategicznej kalkulacji – nie liczyli na wyższe pozycje niż wynikające z reguł eliminacji: dziewiątą i dziesiątą, a ewentualny awans do Q3 odbierałby im prawo swobodnego wyboru opon na start.. Niestety (dla nowego systemu), te decyzje w fatalny sposób wyglądały na torze – ale z drugiej strony było to dość przewidywalne.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że decyzja strategiczna Ferrari była zalążkiem porażki w wyścigu, a decyzja strategiczna Force India opłaciła się… w połowie. 

Silniki poszły w ryk!

Kufelki i wiaderka

Kiedyś, dawno temu, prawie w odległej galaktyce, na nowej miejscówce (gdzie prawie wszystko dla młodziaka zza Żelaznej Kurtyny wydawało się fajne i egzotyczne), znalazłem w szafce kuchennej kufelki, z grubego szkła. Używam zdrobnienia, bo ich pojemność wynosiła góra ćwierć litra (0,2-0,25, mniemam), o tyle mi to nie przeszkadzało, że i tak w owym czasie (z wielu powodów) nie używałem ich do piwa. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że te zacne kufelki były w istocie starymi opakowaniami po jakimś miodzie czy marmoladzie, po opróżnieniu i starannym wyczyszczeniu nie pozostał żaden ślad ich pierwotnego przeznaczenia.

Później znacznie mocniej zetknąłem z takim recyklingiem praktycznych opakowań. Wspominam na przykład takie serki topione sprzedawane w wysokich szklankach, które wszyscy kupowali dla szklanek (nawet jeden facet oferował że odda te serki za darmo, byle mu szklanki zwrócić, ale jakoś nie było chętnych na ten kierunek, a przynajmniej ja nie słyszałem); w niskich (typu literatki bardziej niż long drinki) też były, nawet chyba lepsze w smaku, ale też szybciej wyszły. Szklaneczki „jak do whisky” po nutelli to pewnie każdy ma dziś w domu. Plastikowe pudełka po tłuszczach (i nie tylko) są świetne (po domyciu) do czasowego przechowywania różnych rzeczy jadalnych, także w zamrożeniu. 

Tak mi się jakoś na rozmyślania zebrało, kiedy dziś domywałem pracowicie plastikowe wiaderko po produktach rybnych, i przez mózg przemknęła myśl „czy takie wiaderko nie przydałoby mi się do czegoś?” Ale druga myśl odpowiedziała „daj spokój, już masz takich kilka z różnymi różnościami, zaraz nie będzie ich gdzie stawiać (i opróżniasz zwykle jedno takie na tydzień)”. Poza tym po rybach to trzeba bardzo solidnie domywać, nawet jeśli to nie śledź. 

Te kufelki, mówiąc szczerze, przyjechały przez pół świata i są w użytku do dziś.