Ach, te dawne miasteczka i klimat XIX wieku (wczesnego dwudziestego też)… Bywało więc sobie miasteczko, a nieopodal biegła linia kolejowa, nie za blisko, bo kto by tam tory do miasta wpychał. Kto był chętny na pociąg, jechał sobie na stacyjkę bryczką… jak nie miał bryczki albo jeśli po niego nikt na stację nie wyjechał, to zostawało mu z buta odległość do miasteczka pokonać.
Mierzę się z koniecznością wyjazdu służbowego na Szkieletczyznę, dwie godziny podróży z hakiem (wielkość haka zależy od przyjętego środka transportu). Kręcąc nosem poszukuję alternatywy dla jazdy samochodem (ani droga interesująca, ani pora dnia, ani roku, a poza tym lubię odpoczywać w drodze raczej niż się męczyć). Bezpośrednie połączenie kolejowe wprawdzie jest, ale oznacza bardzo wczesne wyjście, i dużo czasu na miejscu… Przelatuje przez głowę myśl: hmm, a może się da zrobić przesiadkę przez słynną Stację Włoszczowa Północ? Zaczynam grzebać w wyszukiwarce połączeń, trochę oczom nie dowierzam, sięgam po Google Maps…
Stacja Włoszczowa Północ jest – powiedzmy – o jakieś półtora kilometra na zachód od włoszczowskiego rynku (który oficjalnie nie nazywa się rynkiem, ale patrząc na mapę, taką powinien mieć genezę), przy Centralnej Magistrali Kolejowej biegnącej z południa na północ. W sumie nie wydaje się bardzo daleko, powiedzmy że w granicach spaceru. Nie przyszło mi jednak do głowy, że „właściwa” stacja Włoszczowa znajduje się od tegoż rynku o jakieś cztery kilometry w przeciwną stronę, na południowo-wschodnich obrzeżach miasta (przy linii kolejowej z zachodu na wschód)… Połączenie kolejowe między jedną a drugą Włoszczową odbywa się poprzez stacyjkę we wsi położonej o 10 km na południowy zachód.
Wygląda na to, że nie będę się przesiadał we Włoszczowej, bo nikt po mnie bryczką nie wyjedzie.


