Temat in vitro to ostatnio jeden z najgorętszych, jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że to tak naprawdę symbol, za którym chowa się dyskusja o aborcji (której nikt wtedy nie śmiał podejmować otwarcie). Unikam w miarę możliwości komentowania spraw najgorętszych, raz po to żeby nie iść za stadem, dwa dlatego, że w najgorętszych dyskusjach wszystko co mądre i głupie zazwyczaj już jest powiedziane – co nie oznacza, że własnego zdania nie mam i że go w jakiejś chwili nie mogę wyeksplikować.
We wczorajszej Wyborczej przeczytałem komentarz red. Zagórskiego (jako przedstawiciel działu Nauka ma on inklinację do promowania wszystkiego, co technologia i nauka potrafią osiągnąć) o tym, jak to tu i ówdzie na świecie policzono przyszłe zyski z procedury in vitro – ile urodzone w ten sposób dziecko zarobi i zapłaci podatków, dzięki czemu koszty zabiegu się zwrócą, a państwo osiągnie fenomenalny zwrot z inwestycji (In vitro – to się opłaca!, GW 242.7060, s. 15). Zadałem sobie więc pytanie – ile w takim razie państwo i gospodarka traci na każdym zabiegu aborcji?
Dla porządku dodam, że nie nie zamierzam nikomu zakazywać in vitro (choć wewnętrznie jestem mu przeciwny), natomiast mówię zdecydowanie veto finansowaniu tej procedury z pieniędzy publicznych. Nawet jeśli to nie są wielkie pieniądze w skali roku, to wolę je przeznaczyć na wsparcie leczenia ludzi dotkniętych chorobami rzadkimi (chętnym proponuję policzenie, ile państwo zyska na leczeniu tych chorych).
