Obliczenia ideologiczne, czyli o wartości in vitro

Temat in vitro to ostatnio jeden z najgorętszych, jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że to tak naprawdę symbol, za którym chowa się dyskusja o aborcji (której nikt wtedy nie śmiał podejmować otwarcie). Unikam w miarę możliwości komentowania spraw najgorętszych, raz po to żeby nie iść za stadem, dwa dlatego, że w najgorętszych dyskusjach wszystko co mądre i głupie zazwyczaj już jest powiedziane – co nie oznacza, że własnego zdania nie mam i że go w jakiejś chwili nie mogę wyeksplikować.

We wczorajszej Wyborczej przeczytałem komentarz red. Zagórskiego (jako przedstawiciel działu Nauka ma on inklinację do promowania wszystkiego, co technologia i nauka potrafią osiągnąć) o tym, jak to tu i ówdzie na świecie policzono przyszłe zyski z procedury in vitro – ile urodzone w ten sposób dziecko zarobi i zapłaci podatków, dzięki czemu koszty zabiegu się zwrócą, a państwo osiągnie fenomenalny zwrot z inwestycji (In vitro – to się opłaca!, GW 242.7060, s. 15). Zadałem sobie więc pytanie – ile w takim razie państwo i gospodarka traci na każdym zabiegu aborcji?

Dla porządku dodam, że nie nie zamierzam nikomu zakazywać in vitro (choć wewnętrznie jestem mu przeciwny), natomiast mówię zdecydowanie veto finansowaniu tej procedury z pieniędzy publicznych. Nawet jeśli to nie są wielkie pieniądze w skali roku, to wolę je przeznaczyć na wsparcie leczenia ludzi dotkniętych chorobami rzadkimi (chętnym proponuję policzenie, ile państwo zyska na leczeniu tych chorych).

Zmartwienie

Ojciec tłumaczy rozbrykanemu Juniorowi, że jak będzie nieostrożnie skakał w łazience (nogami odzianymi w skarpetki na śliskich kaflach), to może się to skończyć przykrym wypadkiem i utratą ząbków (wciąz mlecznych). Z obrazowością niepozbawioną przesady Ojciec maluje wizję jedzenia wyłącznie zupek (Junior nie lubi) i rzeczy przetartych na papki, z kanapkami włącznie. Junior wysłuchuje – nie bez wewnętrznego buntu – po czym po namyśle zadaje najwazniejsze pytanie:

– A kawę będę mógł wtedy pić?

Zbożową. Ale jednak już nasiąka.

Ach, ta tolerancja…

Pisałem nie tak dawno – w kontekście opracowywanych ustaw antyburkowych – o problemie prawa do zasłaniania twarzy. Nie sądziłem, że życie tak szybko dopisze do tego puentę. Na komentarz nie mam siły.

PS. Ponieważ sam linkowany tekst z czasem może się okazać niedostępny, poniżej najistotnijejsza część:

26-letnia Shaika Al Suwaidi robiła z dwójką dzieci zakupy w sklepie meblowym w eleganckiej 15 dzielnicy Paryża. Miała na twarzy islamską zasłonę. Nagle zaczepiła ją starsza kobieta. Poprosiła dziewczynę o zdjęcie zasłony z twarzy. Arabka odmówiła i kontynuowała zakupy. Chwilę później wyszła ze sklepu na ulicę. A tam emerytka zdarła jej zasłonę z twarzy.

Chwilę po wyjściu ze sklepu pani Al Suwaidi znów natknęła się na zdenerwowaną starszą panią. Kiedy 63-letnia emerytowana nauczycielka angielskiego Jeanne Ruby zobaczyła, że zaczepiona przez nią wcześniej muzułmanka ani myśli zdjąć kryjącej twarz chusty – nikabu – wpadła w furię.

Emerytka rzuciła się na Arabkę, zdarła jej zasłonę z głowy, podrapała dziewczynę i wymierzyła jej policzek – donosi „Daily Telegraph”. Jak relacjonuje brytyjska gazeta, napastniczka ugryzła też ofiarę w rękę i krzyknęła „teraz mogę zobaczyć twoją twarz”. Pani Ruby oświadczyła później francuskiej policji, że „poczuła się zaatakowana jako kobieta” ubiorem obywatelki Arabii Saudyjskiej. Według „DT” emerytka miała też podczas zajścia powiedzieć, że burki powinny być we Francji zakazane.

Kto szuka…

Na Śląsku dobrze jest znane powiedzonko „do Azot i nazod”.*  Któregoś dnia Matka, odrobinkę poirytowana powtarzanymi po raz n-ty pytaniami Juniora „gdzie dziś pojedziemy?”, sięgnęła po nie odruchowo. Junior wysłuchał nie bez zaskoczenia, po czym popołudniu uprzejmie zapytał Ojca:

– Ojciec, a gdzie są Nazoty?

*Azoty – Zakłady Azotowe w Chorzowie

Kolendra

Przyprawa o właściwościach specyficznych, lecz wszechstronna, bo do wielu rzeczy pasuje. Można jej używać zielonej (i hodować w doniczce), można kupić w ziarenkach lub zmieloną. Właśnie – zmieloną. Od jakiegoś czasu zmielonej kupić mi się nie udaje, czy to w marketach największych, czy to w tych bardziej ekskluzywnych. A szczerze mówiąc, samodzielnie kruszenie czy rozgniatanie ziarenek nie daje jednak tego samego rezultatu. Zastanawiam się więc, czy mielona kolendra posiada jakowyś tajemny potencjał, który sprawia, że znikła ze sklepów (a dodam, że znikła zanim zaczęła się akcja przeciwko kolekcjonerom)? Może Izraelczycy wiedzieli co robią, kiedy zabraniali przywożenia kolendry do Strefy Gazy?

Za podpowiedź adresu odpowiednio zaopatrzonego sklepu nie pogniewam się.

Czy może być dwóch mistrzów świata F1?

W tym roku sobotnich emocji związanych z kwalifikacjami na Suzuce nie było, chyba że ktoś lubi misie-patysie na pitlane modelami kleconymi naprędce.

a ship in Suzuka pitlane Red Bull ship in Suzuka

Pojawiły się za to dywagacje regulaminowe „a co by było gdyby..”, przy okazji których po raz kolejny dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy.

W sporcie chodzi o to, żeby być pierwszym przed innymi (lub przynajmniej lepszym od kogoś). W wielu sportach nie ma innej opcji, niż jednoznaczne zwycięstwo, są jednak i takie, w których zawodnicy będą osiągać identyczne wyniki (ot, weźmy choćby Turniej Czterech Skoczni 2006, kiedy po czterech konkursach Ahonen i Janda mieli tę samą liczbę punktów). Do tych drugich – mając na myśli klasyfikacje generalne – należy i Formuła1, bo o ile niewyobrażalne jest, aby dwa bolidy w dokładnie tym samym momencie (z dokładnością do tysięcznych części sekundy) przekroczyły liniię mety, to zsumowane punkty z większej liczby wyścigów bez trudu mogą wyjść na taką samą liczbę. W takiej sytuacji sięga się po rozmaite kryteria dodatkowe (w skokach o tyczce czy wzwyż to liczba skoków ze strąceniem poprzeczki, w podnoszeniu ciężarów waga zawodnika, w rozgrywkach wielozespołowych to różnica zdobytych goli czy stosunek zdobytych punktów itp.) Regulamin federacji motorowej, dopracowany – jak się czasem wydaje – aż do przesady, też przewiduje taką sytuację, i w rozdziale 7 w punkcie 7.2, jasno określa kryteria ustalania kolejności przy równości punktów. Decyduje więc w pierwszej kolejności liczba zwycięstw, później liczba drugich miejsc, później trzecich i tak da capo al fine.

Można sobie jednak wyobrazić sytuację, w której dwóch kierowców osiąga wyniki do bólu symetryczne – raz jeden jest 1., a drugi 4., a następnym razem na odwrót, tak że po przeanalizowaniu wyników ze wszystkich wyścigów, jest między nimi nadal remis pod każdym względem. W niejednym sporcie przyznaje się w takiej sytuacji to samo miejsce ex aequo, także to najwyższe (np. na igrzyskach w Londynie w 1908 mistrzami w skoku o tyczce zostali jednocześnie Amerykanie Cooke i Gilbert, a z najświeższej historii możemy przecież przypomnieć wicemistrzostwo świata Moniki Pyrek z Berlina, ex aequo z Amerykanką Johnson). Czy jest więc możliwa sytuacja, że tytułem podzielą się np. Mark Webber i Fernando Alonso (abstrahując całkowicie od tego, czy ich dotychczasowe wyniki są odpowiednio symetryczne)? Otóż regulamin FIA na taką okazję ma swoją specjalną broń, a mianowicie podpunkt d) w punkcie 7.2. Zgodnie z tym punktem, FIA wskaże zwycięzcę… według kryteriów, jakie uzna za właściwe („according to such criteria as it thinks fit”). Chyba wolałbym takiego rozstrzygnięcia nie oglądać, a FIA – dokonywać; na szczęście prawdopodobieństwo, że do takiej sytuacji dojdzie, jest naprawdę niewielkie.

W Formule Jeden, jest tylko Jeden Mistrz.

Nowy kanon thrillera medycznego

Zbłądziłem w markecie pod regały z książkami, żeby kupić coś, czego w księgarni zabrakło (a wcześniej w tymże markecie widziałem). Odruchowo zacząłem wodzić oczami po półkach, aż wylądowałem na regale „Thrillery” i zdębiałem.

Na brzegu regału, obok Harlanów Cobenów, kłuł w oczy „Oddział chorych na raka„.

Otrząsnąłem się, ale szukanej książki i tak nie znalazłem, musi co chodliwa.

Model biznesowy

Serwisy internetowe starają się zarabiać jak mogą – jedne oferują lepsze opcje w zaman za płatne abonamenty, inne żyją z reklam. Dzisiaj zaglądając na jedną ze stron zauważyłem taki oto napis:

X is financed by advertising. Please note that AdBlock users have lower priority.

Bezboleśnie połączyli jeden wariant z drugim:)

Killer Queen

To oczywiście żadna nowość:) Właściwie w przypadku Queenów mógłby spokojnie wyciągnąć losowo karteczkę z nazwą utworu, puścić i by się przylepiło (dziś w samochodzie musiałem się szczególnie starać, by nie spowodować zagrożenia przy Innuendo – powinien być ustawowy zakaz puszczania takich kawałków, kiedy akurat muszę prowadzić). Ale Killer Queen drażni mi w mózgu jakiś obszar szczególnie. No nie dziwota:

Dynamite with a laser beam
Guaranteed to blow your mind (Anytime)

Ich pierwszy wielki hit. Jest w nim prawie wszystko, czego po Queenach byśmy się spodziewali: solówki Briana Maya, chórki, zaskakujące pomysły aranżacyjne – no i Freddie bawiący się głosem, jak to tylko On potrafił. Dobra, już dobra – zamiast tego smucenia, jedynie słuszna rzecz, jaką można o tym kawałku powiedzieć: niech grają.