Awaria potrwa do 22.30, czyli jak Vattenfall nie świeci przykładem

Może to trochę monotematycznie, bo wczoraj o tym samym pisałem, ale jak człowieka zdenerwuje, to inaczej się udusi.

Dzisiaj byłem mniej wyrozumiały, i po drugim wyłączeniu prądu zadzwoniłem do Vattenfalla ze szczerym zamiarem przetrwania całego okresu oczekiwania na zgłoszenie się konsultanta. Po 10 minutach doczekałem się (trwalo już wtedy trzecie wyłączenie). Po drodze się dowiedziałem, że znowu jest identycznie brzmiąca awaria, chociaż nie przejmowali się już tak szczegółówym opisem zakresu jak wczoraj i mojej wsi już w w zasięgu awarii nie wymienili. Kiedy wreszcie konsultant zgłosiła się, poinformowała tradycyjnie, że jest awaria na linii średniego napięcia i że służby jeszcze jej nie zlokalizowały. Zapytałem, ile razy jeszcze będą tego wieczora planowo wyłączać w celu jej zlokalizowania, ale była twarda i dobrze wyszkolona, nie wychodząc poza wyuczone magiczne formułki (wiecie, to prawie jak „ten produkt kolekcjonerski można kolekcjonować przez szklaną lufkę”). Stwierdziła jednak – i gdybym nie założył odpowiedniego marginesu zdenerwowania, to potraktowałbym to prawie jak przyznanie – że awaria potrwa do 22.30. Nie chciała jednak powiedzieć, czy awaria wystąpi także jutro.

Na razie czekam, kiedy będzie czwarte wyłączenie, noc jest młoda. Dziecko na szczęście już wykąpane, a bateria w laptopie ładuje się w najlepsze..

Listy poetów

W weekendowym numerze GW zaczyna promować wybór listów Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory, listów będących się jak okazuje zapisem dwuletniego romansu. Publikacja (dokonywana za zgodą potomnych) jest określana mianem pięknej literatury. I rzeczywiścia patrząc na nazwiska autorów, można się spodziewać figur stylistycznych, o których marzylibyśmy w ich powszechnie znanych utworach. Nie mogę się jednak oprzeć przekonaniu, że w tego rodzaju publikacji od piękna słów ważniejsze jest jednak, że są to miłosne wyznania niegdysiejszych celebrytów i w takim charakterze jest to oferowane. Z szacunku dla autorów – jednak nie wchodzę w to.

Informacja o samym romansie wywołała u mnie natomiast myśl taką – że gdyby tych dwoje gigantów polskiego tekściarstwa skrzyżowało swoje, hmm, geny, to mógłby się z tego zrodzić gigant największy. Ale talentu się jednak w taki sposób nie dziedziczy.

O estetyce siatkówki

Naród cały tak rozemocjonowany mundialem, systemem rozgrywek oraz celowością podkładania się lub nie podkładania, że najwyższy czas podejść do tego lajtowo i zrealizować notkę, do której poszczególne uwagi nasuwały mi się od czasu do czasu.

Spójrzmy zatem na siatkówkę nie od strony etycznej, lecz estetycznej. Z punktu widzenia piękna gry – przyznam, że męska siatkówka dostarcza więcej wrażeń, ponieważ zwykle gra toczy się szybciej, z większą dynamiką, a to w siatkówce element chyba najurodziwszy. W sumie jedyną ładną rzeczą, jaką może zaoferować siatkówka w wykonaniu pań, jest atak z obejścia, zwłaszcza w kombinacji (Azjatki robią to fantastycznie), w męskiej siatkówce chyba zbyt powolny; względnie czasem „pajp” (właściwie nie podoba mi się ta nazwa, i mam nadzieję, że używam jej po raz ostatni), grany jednak znacznie rzadziej.

Z mojego punktu widzenia nie ma natomiast porównania, jeśli idzie o doznania estetyczne związane z samymi uczestnikami gry. W przypadku panów mogę czasem docenić tatuaż (choć nie wydają się wyrafinowane), względnie kunszt fryzjera i brylantynisty, o tyle jednak – cóż tu kryć – siatkarki często prezentują widok fascynujący sam w sobie (pewnie mogłyby biegać i skakać choćby i bez piłki, a i tak by się oglądało). Tutaj nasuwa mi się jednak smutna refleksja, że nasza kadra narodowa obniża jednak loty. Kiedy bowiem patrzę na nowe zawodniczki w różnych drużynach (Włoszki! Holenderki!..), i porównuję z takimi nowymi polskimi siłami jak Kosek, Zaroślińska czy Okuniewska, to wzdycham smutno za Skowrońską i rozważam klonowanie Barańskiej (panie wybaczą, że tak po nazwiskach, ale teza się obronić musi). Analizę, czy Kurek jest bardziej ciachem od Bartmana, jako nie dość kompetentny pozostawiam innym:)

A przy okazji uwaga dodatkowa, związana z realizacją transmisji z meczów siatkarskich. Świecką tradycją stało się już, że operatorzy kamer w przerwach między akcjami lustrują nieustannie widownię i wynikami tej lustracji od czasu do czasu dzielą się z telewidzami. Czasem ich uwaga padnie na interesujące kibicowskie przebranie, nietypowego kibica, wielką flagę, ale najczęściej oko kamery wyłapuje widzów atrakcyjnych wizualnie (ciekawe, co zrobiłby na ich miejscu radiowiec – „szkoda że państwo nie widzą tych Brazylijek”). I tu aż się prosi o refleksję, czy posadzenie za kamerami (i w reżyserkach) pań, doprowadziłoby do sytuacji, w której zamiast atrakcyjnych blondynek pojawialiby się na ekranie przystojni bruneci? Najbliższy mecz pojutrze, więc jest szansa się do takiego nowego modelu transmisji przygotować:)

Singapur znaczy emocje

To był wyścig. Pojedynki, że aż bandy trzeszczały i iskry szły spod skrzydeł.

Dzielny Strażak Heiki (od teraz do szwedzkiego kucharza dołączy fiński strażak), choć pomysł postawienia zasłony dymnej na prostej startowej wciąż nie wydaje się najszczęśliwszy.

No i Robert, który wyprzedził na torze ciągu 8 okrążeń więcej równorzędnych przeciwników, niż w ciągu całego dotychczasowego sezonu.

Doprawdy, nie pamiętam kiedy odczuwałem tyle podniecenia podczas wyścigu.

Raz, gdy chciałem być ekologiczny..

To nie jest znowu tak, że nie staram się być zwykle ekologiczny. Po prostu postanowiłem, że wyjdę jeszcze bardziej Matce Naturze naprzeciw i załatwię w banku zamianę papierowych wyciągów z karty kredytowej (jeszcze się czasem plączą) na elektroniczne, zgodnie z sugestiami zamieszczanymi na tych wyciągach (mającymi oczywisty podtekst ekonomiczny dla banku).

Udałe się więc do właściwej placówki, powiedziałem miłej pani, w czym rzecz, ta zaczęła pracowicie dłubać w Systemie (nie żeby go chciała zaraz rozmontować, oczywiście) na różne sposoby – po czym okazało się, że oczywiście jak najbardziej mnie zachęcają do proekologicznej postawy, ale.. no żeby mieć elektroniczne wyciągi zamiast papierowych, to muszę mieć elektroniczny dostęp do banku, a żeby ten dostać od banku, to muszę sobie założyć – superatrakcyjne oczywiście – konto osobiste. Dyplomatycznie powiedziałem, że przemyślę to, i uprzejmie się pożegnałem. Przemyślenia moje były proste i krótkie – skoro do dwóch innych kartach kredytowych mam dostęp bezpośrednio przez sieć, nie mając żadnych innych związków z bankami, które mi te karty wydały, to w imię czego mam zakładać rachunek (odpłatny, a jakże), by mieć podgląd do trzeciej?

A teraz najładniejszy smaczek: jak się nazywa bank, który tak promocyjnie zachęca do przechodzenia na ekologiczne wyciągi? Bank Ochrony Środowiska. Es A.

PS. Komu się tytuł notki z czymś kojarzy?:)

Alkoholowo

Tematem tygodnie staje się popijanie alkoholu przez sportowców. Nihil novi sub sole, i nie warto byłoby nawet palcem kiwnąć, ale rozbawił mnie serdecznie jeden fragment przeczytanego artykułu:

Nowe władze ŁKS Łódź, które przejęły klub w połowie poprzedniego sezonu, na jednym z pierwszych treningów wprowadziły badanie alkomatem. Miały uzasadnione podejrzenia, że piłkarze mogą pojawić się na treningu z alkoholem we krwi. Wiceprezes klubu Tomasz Wieszczycki przebadał ponoć Piotra Świerczewskiego i Wahana Geworiana.

Cóż w tym zabawnego? Otóż podobne teksty pamiętam z lat zamierzchłych, kiedy to opisywano rozmaite starsze alkoholowe ekscesy (jaki ładny tekst przy okazji wyguglałem, szukając czegoś o legendarnym czołgu paczki Króla we Wrocławiu). I z któregoś z tekstów tamtych czasów pamiętam rzucone przez działacza ŁKS-u zdanie: „Musieliśmy sprzedać Grada, żeby ratowac od pijaństwa Wieszczyckiego” (pamiętam też relację z meczu ligowego, w którym młodego Wieszczyckiego niestety dla jego drużyny zabrakło, bo zatruł się… podobno bitkami wołowymi).

Dzień Bez Samochodu

W ramach uczczenia tej godnej pochwały inicjatywy, w celu ograniczenia zanieczyszczenia środowiska i dla zmniejszenia zużycia paliwa, jadąc rano do sklepu po chleb nie włączyłem świateł. Pewnie lepiej było nie włączać silnika samochodu, ale różnica pomiędzy czasem dojścia a dojazdu (z powrotem włącznie) wynosi w moim przypadku 20 minut, których zwyczajnie nie miałem.

Agnieszka Iwański?

Sięgnąłem dzisiaj po poniedziałkowy sportowy dodatek Wyborczej. Przeczytałem prawie cały, dotarłem do dużego materiału o Agnieszce Radwańskiej i rozwoju jej kariery w porównaniu z Karoliną Woźniacką (wybaczcie, proszę, to patriotyczne spolszczanie, ale jakoś głupio mi się pisze wersję oryginalną, kiedy i tak czytam „Karoline Wozniacki”). Radwańska w tym sezonie spisuje się średnio, niby tu i tam punktów pozbiera, niby trochę poprawiła serwis, ale ani błysku, ani efektów za bardzo nie widać. Trochę rozczarowująco, zwłaszcza w porównaniu z rywalkami. Nie będę snuł efektownych analiz, bo fachowiec ze mnie żaden, ale już w zeszłym roku – kiedy ustanawiała rekord ilości osiągniętych i nieprzebytych ćwierćfinałów – zaczęło we mnie kiełkować odczucie, że Radwańska może zostać właśnie taką zawodniczką „ćwierćfinałową”, na tyle dobrą, by w mocnym gronie dobić się gdzieś do ósemki, w słabszym czasem nawet i zabłysnąć, ale jakby niegotową (bojąc się powiedzieć: niezdolną) do zrobienia tego kroku na sam szczyt, bez względu na to, jaie byłyby tego przyczyny.

Osoby wypowiadające się do tego tekstu o Agnieszce Radwańskiej mówią: „Cały sukces Agnieszki jest oparty na jej niewątpliwym talencie. Ale nie da się polegać tylko na tym„, „Agnieszka pracować nie lubi, była leniwa od dziecka, bo z tym wielkim talentem od zawsze z łatwością ogrywała dziewczyny. (..) Nie lubiła za to biegać, była przyzwyczajona, że wygrywa stosunkowo małym wysiłkiem. I tak jej zostało.”

I nagle poczułem, że już coś takiego w tym samym dniu czytałem, w tym samym dodatku. Szybko przekartkowałem wstecz i znalazłem tekst o gwiazdce rodzimej ligi futbolowej Macieju Iwańskim, z bezlitosnym sformułowaniem: „Transfer do Legii był spełnieniem jego kariery. Nie ma ambicji grać w jeszcze lepszej drużynie.

Życzę Agnieszce,  – wcale nie bezinteresownie – aby została tenisowym Bońkiem, a nie Iwańskim.