Źle życzę Sutilowi

To nie jest tak, że go nie lubię. To nie jest tak, że nie podoba mi się jego styl jazdy. Nie mam pretensji o jakieś awantury w nocnych klubach, nie przeszkadza mi, że jest Niemcem – po prostu jutro mu życzę źle. 

I nawet to nie są życzenia wielkiego złego, po prostu niech nie zajmie punktowanego miejsca (czyli niech spadnie w wyścigu o trzy pozycje) – poza honorem, i tak już nic nie straci. 

Nie jest jedynym, któremu dzisiaj źle życzę (też to takie tylko malutkie zła, zełka właściwie, laleczek voodoo nie szykowałem). Chciałbym, żeby w klasyfikacjach tegorocznego sezonu nie zaszły już zasadnicze zmiany – bo może mi to popsuć pomysł na nową notkę:-)

Pod wieczór wszystko będzie jasne.

Bez Adama

Kiedy ponad pół roku temu Adam Małysz zakończył swoją karierę skoczka, miałem w planach napisanie serii długich notek podsumowujących jego karierę. Koncepcję i wiele zdań miałem już w głowie, ale problem polegał (jakże częsta przypadłość w moim przypadku) na zapisaniu ich, co się już jednak nie dokonało. Teraz energii do pisania mam jeszcze mniej, więc tym bardziej się nie spodziewam, może kiedyś skondensuję najważniejsze do jednej.

Czas w każdym razie płynął i płynął, na tyle że nadeszła ta chwila, której wielu się na pewno (przynajmniej skrycie) obawiała: rozpoczął się nowy sezon, a Małysza na starcie nie ma i nie będzie. Okaże się teraz, ilu ludzi skoki oglądało „po januszowemu„, a ilu ogląda ich dla samego magicznego momentu lotu, z odruchem przechylenia głowy dla obserwowania (na pewno statystyki trochę będzie ratować fakt, że Kamil Stoch i młodziaki dają nadzieję większą niż w czasach między Fijasem a Małyszem). Na „magiczny” Puchar Świata w Zakopanem podobno bilety na razie nie idą.

Póki co pogoda też nerwowo zareagowała na brak Małysza i dzisiaj wszystko ze skoczni wywiała. 

Wyjdź za mnie, mała

Wieczór. Angina (schodząca). Jesień (i te rzeczy, mówi Poeta). Żołądek wypchany plackami ziemniaczanymi. W tych warunkach siedzę przy kubku herbaty, odnajdując wewnętrzną równowagę, i zastanawiam się, czemu mi to właściwie w uszach gra? Gra. Gra. Gra. A niech gra.

Stary, poczciwy kawałek. Właściwie to powołując go, dopuszczam się małego oszustwa (a ściślej bigamii), ale cóż zrobić – Bossowi trudno się oprzeć. Little girl, I wanna marry you.. (tu z czasów, kiedy Boss był piękny, młody i z silniejszym głosem).

Eee. Czemu ja się mam Bossowi opierać lub dać mu się uwodzić? Patrz: początek notki..

Rachuba czasu

Junior przyniósł do domu jakiś paskudny szczep paciorkowców, a w związku z tym siedzi w domu i jest oficjalnie uważany za chorego (różnic w zachowaniu szczególnie nie odnotowano, może pierwszego czy drugiego dnia był na tyle zmęczony, że pospał w dzień). Wieczorem zaś zaczął przypominać sobie historię swojego życia:
– Matko, a kiedy ja miałem anginę?
– Parę lat temu.
– W 2008 roku?
– Raczej w 2009.
– O, to wtedy kiedy był nowy Opel Astra!

 Tradycja regularnego zapoznawania się z pismami motoryzacyjnymi nie minęła. 

Dary listopada

Junior miewa w swojej książce do zerówki zadania odwołujące się do pojęcia „dary jesieni”. Jesień wciąż jeszcze wokół nas, aż nietypowa, ostatnio wzięliśmy się za sprzątanie w ogródku przed zimą: tu liście, tam rzeczy do schowania z lata, itp. No i tak sobie robimy, robimy, Junior pomaga, a w przerwach od pomagania przegląda krzaki poziomek. A na tych krzakach.. mnóstwo poziomek, choć raczej w kolorze kwiatów i liści, niż Poziomek (ale to kwestia braku słońca). I jak tak grzebie w tych krzakach, to nagle woła:
– O, hiacynt zakwitł!

Przerwaliśmy, podeszliśmy, zobaczyliśmy. Dziecię miało rację połowicznie: zakwitły dwa hiacynty. Nie zraziły się nocnymi czy świtowymi mrozami do -5.

Aż zaczęliśmy się rozglądać po wszystkich roślinach. Na bzie znaleźliśmy pączki, na wierzbie – bazie, forsycja wyglądała jakby miała ochotę rozkwitnąć (przy okazji jeszcze jakieś maliny wypatrzyliśmy). Jak na listopad, to przyroda nadspodziewanie hojnie darzy. 

Miszczem nie każdy być może

Każdy może zrobić coś głupiego na drodze, żeby zostać prawdziwym miszczem kierownicy, trzeba jednak już specyficznych cech osobowościowych, takich jak poronionej wyobraźni (co nie jest równoznaczne z jej całkowitym brakiem).

Spotkałem takiego dzisiaj wieczorem na mieście. Jechałem spokojnie (inaczej się nie dało) zatłoczoną ulicą i zobaczyłem kilkanaście metrów z przodu, jak zaparkowany po prawej stronie (skosem) samochód włącza kierunkowskaz i światła wstecznego. Ktoś przede mną przyhamował, uprzejmie wpuścił przed siebie. Czekałem grzecznie, aż ten przede mną ruszy, kiedy nagle zobaczyłem na lewym (przeciwległym) pasie samochód jadący na wstecznym. Ten sam, który przed chwilą uprzejmie wpuszczono do ruchu. Póki stałem, to aż się obejrzałem, żeby zobaczyć co dalej zamierza.

Uwierzycie, że za chwilę wcisnął się na prawy pas i zaparkował jakieś 20 metrów od miejsca, z którego przed chwilą ruszał?

Statystyki, czyli miód życia (bez dziegciu)

Tak mnie jakoś naszło wieczorową porą, że zajrzeć do statystyk Google Analytics. Ustawiłem okres analityczny na równy rok wstecz i zacząłem patrzeć, kto i po co do mnie zagląda. Miło się uśmiechnąłem do gościa z Caracas, który jak już wpadł, to postanowił poczytać przez chwilę, podobnie jak do gościa z japońskiej Mitaki (i wszystkich innych, których musiałby żmudnie wyszukiwać od Wiednia przez Końskie, Pruszków, Grenoble i Cork aż po Miami i Fort McMurray). 

Z niemal niecierpliwością zajrzałem do statystyk słów kluczowych, które przywiodły do mnie gości (cóż, nie używam bogatej terminologii seksualnej, więc podnieceni pryszczaci raczej do mnie nie trafiają). Przyznam, że aż mi szczęka opadła jak zobaczyłem wyniki, i postanowiłem zrobić z tego Listę Przebojów Bloga.

Na miejscu trzecim teoretycznie wyskakiwała Marta Konarzewska, nie celebrytka lecz nieco znana z mediów, której faktycznie poświęciłem notkę i nawet użyłem personaliów w tytule. Jednakże, jak podliczyłem różne formy słowa kluczowego, to z podium zepchnęło ją ogłoszenie o sprzedawaniu Lexusa (na dodatek będące chyba najczęściej oglądaną notką na blogu, sądząc ze statystyki Top Content – być może jeszcze więcej chętnych przychodziło szukając zdjęcia, a nie treści). 

Na miejscu drugim – starzy i poczciwi Żwirek i Muchomorek. Napisałem starzy, ale jak widać się nie starzeją. Niestety, nie umiem tego samego powiedzieć o zwycięzcy, którym został – uwaga, uwaga, fanfary! – George Michael. Od mojego zdziwienia większa jest chyba tylko dzika radocha na myśl o zdjęciu, które wita poszukujących tego przystojniaka

Aha, nagroda specjalna za trzymanie formy dla liczby 27. Wciąż tajemnicza, wciąż pożądana, wciąż bez sensu.

Czas płynie szybciej niż idzie

Potrzebowaliśmy nowego zegara ściennego do sypialni, bo stary po latach miłej współpracy rozleniwił się za bardzo i wolał spać niż iść naprzód. Zależało nam na tym, żeby było na nim widać godzinę po ciemku (zwłaszcza w zimową noc), a jednocześnie żeby w ciemności nie rozpraszał i nie utrudniał zasypiania. W końcu żona przywiozła taki, który wydawał się te kryteria spełniać, jest niebrzydki i nie kosztował tyle co wizyta Paris Hilton w Katowicach. 

Ma on jedną bardzo specyficzną cechę, do której wciąż się nie umiem przyzwyczaić: jego wskazówka sekundowa nie przeskakuje po sekundzie, tylko porusza się ruchem ciągłym. I za każdym razem, kiedy na niego spojrzę, mam wrażenie, że czas na nim mija szybciej, niż na zegarze z klasycznym sekundnikiem.

Ach, ta względność czasu. A przynajmniej poczucia czasu.

Powrót Roberta Kubicy

Blogosfera (wróć, wszystkie rodzaje miejsc do dyskusji w Internecie) niemal gotuje się od plotek i spekulacji na temat Roberta Kubicy, jego stanu zdrowia i terminu powrotu na tory. Rozrzut opinii jest szeroki, od „wystartuje w GP Brazylii” (choć już raczej nikt w to nie wierzy, to był termin rzucony przez Daniele Morellego w czerwcu, wspominany już raczej tylko półżartem), aż po „zakończy karierę” (podobno miała tak napisać jedna z hiszpańskich gazet, która też pewnie o tym się z zaciekawieniem dowiedziała). Śledzę to wszystko dość uważnie, w snucie niektórych teorii spiskowych aktywnie nawet uczestniczę🙂 i z natłoku informacji postanowiłem to i owo posegregować.

Z konkretnych informacji, wiemy że:
1/ według Igora Rossello, lekarza, który operował Kubicę (ze szczególnym uwzględnieniem ręki), jest dobrze (informacja z końcówki października – Kubica rusza wszystkimi palcami, potrafi chwytać nimi przedmioty, a nawet podobno jeździł samochodem; jego zdaniem Kubica wie, że będzie mógł wrócić do ścigania, i usilnie nad tym pracuje (przede wszystkim nad odbudową siły),
2/ według Riccardo Ceccarellego, osobistego lekarza Kubicy, Polak miałby wsiąść do bolidu „między październikiem a styczniem” (wypowiedź z września), lecz potrzebuje kilku miesięcy na powrót do formy (wypowiedź z października),
3/ według Daniele Morellego.. nie ma obecnie nic do powiedzenia ponad to, co powiedział Rosello; obóz Kubicy stosuje bowiem embargo informacyjne, dolewając pośledniej oliwy do płonących głów fanów, a sam Morelli dwukrotnie odwołał w ostatnich tygodniach umówione wywiady z dziennikarzem Trójki,
4/ według Lotus Renault, to Kubica jest w stanie takim, w jakim jest, a oni nie mają pojęcia, jaki to stan, bo nie widzieli żadnego raportu medycznego ani Kubicy w akcji (początek listopada), czyli sami są potencjalnie ofiarą embargo.

Z plotek (czyli informacji krążących nieoficjalnie, z niezweryfikowanych oficjalnie źródeł), mam pewne zaufanie do informacji, że Kubica odbył dyskretnie testy w Niemczech na symulatorze Toyoty; nie jest tylko jasne, czy o tych testach zespół LRGP nie wiedział, czy się nie przyznaje, że jego kierowca ćwiczył na symulatorze konkurencji. I w tym punkcie dochodzimy do sedna – w świecie F1 jest jak w świecie wywiadu (lub wielkiego biznesu po prostu): żadna informacja nie musi być tym, czym się wydaje, może być blefem wymierzonym w konkurencję (niekoniecznie wiadomo w kogo) lub zawierać tyle prawdziwej informacji, ile miało się w niej zmieścić (w pozostałym zakresie nie będąc nieprawdziwą z racji nieprecyzyjności lub ucieczki od tematu).

Bawiąc się w odczytywanie z tych fusów, powiem od razu, że do większości rewelacji podchodzę ze sceptycyzmem. Nie umiem jednak oprzeć się myśli, że nie ma powodu nie wierzyć doktorowi Rossello, jako osobiście niezainteresowanemu całą tą grą, jaka odbywa się za uchylaną nam momentami zasłoną. Nie wyciągam z niej jednak żadnych wniosków idących dalej niż „jest dobrze”, ponieważ nie powiedział on w żadnym momencie, kiedy Kubica będzie w stanie wrócić na tor – a niewątpliwie konieczne będzie odbudowanie w każdym fragmencie ciała niezbędnej do wytrzymania dwóch godzin na torze końskiej siły.  

A tytuł, cóż – na pewno ściągnie czytelników:) choćby po to, żeby lektura przynajmniej na niektórych zadziałała jak jakaś aspiryna czy przynajmniej kompres.