Liczenie minut

W tegorocznych eliminacjach Ligi Mistrzów, modne było wyliczanie, przez ile minut Wisła „była” w tych najważniejszych rozgrywkach klubowych Europy (czyli przez ile minut rewanżu na Cyprze, wynik promował drużynę z Krakowa). Ostatecznie na trzy minuty przed końcem meczu (bez czasu doliczonego) straciła decydującego gola. 

Co się działo w ostatniej kolejce Ligi Europejskiej, „widzieli wszyscy”. Wisła „była” w kolejnej fazie rozgrywek przez 15 minut (prowadziła, a Fulham remisował), po czym zakończyła mecz z wynikiem wprawdzie zwycięskim, ale dającym jedynie punkty i poczucie rewanżu. Nie wiem, jak liczyć minuty po zakończeniu meczu, skoro wtedy właśnie w Londynie padł gol dający Wiśle awans.

W ogóle w tych rozgrywkach pucharowych ostatnie minuty były już raczej pomyślne, niż pechowe. W czerwcu możemy wygrywać w ostatnich minutach, bo liczenie minut do końca meczu  w nadziei na utrzymanie korzystnego wyniku, jakoś nam słabo wychodzi.

Zima, zima, zima, ech że ty

Kiedy w grudniu jest zima, rynek w Mikołowie wygląda tak, jak to sfotografowałem rok temu.

W ostatnich dniach, także w rocznicę zrobienia tamtego zdjęcia, na rynek w Mikołowie nie zbłądziłem, ale pogoda ostatnio szczególnie się nie zmieniała, a dwa tygodnie temu to samo miejsce wyglądało tam tak:

rynek w Mikołowie grudzień 2011

Co mi przypomina, że w tym roku podobno na Święta zamiast White Christmas, mają grać November Rain

Przygotowani na zamach

Dostałem z sądu rutynowe zawiadomienie o rozprawie. Odnotowałem datę i godzinę w pamięci i w kalendarzu, zapisałem numer sali, zerknąłem pobieżnie na sakramentalne formułki dodawane na końcu i stwierdziłem, że pojawiło się coś nowego. Otóż w pouczeniu stało co następuje:

Sąd informuje, że w razie ogłoszenia alarmu i konieczności ewakuacji budynku sądowego przed wywołaniem sprawy lub w czasie trwania rozprawy, wyznaczona rozprawa odbędzie się w tym samym dniu i w wyznaczonym miejscu – niezwłocznie po wznowieniu pracy przez Sąd. 

Jest faktem, że tzw. alarmy bombowe pojawiają się w sądach coraz częściej (sam niedawno doświadczyłem). Nawet jeśli sprawców się wykrywa, to nie podaje się zwykle informacji, co nimi kierowało, a odruchową myślą jest, że ktoś (desperat jakiś) chciał w ten sposób doprowadzić do odroczenia wyznaczonej na ten dzień rozprawy. Jak widać, doprowadzi jedynie (przynajmniej w tym sądzie) do zepsucia dnia wielu ludziom, zwłaszcza tym, którzy starali się sobie dzień rozplanować.

Pochwała prostoty (a przynajmniej odrobiny)

Rafał Stec wrzucił przed godziną na Facebooka informację zaczytaną w La Gazzetta dello Sport, że są pomysły na reorganizację (kolejną) futbolowych rozgrywek pucharowych. Jeden z rozważanych wariantów przewiduje połączenie Ligi Mistrzów z Ligą Europejską, rozegranie fazy grupowej 64-drużynowej i później 32-drużynową fazę pucharową. 

Właściwie to im bardziej o tym myślę, tym bardziej chcę klaskać. Skończyłyby się problemy z prestiżem (wszyscy grają w Lidze Mistrzów), dziwne przechodzenie z jednego pucharu do drugiego, ba, nawet tak „złośliwy” problem jak „konieczność” gry zwycięzcy LE w LE. No i przede wszystkim – faza pucharowa będzie miała rozmiary, jak niegdysiejszy poczciwy Puchar Mistrzów Krajowych z lat zimnej wojny, kiedy w Europie mieliśmy znacznie mniej państw i przez to mniej nawet „prawdziwych” mistrzów. 

Licząc na szybko – jeżeli dziś 4 polskie drużyny startują do łącznie 80 miejsc w 2 różnych pucharach, to po reformie co najmniej 3 (jestem optymistą) polskie drużyny powinny startować do 64 miejsc w jednym pucharze. Nie wiem, jak wyglądałyby kwalifikacje, ale 1-2 powinny się być w stanie zakwalifikować (choć smutna jest refleksja, że tylko tak możemy osiągnąć Ligę Mistrzów). I – jak pokazuje tegoroczna LM – w takim szerokim składzie, przy 16 grupach o nieprzewidywalnym składzie, może się okazać, że ktoś z papierowych faworytów nie postara się, zlekceważy i… 

Wygląda fajnie. A gdyby komuś się zrobiło całkiem nostalgicznie, to tylko kwestią czasu będzie, aż zwycięzcy najsilniejszych lig zorganizują sobie dodatkowy, mniej lub bardziej prywatny turniej w gronie 4- lub 8-drużynowym, odtwarzając PEMK. Niech robią, co im będę żałował.

Dlaczego

Kiedy miesiąc temu żegnaliśmy wspólną przyjaciółkę w wieku ledwocopochrystusowym, Airborell napisał u siebie w notce: „Zawsze podświadomie mi się zdawało, że takie rzeczy to się jednak zdarzają innym, nie nam i naszym przyjaciołom”.

Dziś żegnałem kolegę z liceum. Nikt oczywiście nie umiał uwierzyć, że naprawdę go już nie ma, i oczywiście przewinęła się gdzieś mantra „dlaczego on”. 

To jest odruch, któremu nie sposób się oprzeć. Jak Winston Smith, prosimy w duchu „zabierzcie to ode mnie, niech to się stanie komuś innemu”. 

A przecież koniec jest równie oczywisty, jak początek. Nie wiadomo gdzie i kiedy, ale wiadomo, że nastąpi. Nie wiem, czy istnieje jakaś kosmiczna konieczność, by stawało się tak, jak się staje, żeby w danym dniu tylu a tylu odeszło, ale odchodzi. Choćby po to, by zwolnić miejsce dla innych, żeby koniec umożliwił nowy początek. 

Pytanie „dlaczego właściwie ona/on”, znaczy też „dlaczego nie ja”.

Dzięki za wszystko, Alu. Cześć, Adamie.

Młodzieżowa niepedagogiczna ista przebojów

Piątek wieczór, w Trójce Balon Listę puszcza, Ojciec sterany ciężkim dniem siada w fotelu z wielką gorącą herbatą. Zakończył właśnie swój udział w wysyłaniu Juniora do snu, co oprócz roli nadzorcy-ekonoma, obejmuje także pełnienie funkcji didżeja puszczającego rózne kawałki z laptopa.

Junior zna piosenki różne i przeróżne, lecz wieczorową porą (poranną też zresztą) preferuje słuchanie nie piosenek z Teleranka, Disneya czy choćby wyuczonych w przedszkolu (też już prędzej sam śpiewa), ale tych ze świata Rodziców i innych Dorosłych. I Ojciec tak sobie uświadamia, że właściwie to niekoniecznie odpowiednie piosenki są, albowiem..

Odjazd na trąbce – uwagę przyciąga trąbka, języka obcego Junior na razie nie bardzo, więc tytułu na razie Rodzice nie tłumaczą (a Junior piosenkę zna pod skróconym do pierwszych dwóch słów)…
Polskie kantry – tę piosenkę Rodzice specjalnie ściągnęli z uwagi na motoryzacyjne zamiłowania Juniora; nie pomylili się, spodobała się, ale parę słów z potocznego języka kierowców.. cóż, na szczęście jeszcze nie zostały podłapane…
Georges Brassens – tego Rodzice jakoś nie chcieli puszczać dziecku w polskim tłumaczeniu, ale kiedyś pochwycił słuchaną w oryginale; na szczęście francuski jest słabo znany wśród młodzieży, więc nawet jak nie rozumiejąc zaśpiewa (a łapie!), to dziatwa nie będzie mieć radości na (idiomatycznie użytą) kuciapkę, ale jak usłyszy nauczycielka francuskiego…
Stary poczciwy wesoły punk-rock – ku zaskoczeniu, ten kawałek właściwie o niczym złym nie mówi, choć promowanie tatuaży sześciolatkom…
Ryży – to właściwie jest tylko zwyczajnie nudne, ale to akurat Junior usłyszał po raz pierwszy w radio i niestety mu się spodobało.

Co z tej młodzieży wyrośnie.

Jego pierwsza wigilia

Dzwonię dziś popołudniem/wieczorem (o tej porze roku trudno powiedzieć, kiedy jedno się kończy a drugie zaczyna) do znajomego w nieszczególnie ważnej sprawie. Odebrał komórkę tylko po to, by zapytać, czy to coś ważnego. Był bowiem „w pracy”, a konkretnie na spotkaniu „wigilijnym” u jednego ze swoich pracodawców. 

Wcześnie zaczynają w tym roku. Rozumiem ozdoby na ulicach, bo uprzyjemniają smutny ciemny czas, przyzwyczaiłem się do listopadowych świątecznych dekoracji w sklepach, widzę, że i rozwieszanie lampek w prywatnych domach i ogrodach też już się zaczęło.  Ale spotkania przy opłatku i karpiku na dwa tygodnie przed Świętami… (i to w budżetówce, a nie w megakorpo).

W każdym razie, ja jeszcze z pierwszymi życzeniami zaczekam.

O kremacji po czesku

W dzisiejszej GW Mariusz Szczygieł (felieton z cyklu „Czechofil”, niedostępny w sieci, przynajmniej na razie lub bezpłatnie) pisze o popularności kremacji zwłok wśród Czechów, nie po to, żeby odkryć Bohemię, tylko po to, żeby na marginesie wzmianki o wydaniu – czeskiej, a jakże – książki „Palacz zwłok” opowiedzieć o małych historyjkach z życia Czechów, przeczytanych w listach, gazetach i internetach. 

Przypomniał mi się przeczytany przed laty poczciwy czeski kryminał z czasów I Republiki (właściwie zbiór krótkich form kryminalnych). W jednej z nich pojawia się zły mąż, który zabił żonę i dyskretnie dokonał jej kremacji w domowym piecu. Został złapany, odbył się proces, na którym szczegółowo dowodzono, jak to zły mąż spopielał zwłoki żony. Narrator zwrócił uwagę na cichego, niepozornego człowieka siedzącego na sali rozpraw, który chłonął te opowieści z wielką uwagą. Narratora zafrapowało, kim ten człowiek właściwie jest – cichym wspólnikiem? Fanem mordercy? A ten okazał się być przedstawicielem towarzystwa przyjaciół kremacji, który – jak sam wyjaśnił – słuchał z taką uwagą, bo z wywodu wynikało, że złoczyńca do skremowania żony potrzebował około pięciu metrów sześciennych opału, a im w towarzystwie nie udawało się zejść poniżej ośmiu metrów sześciennych.. (jak on to, pane, zrobił?)

Jakież to czeskie: urocze i pragmatyczne zarazem.

Widzę podwójnie, albo nawet gorzej

Od wyborów upłynęło już dość trochę czasu, wszyscy powinni byli już po sobie posprzątać, i nawet im się to chyba udało, bo plakaty i plakaciki nie rzucają mi się jakoś w oczy. Przejeżdżam jednak często obok miejsca, w którym ma się wrażenie, że wybory trwają, i trwać będą, a przynajmniej kampania wyborcza. I nie ma w tym nic nielegalnego.

Elżbieta Bieńkowska billboardy przewoźne

Proszę się nie czepiać jakości, wykonywanie zdjęcia telefonem zza kierownicy przy 70 km/h w łuku zasadniczo chyba narusza, a zatrzymać się tam za bardzo nie da. Ale jak ktoś chce, to może analizować odbicia.

Dziękujemy, Iranie?

To było ćwierć wieku temu: na meksykańskim mundialu Polska ciężko poległa z Linekerem, a mimo to udało się jej wyjść z grupy. Stało się tak za sprawą dziwacznego ówczesnego regulaminu, premiującego część drużyn zajmujących trzecie miejsca w czterodrużynowej grupie, oraz zwycięstwa Maroka nad Portugalią, co dało nam to właśnie trzecie miejsce (w porządku, remis z Marokiem i wygrana z Portugalią też trochę pomogły). Gazety pisały wtedy „Dziękujemy Maroko” (to znaczy wierzę że pisały, bo byłem wtedy z dala od nich, ale tak mi relacjonowano).

Dziś przed nami trzy ostatnie mecze w siatkarskim Pucharze Świata, na którym pozycja medalowa daje kwalifikację olimpijską. Kibice są pogrążeni w wyliczeniach, ile punktów z posiadanej przewagi możemy sobie pozwolić stracić w tych trzech meczach z najgroźniejszymi rywalami, żeby utrzymać się w czołowej trójce. Ba, niektórzy już nawet sformułowali teorie spiskowe o cichych układach między uczestnikami. A ja mam wrażenie, że w tych kalkulacjach zapominamy trochę o innych uczestnikach. Ci sami rywale, z którymi zostało nam grać, muszą jeszcze zagrać z japońskimi gospodarzami oraz z cichą rewelacją turnieju Iranem. I zwłaszcza w meczach z tym ostatnim mogą stracić punkty.

Czy za kilka dni napiszemy w nagłówkach „Dziękujemy Iranie”? Osobiście wolałbym, żeby to nie było potrzebne. Taki sukces lepiej smakuje. Poza tym, kiedy już podziękowaliśmy Maroku, to ciężko polegliśmy z Brazylią, i wolałbym tej analogii nie rozwijać.