W tegorocznych eliminacjach Ligi Mistrzów, modne było wyliczanie, przez ile minut Wisła „była” w tych najważniejszych rozgrywkach klubowych Europy (czyli przez ile minut rewanżu na Cyprze, wynik promował drużynę z Krakowa). Ostatecznie na trzy minuty przed końcem meczu (bez czasu doliczonego) straciła decydującego gola.
Co się działo w ostatniej kolejce Ligi Europejskiej, „widzieli wszyscy”. Wisła „była” w kolejnej fazie rozgrywek przez 15 minut (prowadziła, a Fulham remisował), po czym zakończyła mecz z wynikiem wprawdzie zwycięskim, ale dającym jedynie punkty i poczucie rewanżu. Nie wiem, jak liczyć minuty po zakończeniu meczu, skoro wtedy właśnie w Londynie padł gol dający Wiśle awans.
W ogóle w tych rozgrywkach pucharowych ostatnie minuty były już raczej pomyślne, niż pechowe. W czerwcu możemy wygrywać w ostatnich minutach, bo liczenie minut do końca meczu w nadziei na utrzymanie korzystnego wyniku, jakoś nam słabo wychodzi.

