Bociany w śniegu

Junior siedząc Ojcu na kolanach ogląda w telewizorze, jak narciarze na zawodach mierzą się z rosyjską zimą. Płaskie, podbieg, zjazd, płaskie, podbieg.. Aż na kolejnym zjeździe nagle mówi:
– Bociany…

Ojciec jako żywo ptaków nie widział, więc metodą dedukcji i pytań doszedł do wniosku, że Juniorowi narciarz w pozycji do zjazdu przypomina bociana. (Po czym westchnął w duchu: „bociany, wracajcie, wiosnę nam przynieście!”) 

Rydwanem

Karolinie, żeby nigdy nie traciła wiary w siebie

Nietrudno uwielbiać ten utwór. Gdy się w niego wczuć, opowiada nam całą historię biegu. Nerwowe oczekiwanie przed startem. Równy rytm kroków rozpędzającego się biegacza. Uczucie lekkości towarzyszące pełnemu rozpędowi. Euforię poczucia dobrego biegu. Siłę w walce na wirażu. Dobywanie ostatnich rezerw w zaciekle wybijanych krokach na finiszu. Triumfalne wyrzucanie w górę rąk na mecie. Łzy niedowierzania, że udało się spełnić marzenie. 

Gdyby spojrzeć na czas tak opowiedzianego biegu – pamiętając, że utwór napisano na potrzeby opowieści o Igrzyskach w Paryżu w 1924 roku – to musiałby to być bieg na 800 metrów, choć i to niezbyt szybki; z takim czasem (mniej więcej 2 minuty 5 sekund) nie udałoby się wejść do półfinału (jako ciekawostkę podajmy, że Stefan Kostrzewski pobiegł wtedy o parę sekund szybciej, a Stefan Ołdak – o parę sekund wolniej). Film opowiadał jednak o sprinterach – na klasyczny bieg Harolda Abrahamsa to jednak zdecydowanie za dużo, natomiast niemal idealnie pasuje to do rekordowego biegu Erica Liddella na 400 metrów. Dwa razy dłużej – to mieści się w granicach licentia poetica.

I nieważne, czy ten utwór faktycznie był wmontowany w scenę biegu. To wizja Vangelisa.

Na wycieńczenie

Kiedy oglądałem dzisiaj końcowe gemy finału Australian Open, przed wszystkim w oczy rzucało mi się, jak niesamowicie Nadal i Djokovic byli zmęczeni: Nadal chwiał się na nogach, Djokovic ledwo dobiegał, obaj raczej mieli nadzieję, że dobrze uderzą, niż dobrze uderzali (w szóstej godzinie gry to nie dziwiło). Przypomniało mi to czytane niegdyś opowieści o legendarnych pojedynkach bokserskich (nie pamiętam czyja to była książka, niestety).

Więc najpierw walka Sama McVey z Joe Jeannette w Paryżu w 1909 roku. McVey miał – jak się to mówi – miażdżącą przewagę, powalał przeciwnika na deski raz za razem, w sumie w całym pojedynku aż dwadzieścia siedem (27) razy. Ale walka była przewidziana na 50 rund, a Jeannette był niesamowicie wytrzymały, podnosił się po knockdownach i konsekwentnie uderzał rywala w korpus (na osłabienie) i po oczach. Po 40 rundach McVey zaczął tracić siły, w 42 rundzie sam znalazł się na deskach 7 razy; po 49 rundzie… przestał widzieć na spuchnięte oczy i musiał poddać walkę (choć reporter zanotował, że i tak było to o włos od nokautu).

Ale 49 rund (ponad 3 godziny walki) to żaden rekord w historii zawodowego boksu. Ten należy – już pewnie po wsze czasy – do pojedynku o tytuł mistrzowski, jaki stoczyli w 1893 roku Andy Bowen i Jack Burke. Po ponad siedmiu godzinach i 110 rundach, żaden z nich nie był w stanie dalej walczyć i walkę uznano za nierozstrzygniętą…

Pojedynek Nadala z Djokoviciem zakończył się ostatecznie rozstrzygnięciem na korzyść Serba, ale wszyscy zgodnie mówili, że w tym finale żaden nie zasłużył na przegraną. Tak jak ani Bowen, ani Burke. 

Imagine…

Wyobraź sobie… że po latach ciężkiej pracy i wyrzeczeń, dzięki modlitwie /medytacji /nanotechnologii /czarnej magii, udało Ci się wyprodukować cudowną butelkę wódki. Jej niesamowitość polega na tym, że jeżeli tylko nie opróżnimy jej do dna, to poziom płynu wraca do stanu pierwotnego, dzięki czemu można z niej właściwie korzystać w nieskończoność.

Wyobraź sobie… co mógłbyś zrobić z taką magiczną butelką.  Mógłbyś mieć zapas na całe życie. Mógłbyś urządzić niekończącą się imprezę (póki starczy ogórków), dla siebie samego lub ze znajomymi. Mógłbyś odkuć się za lata wyrzeczeń, otwierając knajpę z bezkosztowym alkoholem (doprowadzając do szału urzędników skarbowych, którzy kontrolowaliby Cię na okrągło, podejrzewając, że pędzisz lub kupujesz wódkę na lewo i dolewasz do butelki). Wszystko, co zapragniesz.

Wyobraź sobie… że przy jakiejś okazji ktoś wziął Twoją butelkę do ręki i zaczął sam polewać. Nie powiem, zachowuje zasadę, żeby nie opróżnić na raz, i polewa wszystkim, którym Ty chcesz polać. Ale nie masz już kontroli nad tym, co właściwie chcesz z tą wódką robić. Kiedy prosisz, żeby Ci oddał, odpowiada, że przecież nic nie tracisz na tym, że on tak polewa, bo i tak by u Ciebie lufy nie kupił, ani nikt z jego znajomych.

Wyobraź sobie… że tak działa darmowe dzielenie się kontentem w internecie. Ale przecież nie musisz sobie wyobrażać, przecież właśnie tak to działa.

Tarta

Na zakupach porannych przesuwam się leniwie wzdłuż sklepowej lodówki. Zerkam na to i owo, w końcu mój wzrok pada na dość bogaty zestaw gotowych tart. A tam obok tarty warzywnej, tarty z kurczakiem, tarty z gyrosem (błe?) – leży sobie TARTA Z LOTARYŃSKA.

I teraz nie wiem – czy brakło miejsca na dopisanie nazwy lotaryńskiego dodatku (z lotaryńską kiełbasą? z lotaryńską sałatką? …), że już ten ogonek przy A pominiemy, czy też może to jakaś lokalna odmiana, z której słynie Lotaryńsk czy Lotaryńsko, czy też wreszcie autor opakowania to jakiś pół-Czech, który podpolszczył czeskie Lotrinsko albo podczeszczył polską Lotaryngię.

Ciekawe, ilu ta notka skusi poszukujących przepisów na tartę:-)

Jak tu protestować przeciwko ACTA?

Sprawa kompletnie incydentalna – marsze i protesty odbywają się w całej Polsce, odbył się też i w Katowicach. No i teraz jest dość zabawna sytuacja – ponieważ winą za ACTA (cokolwiek to ma znaczyć) obciąża się rząd i Platformę, to oczywiście gorliwym uczestnikiem protestów jest PiS. Tyle że katowicki protest został ogłoszony i zorganizowany przez PiSowskiego wroga publicznego numer 1 na lokalnej scenie, czyli Ruch Autonomii Śląska. I teraz mają problem, czy popierać zakamuflowaną opcję, czy tradycyjnie na nią popluwać (co jednak nakazywałoby ulokować się po stronie PO). Ot, problem:-) (swoją drogą nie jestem pewien czy problem nie jest ze wzajemnością). 

W domu, w polu i w zagrodzie

Jeden z operatorów telekomunikacyjnych prowadzi ostatnio intensywną kampanię reklamową opartą na utworach słowno-muzycznych, rymowanych zwykle, wykonywanych w formie melorecytacji przez nieoczekiwanych odtwórców, reprezentujących rozmaite grupy społeczne (ze wskazaniem na niższe). Niektóre pomysły pozostawiają wiele do życzenia, o poczuciu smaku za bardzo mówić nie można, ale przyznam szczerze, że daję plusa (z małej litery) za tekst:
nawet gdy obrządzam, smartfona oglądam

Kiedyś to książki miały zbłądzić pod strzechy, teraz telefony i internety.

Frankfurt nad Zatoką Gwinejską

Podglądam dziś mecze Pucharu Narodów Afryki. Najpierw Libia nie utrzymała, niestety, prowadzenia w meczu z Zambią, teraz Senegal próbuje zgnieść gospodarzy z Zangaro. Mecze rozgrywane są z opóźnieniem, z powodu – a jakże – tropikalnej burzy. Padać przestało, ale…

Legendarnego meczu Polska-Niemcy z 1974 na Waldstadionie z przyczyn biologicznych nie oglądałem (nie szukałem powtórek i tubek), znam go jedynie z migawek i opowieści, jak to Grzegorzowi L. piłka zatrzymała się po strzale na linii bramkowej, bo nie dała rady pokonać kałuży. Na boisku w Bata widać sceny identyczne: piłka zatrzymująca się w trakcie pięciometrowego podania po ziemi, woda chlupocząca pod nogami (nie we wszystkich miejscach na boisku, tylko w takich pułapkach). Widok zawodnika ociekającego wodą z twarzy po podniesieniu się z murawy: bezcenny.

Każdy ma taki Frankfurt, na jaki sobie może pozwolić.

ACTA histerii

Nie, nie da się przejść obok i unikać, to jest gorsze od Smoleńska i podobnych (może dlatego, że ma związek z działką, którą się w życiu zajmuję, w szerokim rozumieniu). 

A problem zasadniczo można streścić w kilku punktach:
1. ACTA nie tworzy konkretnych uprawnień dla konkretnych osób, fizycznych lub prawnych; koncepcje, że można na podstawie ACTA wytoczyć powództwo czy zgłosić żądanie, które nie wynika z polskiego prawa, są po prostu śmiechu warte, gdyż ACTA dotyczy relacji między państwami (i nawet próba tworzenia czegoś w rodzaju unijnego direct effect dyrektyw będzie skazana na niepowodzenie),
2. chorobą niemal wszystkich komentujących jest rzucanie się na oderwane fragmenty przepisów, co powoduje zgubienie nie tylko kontekstu, ale wręcz istotnych przesłanek normatywnych; cudnym przykładem jest lęk przed „nakazem konfiskaty serwera internetowego„, w sensie jak na serwerze firmy NOWAK SERWIS znajdzie się nielegalny Office czy 3 piosenki Lany del Rey, albo że przez serwer firmy ZABŁOCIE PROWAJDER ściągnięta zostanie kopia Piratów z Karaibów – to majorsi zabiorą serwer i nie oddadzą; nikt natomiast nie czyta dość uważnie, że taka możliwość jest wymagana dla przestępstwa umyślnego piractwa na skalę handlową, czyli NOWAK SERWIS musiałby te nielegalne kopie generować do sprzedaży, a ZABŁOCIE PROWAJDER co najmniej promować ściąganie nielegalnych filmów – ten przepis ACTA bije w Megauploady i podobne instytucje (oczywiście, polski Sejm może poszerzyć katalog przestępstw związanych z prawami autorskimi – ale to już jego wyłączna sprawa, ACTA nie ma na to żadnego wpływu),
3. aż do bólu eksploatowane są pomysły „a jak w skrajnym przypadku…”, na co najlepszą odpowiedzią jest stary dowcip o skazywaniu za gwałt – bo w końcu narzędzia są, hmm, rozpowszechnione; ale to się wpisuje w tradycję pisania o każdym procesie, że „za dany czyn grozi nawet..” (i tu maksymalne zagrożenie), jakbyśmy żyli w państwie stalinowskim, a nie w demokratycznym państwie prawnym,
4. zasadniczo nie obchodzi nikogo, że większość zobowiązań wynikających z ACTA już dawno została „wykonana”, bo od dziesięcioleci nawet funkcjonuje w prawodawstwie w taki czy inny sposób – a sposób wykonania i kontroli praktycznego funkcjonowania sprawować będą polskie sądy, a nie mityczny Spisek Korporacji.

Oczywiście, to gigantyczny skrót, ale nie mam czasu ani sił na drobiazgowe analizowanie każdego punktu ACTA w celu pokazania, jak koreluje on z polskim prawem, jakie zawiera mechanizmy ochronne (tak, są tam takie). Potem i tak się kończy na „a jak znajdą Lady Gagę to zamkną na 5 lat” (właściwie należałoby, za brak gustu).
 

Kolejna klęska rządu Tuska !!!

Po raz kolejny ten rząd, którego głównym zajęciem jest udawanie się na urlop, zawiódł straszliwie oczekiwania Polaków. Ten rząd ponosi pełną, niezaprzeczalną i stuprocentową odpowiedzialność za to, że wielka sportowa impreza znów omija Polskę ! I co jeszcze bardziej zawstydzające – ten rząd pozwolił na KOLEJNE upokorzenie Polski i Polaków przez to, że ta impreza odbywa się w GABONIE !!!