Latekstowo

Junior wrócił po feriach do przedszkola (tak, tak, w przedszkolu też się robi ferie) i zaraz zaczął wyśpiewywać w domu piosenkę, towarzyszącą zabawie stanowiącą (jak Ojciec wnioskuje z chaotycznych relacji) odmianę zabawy w królewnę śnieżkę* i księcia. Słuchając tej piosenki po raz 96, Ojciec wers „i będziesz spała latek sto” zaczyna słyszeć jako „lateks to..” Cóz, sposób interpretacji prawiesiedmiolatka też w takim poskładaniu pomaga. I nawet Ojcu nie kojarzy się żadna panienka w lateksie. 

Eliminacje rządzą

Kiedy zobaczyłem wyniki ćwierćfinałów dzisiejszego sprintu na Polanie Jakuszyckiej, uniosłem ręce do góry w geście triumfu. Justyna Kowalczyk w swoim ćwierćfinale przybiegła na trzecim miejscu, niewiele jej brakło do awansu do ćwierćfinału (wśród przegranych miała trzeci czas, przy dwóch awansujących), a w tym samym ćwierćfinale Bjoergen przybiegła piąta. Wyglądało na to, że o włos może wyprzedzić Bjoergen w klasyfikacji generalnej PŚ.

Kiedy jednak opublikowano oficjalne wyniki zawodów, poczułem rozczarowanie. Mimo iż z zawodniczek na trzecich miejscach w ćwierćfinałach Kowalczyk miała drugi czas (a pierwszy wśród odpadających), to nie zajęła spodziewanego 13. miejsca, lecz dopiero 16. Zacząłem więc szukać zasad ustalania kolejności w sprincie, nie znalazłem ich jakoś na stronach FIS (może mi cierpliwości brakło), po czym odtworzyłem regułę na podstawie wyników. Pierwszą dwunastkę tworzą oczywiście zawodniczki, które awansowały do półfinałów (tu pomijalne). Pozostałe ćwierćfinalistki są klasyfikowane podług miejsc zajmowanych w swoich biegach, przy czym kluczem między zawodniczkami na tych samych miejscach nie jest czas biegu w ćwierćfinale. Jest nim natomiast czas biegu w eliminacjach (co w praktyce oznacza: im niższy numer startowy, tym wyższe miejsce w razie porównania miejsc); w sumie nie powinno dziwić, skoro w Tour de Ski też czas eliminacji ma istotne znaczenie.

Justyna Kowalczyk w eliminacjach uzyskała niestety dopiero 24. czas, i w konsekwencji będąc najszybszą z „trzecich odpadających”, została wśród nich sklasyfikowana jako ostatnia. Bjoergen miała w eliminacjach dobry, czwarty czas, więc w grupie piątych zawodniczek została sklasyfikowana na miejscu drugim i w całej stawce na 22 (inna sprawa, że gdyby uwzględniać czas biegu, byłaby na tym samym, bo jej bieg był co najmniej równie szybki, jak zwyciężczyń trzech innych ćwierćfinałów). I tak strata do Bjoergen zmalała do sześciu tylko punktów, zamiast… zmaleć do jednego. W końcu, jutro też jest dzień.

Czapki

Wróciłem do domu po kolejnej sesji ćwiczeń z łopatą i śniegiem. Poszedłem do łazienki otrzepać i zrzucić ośnieżone ciuchy. Powiesiłem kurtkę pod prysznicem, położyłem czapkę na kaloryferze i zacząłem się rozglądać za miejscem na szalik. Spojrzałem uważnie i aż się zdziwiłem.

Na kaloryferze leżały już cztery moje czapki.

Nie żebym był zdziwiony swoim stanem posiadania, ale tempo ich przemaczania przy robocie w ostatnich dniach robi wrażenie.

 

Niech żyje Dawid

Fascynujący był finał Pucharu Narodów Afryki. Stanęły w nim naprzeciw siebie gwiazdy Wybrzeża Kości Słoniowej, silne, masywne, z wielkich klubów, o wielomilionowych kontraktach, i mikrusowate, chude, o dziecinnych twarzach, chłopaki z Zambii. Słowem: Goliat kontra Dawid. 

I na boisku było, jak w Biblii: potężny, opancerzony Goliat poruszał się po boisku, jakby sam jego rozmiar i ciężar miał ten pojedynek rozstrzygnąć (w końcu najlepszym zawodnikiem WKS w całym turnieju był cichy i znacznie mniej znany bramkarz). A Dawid hasał po boisku, cieszył się grą, pokazywał fajerwerki (najładniejsza akcja Drogby z Toure wyglądała jak zerżnięta od Zambijczyków), pokazywał mnóstwo serca. I nawet jeśli mecz rozstrzygnął się dopiero w karnych, to Dawid wygrał go zasłużenie.  

Mam serdeczną nadzieję, że za pięć miesięcy będę mógł taką pochwałę wygłosić ponownie. I nie chodzi tu o przypływ kibicowskiej wiary w drużynę narodową, tylko o nadzieję, że Pani Fortuna zabawi się z Goliatami europejskiego futbolu (nawet jeśli hiszpański Goliat jest wielki tylko wynikami, reputacją i kontraktami, a nie posturą), sprawiając nam jakąś niespodziankę w postaci błyskotliwego czarnego konia. Może być słowiański.

Bonifikat czar

Jak wiemy, mniej więcej miesiąc temu Justyna Kowalczyk wygrała Tour de Ski, mając łącznie 28 sekund przewagi nad Bjoergen i prawie 4 minuty nad Johaug. Czy na pewno była jednak najszybszą narciarką imprezy, skoro za osiągnięcia na poszczególnych etapach odjęto jej łącznie z czasu 4 minuty i 4 sekundy?

Tour de Ski – jak już nazwa wskazuje – jest inspirowany wieloetapowymi wyścigami kolarskimi. Nie w każdym takim wyścigu stosuje się bonifikaty, ale przyzwyczaiłem się do nich jeszcze w czasach chwały Wyścigu Pokoju – otrzymać je można zarówno za wysokie miejsce na mecie, jak i na specjalnych punktach na trasie. W narciarskim Tourze stosuje się oba te warianty, a dodatkowo miejsca w biegach sprinterskich są przeliczane na sekundy bonifikat (przy czym tu nie każdy może wie, że w sprintach do wyniku łącznego wlicza się wyniki z eliminacji).

Nasuwa się też taka refleksja, że w odróżnieniu od wyścigów kolarskich, gdzie wszyscy startują razem (etapom jazdy indywidualnej oczywiście odpowiadają biegi indywidualne), FIS dołożył do programu Touru (i innych takich mniejszych imprez wieloetapowych) także biegi na dochodzenie. Dla widowiskowości są one niemal niezrównane, ale tak naprawdę pomagają w zlikwidowaniu przewagi lidera wypracowanej na wcześniejszych etapach; gonić (zwłaszcza przy względnie niewielkiej przewadze) jest bowiem łatwiej niż uciekać, i w tym sensie są one w wieloetapówkach w pewnym sensie niesprawiedliwe.

Odpowiadając na początkowe pytanie, wystarczy sprawdzić, że Johaug na etapach zgromadziła minutę i 9 sekund bonifikat, a Bjoergen aż 3 minuty i 46 sekund. Przy czym gdyby bonifikat nie było, to zapewne niewiele zmieniłoby to w rozstrzygnięciu pomiędzy Bjoergen i Kowalczyk, bo ten pojedynek tak naprawdę – po ośmiu dniach rywalizacji – został rozegrany na Alpe de Cermis i całą przewagę Polka tam właśnie zbudowała. Inaczej mogłaby natomiast wyglądać rywalizacja z Johaug, która spokojnie mogłaby ograć na podejściu swoją rodaczkę (miała ponad minutę przewagi na tym etapie), a mając Kowalczyk w zasięgu wzroku… cóż, wygrać nie musiała, ale mógłby to być pasjonujący pojedynek, jak Kuitunen z Saarinen w 2009 roku.

Przygody z nawigacją

Zmieniłem ostatnio telefon, po sam już nie pamiętam ilu latach. W nowym telefonie za darmo oferuje mi się dostęp do jakiejś tam nawigacji satelitarnej, a że i abonament przewiduje spory pakiet danych do ściągnięcia bez dodatkowej opłaty, to postanowiłem: a co mi tam, spróbuję jak to bangla. 

Zacząłem od sporego rozbawienia, kiedy nawigacja uparcie mnie przekonywała, że mieszkam w pewnej odległości od swojego domu. Różnica rzędu stu metrów może być zwalona jeszcze na jakiś tam błąd pomiarowy, niedostępność odpowiedniej liczby satelitów itepe, ale kiedy rozbieżność sięgnęła kilometra i utrzymywała się na tym poziomie, to mój ubaw był już serdeczny. Obecnie umiejscawia mnie już gdzieś u sąsiada, więc z punktu widzenia poruszania się satysfakcjonuje mnie to w zupełności. 

Żeby nie zdawać się ślepo na kaprysy nawigacji (tylko je dobrze poznać), testuję ją dość regularnie na drogach, po których jeżdżę niemal na pamięć. Wyniki bywają zaskakujące – kiedy jadę moją wypraktykowaną trasą przez peryferia do Chorzowa, to gdy tylko minę główną drogę (którą pomijam), to nawigacja prowadzi już właściwie jak po sznurku. Kiedy jednak z Chorzowa postanowiłem tą samą drogą wracać, to za pierwszym razem musiałem pięciokrotnie pojechać wbrew wybranej przez nawigację trasie (nieźle się przy tym uśmiałem, że kiedy zrobiłem to po raz piąty, skręcając w centrum Świętochłowic, to nawigacja po ponownym przeliczeniu trasy natychmiast skróciła odległość o całe osiem kilometrów). Nawigacja trochę się uczy, bo za drugim razem musiałem się z nią nie zgodzić już tylko 3 razy, na samym początku drogi zresztą.

Całkiem zabawne efekty dał również test nieco dłuższej podróży po mniej znanej drodze. Jechałem do Jastrzębia i doszedłem z góry do wniosku, że najsensowniejsza będzie droga prowadząca A1 do Świerklan, a dalej jak droga poprowadzi. Nawigacja nie ma jednak jeszcze zakodowanego istnienia A1 co najmniej od Żor (zresztą nawet ją rozumiem), więc najpierw kazała mi zjeżdżać kolejno każdym istniejącym zjazdem, a potem przekonywała, że mam wybrać każdą nawijającą się polną drogę (bo skoro jechałem szczerym polem…) Kiedy w końcu zjechałem w Świerklanach, wtedy już – oddaję honor – przydała się, prowadząc mnie aż do znajomego skrzyżowania (i potem zresztą też jak należy). Zwłaszcza że w tamtym momencie zawiodła nawigacja tradycyjna – cóż, nie dość dokładnie przeanalizowałem zawczasu plan trasy (ani go nie zabrałem ze sobą) i pojechałem na czuja w kierunku wschodnim (geograficznie bardziej uzasadnionym), podczas gdy właściwa droga prowadziła na zachód do sekwencji kolejnych skrzyżowań (przy czym na rondku, gdzie trzeba było dokonać wyboru, nawigacja też jeszcze nie miała zdania). 

Mam więc na razie świadomość ograniczeń tego urządzenia, jak i doceniam jego możliwości (raz już byłem w sytuacji, kiedy nie miałem czasu sprawdzić dokładnej trasy z Wełnowca do Będzina i mogłem zawierzyć albo jechać na czuja – i to pierwsze okazało się dobrym wyborem). Poza tym, wyłączyłem ostrzeganie mnie o przekroczeniu prędkości – bo komiczne było, jak w szczerym polu słyszałem, że moje 80 km/h to zbyt szybko – i zaraz mi lepiej. W końcu nie można kierowcy rozpraszać.

Who’s that girl?

Włączyłem dziś wieczorem na rozgrzewkę i do towarzystwa telewizor (żeby brzęczał w tle jak się męczę z jakimś paskudztwem, które nie chce się samo zrobić) i trafiłem akurat na film-legendę epoki kaset wideo. Commando, Arnie i jego megamuskuły posmarowane w paski maskujące, rzeź zbiorowa i te rzeczy. Istotą filmu – gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć koncept fabularny – była porwana córka Arniego. I kiedy spojrzałem na nią, lekko wypłoszowatą dziewczynkę (choć dzielną i pomysłową jak na córkę superkomandosa przystało), aż zmrużyłem oczy – nie będąc w stanie uwierzyć, że już jej gdzieś nie widziałem w nieco innej wersji.

Alyssa Milano Commando

Wydaje się, że taki dzieciak mógł zrobić karierę? Cóż, może nie Oscarową, ale… Wystarczyło na wiele filmów do zapomnienia, duże role w serialach, które latami tłuką się po telewizjach, jak również na trwałe miejsce w pismach dla panów czy oddolnych internetowych galeriach zdjęć na podnietę. Oczywiście, po kilku latach i osiągnięciu wieku adekwatnego. 

Alyssa Milano not nude

Alyssa Milano. Zgadlibyście patrząc na pierwsze zdjęcie? (Pod zdjęciami linki do stron, z których zdjątka pożyczyłem, tam można znaleźć ich więcej, a jeszcze więcej se sami wyguglajcie). 

Siedmiu wspaniałych

Jak ten czas leci… Od pechowego Ronde di Andora właśnie minął rok, właśnie rozpoczęły się przedsezonowe testy , a tu jeszcze żadnej refleksji podsumowującej sezon 2011. Inna sprawa, że Sutil troszeczkę mi pomysł na to podsumowanie zepsuł, no to ma za karę i w tym sezonie sobie w ogóle nie pojeździ (stop: nigdy nie mów nigdy).

Nudny był ten miniony sezon pod różnymi względami, jedni wytkną brak Idola, drudzy sarkają na dominację jednego zawodnika. Jak dla mnie, brakowało takiego urozmaicenia w postaci awaryjności samochodów – do mety dojeżdżały wręcz koncertowo, w jednym z wyścigów w komplecie, nie chce mi się liczyć średniego wskaźnika awarii (ktoś to gdzieś pewnie policzył, a ja cierpię na zimowy zanik chęci do wielu rzeczy). I mimo że na torze dzięki oponom i DRS-om toczyły się boje o wszystkie możliwe miejsca, odnotowywaliśmy niestety nudną przewidywalność na czołowych miejscach. Rozegrano w sumie 19 wyścigów, co dawało 57 miejsc na podium. I te miejsca przypadły raptem..

Tak, właśnie: siedmiu kierowcom. Wielki Hegemon nie stanął na podium raptem w 2 wyścigach (uroczy defekt opony w Emiratach i bolesne potknięcie na domowych śmieciach), więc zostawił 40 miejsc. 38 z tych miejsc padło łupem kwartetu bijącego się o miejsce drugie i trzecie. A siódemkę, ku ogólnemu zdziwieniu uzupełnili na samym początku sezonu mało wyróżniający się kierowcy Lotus Renault, zawstydzając kierowców Mercedesa i drugiego kierowcę Ferrari. I jak niewiele brakowało, aby mimo późniejszej ogólnej kaszany technicznej (i przedwczesnego rozstania z serią przez Brodatego Nibelunga), punkty zdobyte za te podia wystarczyły im obu do utrzymania się w czołowej dziesiątce kierowców sezonu (zły Sutil, no nie?).

W tym sezonie podobno mniej ma zależeć od bolidów, już nie budowanych według wypieszczonych koncepcji dyfuzorów i wydechów. Może więc liczba stających na podium się zwiększy – w tak ulubionym przez nas sezonie 2008, było ich dwukrotnie więcej (nawet jeśli ta druga połowa była mocno przypadkowa). Choć ważniejsze jest w sumie, żeby walka o tytuły była emocjonująca do samego końca, jak.. w kolejnych zaprzeszłych sezonach.

PS. Skojarzeń z westernem jakoś nie udało mi się znaleźć, ale mi nie żal. Tytuł wystarczy.

Przepraszamy za usterki

Oglądam ćwierćfinały Pucharu Narodów Afryki. Wczoraj w meczu Gwinei Równikowej przez blisko kwadrans realizator zmuszony był pokazywać obrazki z trybun i reklamy (za to w tym czasie Drogba najpierw zmarnował karnego, a potem strzelił otwierającego gola). Dziś obraz w meczu Tunezja-Ghana zniknął tylko na parę minut, bez szkody dla widowiska zresztą.

Odruchowo cisną się jakieś słówka o Trzecim Świecie. I faktycznie, wg dzisiejszej informacji na pasku informacyjnym, problemy były spowodowane jakąś awarią zasilania. Ale wczoraj – jak przyznali komentatorzy – problem leżał w intensywnej śnieżycy. Nad dobrą, cywilizowaną Europą. Nad starym, dumnym Albionem.

I może afrykański komentator nie powiedziałby „uratował przed straconą utratą bramki”…