Ministra i kowboj

Jadę dzisiaj samochodem, słucham jakiejś smętnej rozmowy dziennikarzy na temat bieżących wydarzeń. Podniecają się (jak na smętny standard poranka) odwołaniem kierownictwa Centralnego Ośrodka Sportu (z wiadomym właścicielem salonu fryzjerskiego), zastanawiają się jak to wpłynie na Przygotowania Olimpijskie, rozważają kompetencje osoby kierującej resortem.. Aż w końcu jeden z dziennikarzy, z Polityki bodaj, uderza w efektowny ton i stwierdza, że Joanna Mucha się do kierowania resortem nie nadaje, bo nie zna się i nie radzi sobie ze związkami sportowymi, bo tam trzeba mocnego faceta – kowboja..

Po takim tekście człowiek może się tylko pozastanawiać, ile racji ma Joanna Mucha uważając, że jest traktowana seksistowsko przez polityków. Nawet mi się nie chce szukać konkretnych przykładów twardych kowbojek, o tym, że kobiety potrafią być twarde i kompetentne, wie każdy (zaraz, czy jednym z idoli polskiej polityki nie jest Thatcher?).

A potem przeczytałem ten tekst

Czwarty krzyżyk

Nie da się ukryć: stuka dzisiaj. Zapiskom, znaczy. To już cztery lata się męczą ze swoim autorem (blogi starzeją się szybciej, więc liczymy im krzyżyk na rok).

Ostatnio miały luźniej, bo autor.. miał kryzys wolicjonalno-twórczy, to znaczy albo nie miał o czym pisać, albo jak miał o czym pisać, to mu się nie chciało, albo jak mu się chciało pisać, to nie dość, żeby wstukać klawiszami tekst od początku do końca (flejmowanie jest łatwiejsze). Autorowi zresztą w nieodległej przyszłości czwarty krzyżyk też zresztą stuknie, ale chyba jeszcze się w ryczącą przedczterdziestkę nie zamienił.

W każdym razie, plan pozostał słusznie niezrealizowany – czwarte urodziny obchodzimy notką numer 957; jakby było cały czas okrągło, to byłoby nudno. Za to komentarzami nadgoniliśmyście, bo ostatni zanotowany ma numer 1342. 

Pomysłów na notki pojawia się wciąż sporo (a cały czas są takie co od lat już właściwie leżą i się dokwiczeć kolejki nie mogą), jak się kryzys skończy, to może się zaczną bardziej realizować, i takie poważniejsze (jak się autor wkurza to ma ochotę o czymś poważnie napisać), i takie bardziej do tagu bzdury, w końcu najliczniej reprezentowanego* (a co by to było, jakby tagi były od samiuśkiego początku, a nie tylko grudnia 2009 czy jakoś tak, w sumie prawie cała kategoria Milionerzy mogłaby się tam załapać). 

Podziękowania dla wszystkich, nie chce mi się sprawdzać, kto skąd zaglądał, i tak wiecie to lepiej od nas.

A za rok…

*shit, tag „fotka” nieznacznie prowadzi, widocznie byłem za sieriozny

Zawalili inni

Dzisiejszy konkurs skoków na średniej skoczni (miła niespodzianka, lecz spowodowana wiatrem) w Lahti reprezentacja Polski zakończyła sukcesem, bo na trzecim miejscu. Patrząc zaś na fakt, że do zajmujących drugie miejsce Niemców straciliśmy zaledwie 0,6 pkt, spodziewam się pytania „kto nam zawalił to drugie miejsce”.

Można oczywiście marudzić, że gdyby 18-letni Zniszczoł w pierwszym skoku… to spokojnie moglibyśmy Niemców pokonać (istotnie, osiągnął tylko 92 metry i niespełna 100 pkt, czyli poniżej mojego kryterium minimum przyzwoitości), a jacyś fantaści mogliby nawet zacząć szukać, gdzie dałoby się znaleźć 15 pkt, które na koniec dzieliły nas od tradycyjnie zwycięskich Austriaków. Prawda jest jednak taka, że powinniśmy dziękować losowi za kupę szczęścia. Gdyby bowiem w drużynie niemieckiej nie zawalili pierwszych skoków Wank i Mechler, to drugiego miejsca nawet byśmy nie powąchali (a Niemcy mogliby Austriaków napędzić stracha). Podziękować wypada Norwegom i błyszczącym niedawno Słoweńcom i Japończykom (tzn. dywersantom w ich szeregach). Wystarczy popatrzeć, że w końcowym podsumowaniu, Polacy zajęli łącznymi notami miejsca 3, 10, 14 i 16 na 32 zawodników (w konkursie indywidualnym pialibyśmy z zachwytu); w podsumowaniu poszczególnych grup, Stoch był najlepszy w swojej, Kot przegrał jedynie z Morgensternem a Murańka z bijącym rekord skoczni Tepesem, jedynie Zniszczoł zajął miejsce piąte (ale za zawodnikami z czołówki).

Gdyby Zniszczoł.. miał o jedną dziesiątą metra na sekundę gorszy wiatr, miałby wynik o 0,7 punktu lepszy. On, lub ktokolwiek z kolegów. Albo ktoś z Niemców o tyleż gdyby miał korzystniejszy wiatr. Ot, gdybanie.

I znowu jest Ten Dzień

W zeszłym roku Ten Dzień przypadał 5 kwietnia. Dziś, kiedy wstałem i wyjrzałem raniutko przez okno, aż się zachwyciłem, jak było ślicznie: słoneczko oświetlało, niebo błękitniało, śnieg nie kolił w oczy swą brudną starością, aż się chciało pomyśleć – wiosna.

A potem w ciągu dni wysiadłem z samochodu i aż mi się chciało przy nim stać w oczekiwaniu na parkingowego, tak słoneczko przyjaźnie dogrzewało. A w pewnej chwili nawet mi się wydawało, że widzę kogoś w krótkim rękawie, też mu się widać wiosennie zrobiło. 

Do kwietnia daleko, bocianów nie podejrzewam nawet zobaczyć, ale też takiego dnia jak dzisiaj nie było od kilku lat:-)

Z pamiętnika ochroniarza sądowego

Jak dostałem przydział do sądu, to się ucieszyłem, bo to spokojne miejsce się wydawało. A teraz jestem zły, bo to straszny kanał. Ludzie łażą stadami, awanturują się, płaczą, a wszystkich na bramce trzeba sprawdzić jak na lotnisku (dobrze że przynajmniej tych pełnomocników można puścić, jak togę niosą albo legitymacją machną). A na chwilę spuścisz z oka, to jakiś chłopina z widłami wejdzie i kobity w sekretariacie wystraszy. I jeszcze te alarmy bombowe, po których trzeba na dwór wyjść, zimno czy deszcz, i pilnować żeby nie włazili póki policja nie odjedzie. 

I najgorsze, że nawet odsapnąć nie ma kiedy. Wziąłem zmianę weekendową, myślę: sąd zamknięty, to jak dyżur przy pustym placu, a tu normalnie ruch jak w centrum handlowym! Jeden sędzia za drugim przyjeżdża, odjeżdża, całą sobotę coś się dzieje. I nawet w niedzielę przyłażą i trzeba ich wpuszczać!

A już najgorsze, że się tym sędziom czasem na głupie dowcipy zbiera. Wziąłem w lipcu zmianę wieczorną, posiedziałem spokojnie w pustym sądzie patrząc na zachód słońca, potem mi się jakoś na krzesełku zdrzemnęło… Aż tu nagle o północy ktoś mnie we śnie za ramię chwyta! Myślałem, że zawału dostanę – a to jakiś sędzia, co rodzinę na wakacje wysłał, zasiedział się do nocy nad papierami i chciał, żeby go wypuścić do domu. No jak tak można, panie.

Chyba załatwię sobie przeniesienie do ochrony jednostki wojskowej, tam to jest przynajmniej porządek…

*notka powstała w całości w oparciu o obserwacje własne i anegdoty zasłyszane w sądach i od sędziów, przy czym te o czasie pracy sędziów są świeże jak nowelizacje

Bal kreślarzy

I Ty tu jesteś, Ty o rękach 
Co tak gotycki mają rys 

Ze piosenkami Stanisława Staszewskiego spotkałem się po raz pierwszy na płycie – wróć, na kasecie – Jacka Kaczmarskiego, byli tam wtedy Inżynierowie z petrobudowy oraz legendarne później Celina i Baranek. Później, czyli kiedy piosenki Staszewskiego nagrał Staszewski z zespołem. Z płyty (sam nie pamiętam, czy to jeszcze kaseta, już płyta czy może jedno i drugie) zwłaszcza utkwiło mi zaraz w pamięci właśnie to nagranie. Bo któż oparłby się pięknie takiej frazy?

Cóż, że dla niego zdejmie stanik 
Ja mam swój cios on tylko sklep 

Staszewski dorobił się już post factum etykietki barda (tym bardziej nośnej, że za życia jakże zapomnianego). Bardów cenimy oczywiście za teksty i nonkonformistyczną podstawę, ale – jak już kiedyś pisałem – tym silniej działa piosenka, im lepiej do niej dopasowana jest zręczna melodia. W wersji oryginalnej aranżacja jest do bólu uboga, iście bardowska, lecz sama melodia zgrabna i paryską nutą brzmiąca. Dziś już to utwór niemal rodzinny, bo w powszechnej świadomości istnieje w wersji synowskiej, z dopisaną całą warstwą instrumentalną, wydobywającą z pieśni głębie i smaczki.

Że z tylu różnych dróg przez życie 
Każdy ma prawo wybrać źle

Ta warstwa instrumentalna robi się na tyle urocza, że może istnieć jako samoistny utwór, ja mam sentyment do tego amatorskiego wykonania. Syntezy i tak dokonujemy w zwojach, najlepiej przy czymś dobrze schłodzonym.

Migawki lotne

Kiedy Evensen leciał w kwalifikacjach w Vikersund po swój rekord świata, ruszał z szóstej belki startowej. Wystraszył tym wynikiem na tyle, że w konkursie puszczano go już z belki trzeciej i drugiej, a potem – jako że cały czas przyciągało go w okolice 240 metra – nawet z zerowej (!). Przypomniało mi się to, kiedy patrzyłem wczoraj na kwalifikacje, kiedy zawodnicy skakali z belki nastej (od 16 do 19), a wyniki.. były różne, włącznie z trudnym z pozoru do uwierzenia 153m Kamila Stocha. Jak zwykle, różnicę robił wiatr – w zeszłym roku wiał lekko lub zgoła minimalnie pod narty, wczoraj zaś mocno w plecy, a i to (mam wrażenie) dziwnie harcował w różnych punktach, zamiast trzymać równą moc i kierunek; kiedy na chwilę przycichł, zrobił wielki prezent Francuzowi Descombes Sevoie, pozwalając mu wyśrubować życiowy rekord do wciąż robiącego wrażenie 222,5 m. 

Wiatr był przy tym taki, jakiego dawno nie widziałem, zwłaszcza w przeliczeniu na punkty. Swoje robił trochę podwyższony względem ubiegłego roku przelicznik (aż 14,4 pkt za metr na sekundę, dobierają ten wskaźnik do charakteru skoczni), ale i tak dodawanie po 30 pkt za wiatr, robi duuuuuże wrażenie. Nie chce mi się szukać, jak często zdarza się skakanie przy 2 m/s (w plecy, pod narty nie wiem czy by pozwolili). 

A w radio słyszałem dywagacje, jak się będą dalej rozwijać loty i skocznie do lotów – skoro Vikersund „przebił” Planicę, to ta za chwilę pewnie zacznie przebudowę, żeby umożliwić loty i po 260 metrów. Przypomniało mi się, że Red Bull buduje w Austrii skocznię do lotów rzędu 300 i więcej metrów, co ten wyścig zakończy chyba definitywnie, ale od prawie roku cisza na ten temat. 

No to lecimy dzisiaj.

Pseudo-zdjęcie Roberta Kubicy, czyli bloger Mike i jego prawda inaczej

Jest sobie taki blog, prowadzony przez człowieka kreującego się na Wielkiego Fana Roberta Kubicy (pozostawmy na uboczu jego wiarygodność w przedstawianiu własnej osoby, wiele wątpliwości na ten temat się pojawiało, w sumie nieistotne w tej chwili). Opublikował dziś notkę zatytułowaną „Czy Robert Kubica ponownie testuje na Mugello?„, opartą w całości o fotografię otrzymaną od anonimowego Włocha, mieszkającego ponoć w sąsiedztwie toru – mającą rzekomo przedstawiać Polaka na prywatnych testach bolidu z roku 2010.

rzekomy Robert Kubica w Mugello

Lepiej zorientowani internauci bez trudu ustalili, że oczywiście jest to bolid z roku 2010, ale w ramach zupełnie innych testów – odbywanych w listopadzie 2010 roku pierwszych przejazdach na oponach Pirelli, na torze w Abu Dhabi. Udało się nawet szybko odnaleźć to samo zdjęcie:

Abu Dhabi tests 2010

I teraz co najbardziej interesujące: bloger Mike konsekwentnie odrzuca wszelkie komentarze, które wyjaśniają, co naprawdę przedstawia zdjęcie (łącznie z właściwym linkiem), a jednocześnie prosi o poważne wpisy i informacje…

Nie wiem, co stoi za zachowaniem blogera Mike: strach przed utratą reputacji, ślepa wiara granicząca z sekciarstwem, zobowiązania wobec sponsorów? W każdym razie, na podawaniu prawdziwych informacji zależy mu najmniej, przynajmniej dopóki za prawdziwe uznajemy zgodne z obiektywnym stanem rzeczy, a nie jedynie z własną wizją. 

Trzy po trzy

Czekałem dzisiaj w sądzie na rozprawę. Sędzia po skończeniu poprzedniej sprawy, tuż przed planowanym rozpoczęciem wzięła i wyszła (żaden problem, mogła np. musieć coś załatwić). Po kilku minutach oczekiwania, zdecydowałem się nie stać bezczynnie, wyciągnąłem z kieszeni telefon i zająłem się układaniem pasjansa (zawszeć to rozrywka odrobinę stymulująca mózg).

Po kwadransie przekładania kart, też już się poczułem tym znudzony (a laptopa nie było sensu otwierać, skoro w każdej chwili sędzia mogła jednak wrócić). Usiadłem na ławeczce i po krótkim namyśle zajrzałem do skrzynki odbiorczej (nie mam zwyczaju kasować smsów zaraz po przeczytaniu). Stwierdziłem, że to świetny moment na zrobienie porządków; po kilku skasowanych wiadomościach ustalił mi się w palcach rytm: trzy naciśnięcia klawisza, trzy ruchy w dół. I tak to szło: trzy naciśnięcia, trzy w dół, trzy naciśnięcia, trzy w dół…

Sędzia przyszła pod koniec drugiej setki trzy/trzy, z półgodzinnym opóźnieniem. Rozprawę machnęliśmy jednak w kwadrans (z trzech na nią przeznaczonych) i kolejna rozpoczęła się o czasie. To znaczy mogła się rozpocząć.