Rydwanem

Karolinie, żeby nigdy nie traciła wiary w siebie

Nietrudno uwielbiać ten utwór. Gdy się w niego wczuć, opowiada nam całą historię biegu. Nerwowe oczekiwanie przed startem. Równy rytm kroków rozpędzającego się biegacza. Uczucie lekkości towarzyszące pełnemu rozpędowi. Euforię poczucia dobrego biegu. Siłę w walce na wirażu. Dobywanie ostatnich rezerw w zaciekle wybijanych krokach na finiszu. Triumfalne wyrzucanie w górę rąk na mecie. Łzy niedowierzania, że udało się spełnić marzenie. 

Gdyby spojrzeć na czas tak opowiedzianego biegu – pamiętając, że utwór napisano na potrzeby opowieści o Igrzyskach w Paryżu w 1924 roku – to musiałby to być bieg na 800 metrów, choć i to niezbyt szybki; z takim czasem (mniej więcej 2 minuty 5 sekund) nie udałoby się wejść do półfinału (jako ciekawostkę podajmy, że Stefan Kostrzewski pobiegł wtedy o parę sekund szybciej, a Stefan Ołdak – o parę sekund wolniej). Film opowiadał jednak o sprinterach – na klasyczny bieg Harolda Abrahamsa to jednak zdecydowanie za dużo, natomiast niemal idealnie pasuje to do rekordowego biegu Erica Liddella na 400 metrów. Dwa razy dłużej – to mieści się w granicach licentia poetica.

I nieważne, czy ten utwór faktycznie był wmontowany w scenę biegu. To wizja Vangelisa.

Dodaj komentarz