Plus minus

Cenioną wartością w internecie jest interakcja z odwiedzającymi, wyrażana choćby w najprostszej formie. Kanonicznym przykładem stał się oczywiście fejsowy lajk, dostępny zarówno wewnątrz serwisu jak i poza nim (choć w tej drugiej formie jakby trochę zamierał, tu na Bloksie co prawda widać niebieski przycisk FB, ale można nim tylko udostępnić notkę na swojej tablicy, a nie krótko i zwięźle wyrazić aprobatę, co natychmiast odbiło się na statystykach interakcji), wewnątrz serwisu już rozbudowany w taki sposób że można wyrazić cały szereg emocji od hiperpozytywnych do negatywnych. Analogiczne – choć pewnie mniej rozpowszechnione – opcje interakcji znajdujemy w przypadku innych znanych serwisów, i tych żywych, i tych podupadających…

W niektórych serwisach, zwłaszcza newsowych, często spotykany jest model, w którym poszczególne wypowiedzi mogą zostać ocenione pozytywnie (plus czy co tam lokalnie wymyślą) lub negatywnie (minus lub jak wyżej). Obserwując jak się takie oceny rozkładają, można popełnić niewątpliwie niejedną pracę z zakresu socjologii czy psychologii społecznej. Sam nie bez fascynacji obserwuję nieraz na gazetowych portalach jak rozkładają się oceny przy takich czy innych wypowiedziach (w tym moich), na ile w tych ocenach widać populizm a na ile zdrowy rozsądek. Czasem wręcz obstawiam pisząc jakiś komentarz, w którą stronę pójdą oceny 😉

Takie oceny są w stanie wzbudzać wiele emocji. Czasem trwa o nie wręcz polityczna wojna – jedni z drugimi klikają na siłę, żeby „swoich” poprawić, a „wrażych” w dół zepchnąć, widziałem już wzajemne nawoływania… Czasem strony (przynajmniej niektóre) uciekają się do zorganizowanego manipulowania wynikami, „wysyłając” do akcji boty, a ‚poszkodowani” ślą lamenty i protesty do niekoniecznie radnej administracji. Zupełnie jakby od tego coś istotnego zależało…

Nie proszę o lajki ni szery, jak kto chce niech komentuje, jeśli odczuwa taką potrzebę (dla pseudokomentatorów których jedynym celem jest zostawienie linka do promowanej strony, nadal nie ma tolerancji).

Kaczka na marchewce

Nie mam tu na blogu tagu „kaczka”, choć ilość notek związanych z tym ptakiem (zwłaszcza martwym) w zupełności by go usprawiedliwiała – więc odwołam się do tradycyjnego już tagu „kuchnia„, pod którym można to i owo na temat kaczek znaleźć. Otóż odprawiałem dziś/wczoraj po raz kolejny akt pieczenia kaczki, i w ramach eksperymentu kulinarno-inżynieryjnego…

Do przyrządzenia kaczki na marchewce potrzebujemy:
– 1 kaczkę (nie żebym zamierzał komuś bronić więcej, ale trudno mi sobie wyobrazić naczynie i piekarnik, w których jednocześnie będzie się piekło dwie i więcej kaczek, jak ktoś chętny to sobie najwyżej pomnoży inne składniki)
– co najmniej 2 słuszne marchewki (ze 2 cm grubości i kilkanaście cm długości każda, skojarzenia we własnym zakresie)
–  co kto lubi (jak w tym wpisie)

Kaczkę przygotowujemy do pieczenia jak zwykle, bierzemy brytfannę/inne naczynie, układamy na dnie naczynia marchewki (w poprzek) i do tak przygotowanego naczynia wkładamy kaczkę, pieczołowicie układając ją na marchewkach (skojarzenia z blokiem kamiennym transportowanym na plac budowy w Gizie poprzez przesuwanie tegoż bloku po ułożonych w poprzek pniach nawet na miejscu) i pieczemy jak zwykle.

Po zakończeniu pieczenia otrzymujemy upieczoną kaczkę oraz 2 (lub więcej) mięciutkie marchewki, a na dnie zapas płynu (jeśli nie odparował). Różnica względem tradycyjnego przepisu polega na tym, że kaczka nie leży do połowy w płynie przez znaczną część pieczenia…

Jak nie zapomnę, to powiem Wam później jak na tym wyszła kaczka. Marchewki wyszły świetnie.

Lub czasopisma okulistyczne

Jak ten czas leci… Od czasu afery Rywina minęło tyle czasu, że mogłaby już być w gimnazjum, mało kto pamięta już dziś gwiazdy komisji śledczej (poza ministrem „pan jest zerem” Ziobro, oczywiście). Zapewne tłucze się ludziom po głowach fraza „lub czasopisma”, wykreślona w dziwnych okolicznościach z projektu ustawy – ale kto, co, jak i kiedy, to już bez Gugla i Wikipedii niekoniecznie.

Wzdycham tak nad przemijaniem, bo i ta notka mocno jest przemijaniem dotknięta. O temacie przypomniała mi mimowolnie Berberys (czemuś, kobieto, zarzuciła blogowanie), i kiedy sobie pogrzebałem w pamięci (dysku), to uświadomiłem sobie, że temat leży od ponad czterech lat (można nawet powiedzieć, że mi przeszło). Fakt, że analiza tematu nie była sympatyczna, nie zachęcał do powracania.

A rzecz była sobie taka: z pięć lat temu minister zdrowia zmienił rozporządzenie o badaniach kierowców (każdy kto ma prawo jazdy, jakieś takie badania przechodził, możliwe że na podstawie tego rozporządzenia). W efekcie tej zmiany rozpleniła się interpretacja, w myśl której każdy pracownik, który dostaje delegację na podróż służbową, podczas której prowadzi samochód, powinien uprzednio (przed tą podróżą) przejść w ramach badań profilaktycznych dodatkowe badanie okulistyczne jak dla kierowców zawodowych (widzenie zmierzchowe, zjawisko olśnienia). Zostałem poproszony o przeanalizowanie tematu, i po długich godzinach spędzonych nad kilkoma ustawami, kilkoma rozporządzeniami i paroma dyrektywami unijnymi wyprodukowałem opinię (w którą szczerze wierzyłem, nie ukrywam), że wiadomości o konieczności takich badań są cokolwiek przesadzone, bo całość regulacji była podłej jakości, bez sensownego uzasadnienia i dalece wykraczająca poza dyrektywy unijne, które rzekomo miała wdrażać (te wymagały badań dla osób które na co dzień stale prowadziły samochody przy wykonywaniu pracy zawodowej, a nie okazjonalnie)… 

Nie śledziłem, jakie były dalsze losy zagadnienia (nawet nie sprawdzałem przed napisaniem tej notki jak dokładnie dziś wyglądają te same przepisy). Pamiętam jednak swoje głębokie zdziwienie dlaczego te przepisy zostały tak właśnie napisane (i tak były interpretowane) – i choć nie jestem zbytnim zwolennikiem zbytnim zwolennikiem teorii spiskowych, to nie mogłem się oprzeć przekonaniu, że jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jest popełnienie tych przepisów w interesie okulistów. Ale może to przypadek, oczywiście…

Pytanie

Fragment z jednej z moich ukochanych książek:

Niektóre z jej dziewcząt są już prawie nieaktywne ze względu na wiek i chorobę, ale Dora nigdy ich nie usuwa, mimo że, jak powiada, niektóre z nich nie mają nawet trzech klientów na miesiąc, ale muszą jeść trzy razy dziennie
/w przekładzie Adama Kaski/

Jakoś mi się przypomniał kiedy czytałem wyimki z tekstu Wyborczej o tropieniu pedofilii w polskim Kościele Katolickim, a w szczególności postawione w nim pytanie (przeredagowane lekko, ale z wiernym zachowaniem sensu):

Dlaczego kuria nie przeciwdziała temu, że ksiądz K. molestuje chłopców spotkanych na ulicy, gdy mieszka w domu dla księży emerytów w W.?

No i teraz się zastanawiam jak. Pulitzera dla polskiego Spotlight za to nie będzie. Analogii do Steinbecka też nie ma.

Kiedy odchodzą

Umrzeć – ludzka rzecz. Codziennie odchodzą tysiące, prawie codziennie odchodzi ktoś mniej lub bardziej znany (pomijam tu osoby znane komuś osobiście, bo to jednak inny wymiar relacji), na Wszystkich Świętych tworzy się wspominkowe listy umarłych w ciągu ostatniego roku.

Zwykle po śmierci kogoś znanego, pojawia się wiele reakcji wyrażających żal – czy to przez zapalenie wirtualnej świeczki, czy to przez takie czy inne wspomnienie, wielu wzdycha „co za wielka strata” (przy okazji śmierci kogoś przynajmniej relatywnie młodego dodaje się „mógł jeszcze pożyć”, ale to tak na marginesie). Często się wtedy zastanawiam, na czym taka strata polega, poza „utratą stanu posiadania”? Jaką wartość – poza sentymentalną – przedstawia były polityk, dziennikarz czy artysta, o którym od dawna cicho (o celebrytach nie wspominając)? 

Co najmniej od północy wszyscy wspominają Andrzeja Wajdę (najczęściej przywołując ulubione filmy lub sceny). Przez 60 lat nakręcił tych filmów istotnie wiele, z jednej strony biorąc się za Tematy Największe, z drugiej osiągając godną podziwu różnorodność. Jego ostatni film wejdzie na ekrany w styczniu, w zeszłym miesiącu został już wybrany na polskiego kandydata do Oscara.

Śmierć takiego 90-latka to strata.

Liczby jakieś, procenty

Tak jakoś tydzień temu Czarny Poniedziałek był. Przez profile na mediach społecznościowych przetoczyła się fala hasztagów, zdjęć, czarnych prostokątów i innych przejawów zaangażowania i/lub solidarności. Ale nie przez wszystkie.

I w tenże Czarny Poniedziałek na ulice wyszły – mimo paskudnej pogody – tysiące ludzi. Tłumy, jakie nieczęsto się na manifestacjach widuje, zwłaszcza że manifestacje były prawie że w trybie ad hoc i bez organizowania dowozu demonstrantów. I nawet pomimo że wiele osób przyszło też w imieniu innych, to wiele nie wybierało się wcale. 

Nie mam pojęcia ile osób uczestniczyło czynnie w Czarnym Proteście, a ile go popierało. Mam jednak głębokie wrażenie, że delegitymizowanie obecnej władzy poprzez wytykanie jej, ile to dokładnie procent populacji na nią głosowało, może się skończyć w pełni uzasadnioną odpowiedzią „a was ilu poparło?”

Troll story, czyli jak biedny fracky zaorał się kompletnie

Trolle to niesympatyczne zjawisko (te internetowe, z prawdziwymi nie miałem doświadczeń). Łażą i powtarzają swoje bzdury, czasem w sposób na tyle ordynarny i kłamliwy, że trudno na nie zastosować najprostszą metodę na trolla – czyli ignorowanie.

Jest sobie taki internauta, najczęściej używa zwiska fracky. Jest znany na większości serwisów poświęconych F1, na większości jest znany ze złej strony – jeżeli nie jest zabanowany to jest ignorowany (czasem desperacko szukając dla siebie możliwości wzięcia udziału w dyskusji udaje kogoś innego, ale zwykle jest szybko rozpoznawany). Są jednak w dalszym ciągu serwisy, których właściciele starają się mieć dużo wyrozumiałości. Tam fracky pleni się w sposób często nieprzyjemny dla otoczenia, gdyż nudzi straszliwie, starając się za wszelką cenę udowodnić że „ma rację” (a że jej zwykle nie ma – używa tupania i udawania że to jego ręka), oraz nieustannie deklarując swoją rzekomą wyższość nad innymi dyskutantami i powołując się na swoje urojone „sukcesy” w dyskusji (czyli własne przekonanie, że powiedział coś mądrego i prawdziwego, zwykle wbrew faktom).

Jednym z takich wyrozumiałych gospodarzy jest Karol296, prowadzący zacny serwis Cyrk F1 (nie pamiętam teraz czy go polecałem przy okazji któregoś Blog Day? jak nie to może w przyszłym roku). Mniej więcej miesiąc temu Karol opublikował wpis poświęcony wykorzystywaniu komputerów do symulacji aerodynamicznych, czyli tzw. CFD (to nie jest zasadniczo wpis poświęcony kwestiom technicznym, więc staram się pisać jak dla laika). Pod tym wpisem zmaterializował się fracky, niby starając się coś powiedzieć na temat, ale głównie żeby pochwalić się ilu to Bohunów nie usiekł. Zaczęła się wymiana zdań, w której fracky zakwestionował znaczenie rozwoju komputerów- w tym ich mocy obliczeniowej – dla CFD, żeby wreszcie wyrazić znamienny pogląd:
W regulaminie zawarty jest zapis o maksymalnej mocy obliczeniowej komputera, z jakiej można skorzystać” (23.08.2016, 06.15 – uwaga: linki z godziną prowadzą do komentarzy Disqus, które z powodu obszerności dyskusji mogą się dłuugo ładować)

Zareagowałem instynktownym sprostowaniem – gdyż ze względów zawodowo-hobbystycznych akurat trochę regulaminy F1 czytam – że akurat regulamin takich ograniczeń mocy nie zawiera (23.08.2016, 14.13). Cóż, było to wywołanie trolla z lasu (z jaskini? za słabo znam się na biotopach trolli). Od tamtej pory fracky (który na dodatek ma do mnie głęboką zadawnioną urazę za wielokrotne lanie, jakie mu sprawiłem w dyskusjach) agresywnie próbuje na mnie skakać niczym jamnik z potrzebą kopulowania, ale – o dziwo! – nie potrafi podać ile wynosi ten rzekomo widniejący w regulaminie limit „maksymalnej mocy obliczeniowej”.  Próbował już metody, że „jego twierdzenie samo w sobie jest dowodem” (25.08.2016, 23.11), próbował konceptu „najpierw oskarżyciel wykłada swoje argumenty”(26.08.2016, 12.09) – nie rozumiejąc (udając że nie rozumie) że nie jest w procesie karnym, tylko w dyskusji, gdzie skoro postawił tezę to powinien ją udowodnić). Dzięki cierpliwym podpowiedziom (nie wprost, przyznaję) udało mu się przynajmniej dotrzeć do właściwego regulaminu określającego warunki korzystania z CFD, ale w dalszym ciągu nie rozumie tego co w nim jest napisane (może dlatego że po angielsku, to istotna bariera). Skupił się na figurującym w regulaminie wzorze określającym parametr zatytułowany TotFLOPS mylnie wyobrażając sobie, że jest on zarazem limitem mocy obliczeniowej (nie będąc oczywiście w stanie podać wartości tego limitu)...  

Zabawa (przyznaję ze smutkiem, że czasem odwołuję się do niskich instynktów i czerpię przyjemność z igrania ze słabeuszem) z frackym trwała długo, nie będę jej w całości przytaczał, okresowo zanikała – ale naiwniak wracał (tak, tu też zaglądał). W końcu jednak przeszedł samego siebie i radośnie zaprzeczył samemu sobie, twierdząc że przewidziany w regulaminie limit mocy obliczeniowej komputera… „zależy od specyfikacji sprzętowej superkomputera” (21.09.2016, 14.07, wcześniej w innym miejscu wyraził to jako „Dla każdego komputera ten limit jest i zależy od jego parametrów”). Tak, rozumiem że przecieracie oczy: najpierw twierdził, że nie ma sensu zwiększać mocy obliczeniowej komputera, bo regulamin przewiduje limit dostępnej mocy obliczeniowej, a teraz twierdzi, że ten limit zależy od parametrów komputera (czyli jak ktoś rozbuduje komputer i zwiększy jego moc, to będzie miał wyższy limit)…

Po co ta notka, zapytacie? Bo – mówiąc szczerze – uznałem że przyda mi się resume, które będę mógł jednorazowo wkleić, kiedy fracky znowu odczuje potrzebę wywnętrzania się… A poza tym czyż można zrobić trollowi większą przyjemność, niż poświęcić mu tyle czasu i miejsca? 😉

PS dla frackiego – to jest notka, pod którą możesz się zrehabilitować i spełnić określone dwa tygodnie temu warunki dalszego komentowania tutaj, a to:
1/ podać ile wynosi przewidziana regulaminem maksymalna moc obliczeniowa z jakiej można skorzystać,
2/ wskazać na właściwe punkty regulaminu, które to określają,
3/ jeżeli trzeba to policzyć przy użyciu wzoru:
a/ podać wzór,
b/ wyjaśnić jakie wartości i dlaczego należy do niego podstawić (z powołaniem regulaminu – pkt 2 powyżej)
c/ przeprowadzić i podać obliczenia.

PS 2 Po pięciu tygodniach wstydzenia się fracky w końcu potwierdził, że w regulaminie nie ma limitu mocy obliczeniowej.  Co za zaskoczenie! 🙂

PS 3 Po dwóch miesiącach fracky postanowił się wreszcie przyznać, że nie zna regulaminu. Co oczywiście było jasne od samego początku…

PS 4 Ponieważ fracky bojaźliwie snuje się za mną po internecie jak smród po gaciach, marudząc o rzeczach, których nie zrozumiał – dla zachęty informuję, że pytania o niezrozumiane przez niego ograniczenia ilości operacji może zadawać tutaj (do niewiedzy w kwestii limitu mocy się wszak już przyznał). Ponieważ jednak do rozmowy musi mieć pewne podstawy, warunkiem zadania pytania jest udzielenie przez niego poprawnych odpowiedzi na pytania:
– czy ilość prac nad CFD jest regulaminowo ograniczona,
– jak mierzy się ilość prac nad CFD.
Chamstwo, oczywiście, nie będzie tolerowane 🙂
Aha, dla jasności – to jest jedyne miejsce, w którym może się spodziewać odpowiedzi 🙂 

PS 5 Wygląda na to, że fracky stchórzy i nie podejmie się dyskusji o znalezionej w regulaminie liczbie, której nie rozumie (bo nie przeczytał opisów do wzoru). Zamiast tego opowiada, jak to smoka ubił 🙂 Aha, wycofał się chyba z opowieści o tym że limit mocy zależy od specyfikacji, co za zaskoczenie!

PS 6 Z okazji Święta Narodowego będzie podpowiedź dla frackiego, bo biedak sobie wyraźnie nie radzi (i nie chodzi tylko o to, że tchórzy, ale łazi i błaga o podpowiedź). Przyjmijmy, że w regulaminie istnieje maksymalna moc obliczeniowa, z jakiej w danej chwili może korzystać komputer używany do CFD (nie istnieje, ale zróbmy na moment frackiemu tę przyjemność), nazwijmy ją P(max). Fracky przyznał już istnienie okresów rozliczeniowych o długości określonej w regulaminie, nazwijmy ją t. Czy ilość operacji, jaką można wykonać w okresie t na komputerze pracującym z mocą nie większą niż P(max) – nazwijmy ją n(max), będzie jakoś ograniczona?
Ciekawe, czy fracky potrafi rozwiązać tak trudne zadanie z fizyki… 

PS 7 – aktualizacja z 19.11.2016 dla tych, którzy nie chcą czytać komentarzy: fracky zawiesił się po przytoczeniu z regulaminu jednej liczby (ze źle zacytowaną jednostką) oraz dwóch pojęć, z których jedno ma w nazwie słowo „limit”, a drugie ma w definicji słowa „moc obliczeniowa”; jak coś z tego ma wynikać, to fracky na razie nie rozumie albo boi się podać 🙂

PS 8 Ponieważ fracky chyba cierpi na jakieś przejściowe zaburzenia wzroku, wklejam fragment strony regulaminu, wokół której chwilowo toczy się dyskusja:
CFD limit f1 sporting regulations 
Oceńcie sami: czy w pierwszej linii jest słowo Teraflops, czy TFLOPS? Czy w linii zaczynającej się od 3.7 widzicie coś o „computing power”? 

PS 9 Wygląda na to, że fracky ostatecznie zrozumiał swój błąd (po tym jak podpowiedziałem mu jaka wartość jest w przepisie, na który się próbował triumfalnie powołać) i uciekł gdzie pieprz rośnie. Ale jedna rzecz jest w tym wszystkim dobra – specjalnie założył własnego bloga (!), na którym będzie szerzył swoją wyższość nad całym światem, logiką i fizyką* 🙂
*and many, many more 

HGW

Do kwestii fotela prezydenta Warszawy mam stosunek doskonale obojętny. Czy obecna rezydent fotela poda się do dymisji sama, zostanie odwołana w referendum, zostanie zastąpiona komisarzem czy też przegra/wygra następne wybory, nie robi na mnie żadnego wrażenia. Co więcej, nie robi mi różnicy jak oceniać zarzuty dotyczące reprywatyzacji – czy jest głową Układu, jego szyją bądź ofiarą, czy jest winna braku nadzoru czy tylko nieudolności w forsowaniu zmian w prawie mogących zatrzymać najgorsze praktyki reprywatyzacji.

Martwi mnie jedynie obłąkańcza retoryka przeciwników reprywatyzacji. Nie wiem kto zamordował Brzeską, nie wiem jak w szczegółach wyglądały poszczególne sprawy odzyskiwania nieruchomości (mam na myśli aspekt prawny, a nie późniejsze fizyczne przejmowanie), ale dziwi (żeby nie rzec dosadniej) nachalne wiązanie wszystkiego z wszystkim, doszukiwanie się spisku tam gdzie działała – z dobrym lub złym skutkiem – rutynowa procedura. 

Intryguje mnie jedynie, jakie znaczenie miałoby mieć odejście HGW z ratusza. Owszem, dla warszawiaków przejęcie władzy w stolicy przez PiS mogłoby – podkreślmy to słowo – mogłoby oznaczać jakieś niekorzystne zmiany w miejskich inwestycjach czy pomniejszych kwestiach dotyczących zarządzania, ale dla reszty kraju? Że przedstawiciel dobrej zmiany zasypie Warszawę pomnikami? A co mnie to w gruncie rzeczy… Że będzie to Symboliczna Porażka? Bardziej przerażają skutki tych całkiem niesymbolicznych…

Będzie jak będzie. A jak będzie? HGW…

Blog Day 2016

2009. 2010. 2011. 2012. 2013. 2014. 2015…

Nie, nie liczę baranów. To kolejne lata, w których brałem udział w zabawie Blog Day, czyli poleć innym pięć blogów jakie czytasz. Przez te wszystkie lata poleciłem około trzydziestu blogów, i zasadniczy problem polega na tym, że coraz mniej blogów czytam, a jeszcze mniej zapoznaję nowych. Nie chce mi się liczyć, ile z polecanych zamarło, i kiedy na niektórych ostatnio byłem…

Dlatego w tym roku nie będzie na siłę. Kto szuka blogów, na które warto zajrzeć, może szukać przez mojego blogrolla (dla młodych stażem: zakładka „Staram się zaglądać”), lub przez tag blogday (nie, nie #hasztag). Jest tam od Sasa do Lasa, może co znajdzie. 

Na bloksowy konkurs też się nie piszę. 

Może za rok będę miał coś bardziej konkretnego…