Książę Kamil i śnieżny potwór

Kim jest Król Adam, wiedzą wszyscy, wzmianki o Księciu Kamilu były dotąd zwykle kwitowane uprzejmymi uśmiechami („może kiedyś…”). Dzisiaj Kamil Stoch te uśmiechy zgasił (swoją drogą ciekawe ilu tych uprzejmie uśmiechających się pamiętało o jego czwartym miejscu na ostatnich mistrzostwach świata w Libercu). Wykorzystał znajomość skoczni, nie dał się stłamsić tylnemu wiatrowi i wygrał zasłużenie. Nie dał się nawet wystraszyć wywołanemu zaklęciami redaktora Szaranowicza śnieżnemu potworowi..*

snow monster in Zakopane

…w jakiego zamienił się po upadku Adam Małysz.

Adam Małysz na zeskoku Wielkiej Krokwi

*na filmie około 0:30.

Nie ma jak odpowiedni ekspert

Dzisiejsze sprinty w Otepaa oglądałem na TVP, bo Eurosport w tym czasie był w Melbourne. Ponieważ jednocześnie miałem w planie słuchanie dość interesującej audycji radiowej, wyłączyłem fonię w telewizorze i miałem „co innego widzisz, co innego słyszysz”. Nie udało mi się więc usłyszeć, z kogo składało się zacne grono ekspertów, któremu oddano głos, gdy tylko zaczynały się ćwierćfinały i półfinały męskie. Zerknąwszy w pewnej chwili, rozpoznałem jednak jednego z nich – i tu zaczyna się historia mojego zdziwienia.

Ekspertem tym (a może gościem tylko) był mianowicie niezły skądinąd kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc. Nie słyszałem, jak uzasadniano jego obecność, więc nie wiem, czy czuje się ekspertem od Estonii, czy też ma rozległe doświadczenie w rajdach zimowych (choć ostatnio startował w najzupełniej niezimowym Rajdzie Dakar), czy też może wreszcie biega dla relaksu na nartach. Ba, nawet jako prognostyk się nie nadawał, bo w ostatnim Dakarze zajął 5. miejsce, wyrównując swoje najlepsze osiągnięcie, a Justyna Kowalczyk poprawiła swoje najlepsze osiągnięcie w sprincie w Otepaa z miejsca 7. na 4.

A swoją drogą, taktyczne ogranie Bjoergen w półfinale było fantastyczne, choć niewiele brakowało, a byłoby czysto honorowe – gdyby nie szybkość tego biegu.

Bułgarska podobno niezdobyta

Trudny jest los polskiego komentatora sportowego. Raz musi obserwować sromotne klęski naszych reprezentantów (choć niektórzy potrafią je przekuć w arcydzieła niczym Szpakowski w Mariborze), innym zaś razem musi pomimo wielkiej radości być w stanie powiedzieć coś sensownego. To drugie okazuje się jednak nazbyt trudne – i nie chodzi mi tu wyłącznie o złotoustych, którzy z adrenaliny tworzą niezapomniane wypowiedzi łapczywie zapisywane na listach komentatorskich kwiatków (panie Turek, kończ pan!), lecz o rzecz gorszą, a mianowicie o wygłaszane w takich chwilach twierdzenia nie tyle urocze, co bezmyślne i mylne.

Kończy się mecz Lecha z Manchesterem City, i któryś z komentatorów polsatowskich stwierdza, że oto „w pucharach twierdza przy Bułgarskiej nadal niezdobyta”. Jeśli szłoby o samą Ligę Europejską, to  stwierdzenie by się broniło, ale jednak Lech w tym sezonie zaczynał od eliminacji Ligi Mistrzów. Jeszcze Inter Baku można jakoś odpuścić, bo mimo porażki Lech jednak awansował za sprawą strzelającego i broniącego Krzysztofa Kotorowskiego, ale co zrobić ze Spartą Praga, z którą Lech nie tylko odpadł, ale i przegrał u siebie, na Bułgarskiej właśnie?

A swoją drogą, ciesząc się z lechitami, nie mogę się oprzeć nawrotowi myśli – czy gdyby jednak dali radę Sparcie, a potem Żilinie, to czy w grupie zbieraliby takie cięgi, jak teraz Żilina? Inaguracyjne lanie od Chelsea to prawie nic wobec ostatniego 0:7 z Marsylią, aż się boję pomyśleć co Chelsea zrobi z nimi na Stamford (największa ich nadzieja w tym, że Chelsea ma już awans w kieszeni).

O estetyce siatkówki

Naród cały tak rozemocjonowany mundialem, systemem rozgrywek oraz celowością podkładania się lub nie podkładania, że najwyższy czas podejść do tego lajtowo i zrealizować notkę, do której poszczególne uwagi nasuwały mi się od czasu do czasu.

Spójrzmy zatem na siatkówkę nie od strony etycznej, lecz estetycznej. Z punktu widzenia piękna gry – przyznam, że męska siatkówka dostarcza więcej wrażeń, ponieważ zwykle gra toczy się szybciej, z większą dynamiką, a to w siatkówce element chyba najurodziwszy. W sumie jedyną ładną rzeczą, jaką może zaoferować siatkówka w wykonaniu pań, jest atak z obejścia, zwłaszcza w kombinacji (Azjatki robią to fantastycznie), w męskiej siatkówce chyba zbyt powolny; względnie czasem „pajp” (właściwie nie podoba mi się ta nazwa, i mam nadzieję, że używam jej po raz ostatni), grany jednak znacznie rzadziej.

Z mojego punktu widzenia nie ma natomiast porównania, jeśli idzie o doznania estetyczne związane z samymi uczestnikami gry. W przypadku panów mogę czasem docenić tatuaż (choć nie wydają się wyrafinowane), względnie kunszt fryzjera i brylantynisty, o tyle jednak – cóż tu kryć – siatkarki często prezentują widok fascynujący sam w sobie (pewnie mogłyby biegać i skakać choćby i bez piłki, a i tak by się oglądało). Tutaj nasuwa mi się jednak smutna refleksja, że nasza kadra narodowa obniża jednak loty. Kiedy bowiem patrzę na nowe zawodniczki w różnych drużynach (Włoszki! Holenderki!..), i porównuję z takimi nowymi polskimi siłami jak Kosek, Zaroślińska czy Okuniewska, to wzdycham smutno za Skowrońską i rozważam klonowanie Barańskiej (panie wybaczą, że tak po nazwiskach, ale teza się obronić musi). Analizę, czy Kurek jest bardziej ciachem od Bartmana, jako nie dość kompetentny pozostawiam innym:)

A przy okazji uwaga dodatkowa, związana z realizacją transmisji z meczów siatkarskich. Świecką tradycją stało się już, że operatorzy kamer w przerwach między akcjami lustrują nieustannie widownię i wynikami tej lustracji od czasu do czasu dzielą się z telewidzami. Czasem ich uwaga padnie na interesujące kibicowskie przebranie, nietypowego kibica, wielką flagę, ale najczęściej oko kamery wyłapuje widzów atrakcyjnych wizualnie (ciekawe, co zrobiłby na ich miejscu radiowiec – „szkoda że państwo nie widzą tych Brazylijek”). I tu aż się prosi o refleksję, czy posadzenie za kamerami (i w reżyserkach) pań, doprowadziłoby do sytuacji, w której zamiast atrakcyjnych blondynek pojawialiby się na ekranie przystojni bruneci? Najbliższy mecz pojutrze, więc jest szansa się do takiego nowego modelu transmisji przygotować:)

Smuda i Gortat

Nie ma lekko selekcjoner narodowej reprezentacji futbolowej. Na razie testuje, selekcjonuje, sprawdza, selekcjonuje i testuje, żeby wybrańców nauczyć takiej gry, jakiej oczekuje od swojej drużyny – czyli ładnie, do przodu i bez kompleksów nawet wobec nominalnie silniejszego rywala. Wypada pamiętać, że tak drużyny grały zawsze (lub przynajmniej próbowały grać) i rezultaty btyły niezłe, przynajmniej optycznie. Można debatować, czy to realistyczne podejście, można się zżymać na wysokie porażki, można przypomnieć, że catenaccio w dzisiejszym futbolu rośnie w siłę – tak naprawdę zobaczymy za dwa lata, czy będziemy pić szampana, czy nerwosol.

Trafiłem wczoraj półprzypadkiem na transmisję z meczu koszykarskiego Polska-Bułgaria, kolejnego z serii meczów o wszystko (jakże znajome..). Zerkałem na drugą połowę, i chociaż ze mnie żaden koneser koszykówki (czasy hej-tu-enbiej dawno minęły), to momentami aż zęby bolały patrząc na indolencję w ataku* naszych gwiazdek, podobno lepszych od Bułgarów, z tytułowym MG13 na czele. Bułgarzy w ataku (przynajmniej na moje niefachowe oko) prezentowali się bardziej kreatywnie, i drugą połowę wygrali. (Koszykarzy czeka teraz pracowite liczenie szans, kto z kim musi teraz jaki wynik osiągnąć, żeby mieli szansę awansu – jakież to znowu znajome..)

I tak sobie pomyślałem: jak mam do wyboru grę na zasadzie „zero z tyłu, a z przodu może coś wpadnie” (co czasem wystarcza do pokonania mistrzów Europy i świata), czyli szczerze mówiąc coś podobnego właśnie do basketu, jaki oglądałem wczoraj, albo grę „mocno do przodu, i może strzelimy więcej niż przeciwnik”, czyli to, do czego chce doprowadzić Smuda – to jednak wolę widzieć naszych atakujących, i to jak najlepiej. I to mimo że Smuda nie ma do dyspozycji żadnego swojego Gortata.

*nie było to jedyne pole indolencji – choćby słabość w zbiórkach była zatrważająca

Frank Lampard a Jules Noel

W dyskusji o błędach sędziowskich i potrzebie ich korygowania powtórkami wideo napisano i powiedziano już chyba wszystko, więc nie będę powtarzał wszystkich możliwych argumentów. Powtórzę tylko, że nie jestem entuzjastą wideo, i zwrócę uwagę na dwie kwestie. Pierwsza to ta, że technika nie dość że też nie jest niezawodna, to daje możliwość manipulacji (nawet niezamierzonej). W niejednej spornej sytuacji widzieliśmy wszak, że pomimo wielu powtórek nie dawało się ustalić jednoznacznie prawidłowego werdyktu (do tej pory nie wiadomo, czy Villa w meczu z Portugalią był na spalonym), a decyzja sędziego mogłaby w tej sytuacji być uzależniona od tego, jaką powtórkę akurat puści mu operator; wszak w meczu Paragwaju z Hiszpanią, w pierwszym ujęciu byłem przekonany że Valdez przyjmował piłkę ręką, później zobaczyłem, że jednak nie, natomiast zadaniem sędziego było ocenić, czy przed celnym strzałem Valdeza będący na ewidentnym spalonym Cardozo brał udział w akcji, czy też nie. Trudno zaś wyobrazić sobie, żeby sędzia domagał się powtórki z wszystkich możliwych kamer, bo a nuż któraś pokaże zdarzenie inaczej. Druga zaś – ściśle związana z pierwszą – jest taka, że decyzję ostateczną i tak musi podjąć sędzia, a nie cały stadion, który widział sytuację z odległości trybun, nawet na telebimie (ba, cały świat widzący sytuację na swoich TV HD czy 3D, zasugerowany jeszcze wypowiedzią komentatora; jakież głupoty potrafią wypowiadać sprawozdawcy, próbując dokonywać samodzielnych interpretacji tego, co widzą…), a jeśli potrzebuje technologii kosmiczno-rakietowej (tak jak badano po fakcie gola Luisa Garcii w półfinale Ligi Mistrzów), to tak naprawdę może decyzję podjąć na podstawie swojego wzroku i sumienia (ewentualnie wzroku sędziów mu pomagających). Ja raczej jestem zwolennikiem dopuszczenia sędziów bramkowych (w najbardziej spornych sytuacjach tego Mundialu powinni byli wystarczyć).

Nie da się bowiem ukryć, że kontrowersje sędziowskie na afrykańskim Mundialu bywają mniejsze i większe, ale najwięcej emocji budzą oczywiście błędne rozstrzygnięcia z 1/8 finału: spalony przy golu Teveza z Meksykiem oraz nieuznany gol Franka Lamparda w meczu z Niemcami. I akurat oba te przypadki są dowodem na to, że sędziowie się zwyczajnie zagapili. Niedopuszczalne, lecz ludzkie. Tutaj przywołam zdarzenie jakże podobne, a ileż bardziej niesprawiedliwe. 3 sierpnia 1932 roku, Igrzyska Olimpijskie w Los Angeles, konkurs rzutu dyskiem. Rzuca Francuz Jules Noel, zawodnik niekoniecznie będący faworytem (siódme miejsce na Mistrzostwach Europy). Sędziowie patrzą nań kątem oka, przyglądając się trwającemu równolegle konkursowi skoku o tyczce. Tak bardzo kątem oka, że kiedy dysk dotyka ziemi, nie potrafią ustalić miejsca, w którym upadł; wiadomo jednak, że upadł poza linią 50 metrów, za znakiem lidera, poza linią rekordu olimpijskiego. Ten rzut dałby Noelowi laur mistrza olimpijskiego. Sędziowie decydują: proszę powtórzyć rzut.. Noel zajął w tym konkursie czwarte miejsce, 12 cm od medalu, za jedyną pociechę mając pokonanie rekordzisty świata Paula Jessupa.

Mr Lampard, would you like to have another shot?

Nie onanizować się na myśl o kobiecie

Dzisiaj wyjątkowo nie o F1, tylko o F2:) Jeździ od niedawna w tym cyklu „nasza” reprezentantka, sympatyczna z wyglądu (bo tylko tak ją znam) Natalia Kowalska. Jeździ na razie, powiedzmy otwarcie, raczej średnio –  w sześciu dotychczasowych wyścigach bieżącego sezonu nie zdobyła punktów, a w kwalifikacjach zajmuje miejsca w drugiej dziesiątce, w eliminacjach do dzisiejszego wyścigu w belgijskim Zolder uplasowała się na 15. pozycji.

Oglądałem dzisiaj ten wyścig (przynajmniej w początkowej fazie) i nie mogę do tej pory wyjść z wrażenia, jak bardzo nie panowali nad sobą komentatorzy Eurosportu. Po starcie piali z zachwytu, jak fantastycznie Kowalska wyprzedziła trzech rywali i z 15. awansowała na 12. miejsce. Zupełnie im nie przeszkadzało, że w tzw. międzyczasie jeden z kierowców wyprzedzających Kowalską otrzymał karę i został na starcie cofnięty o kilka pozycji (tak że była ustawiona na 14. polu), a kierowca z 12. pola z powodu problemów technicznych startował z boksów. Zatem z trzech „pokonanych” na starcie rywali, Kowalska dwóch nie musiała wyprzedzać wcale. Później jeden z kierowców pierwszej dziesiątki zaliczył efektownego bączka na zakręcie, zatrzymując jeszcze dwóch innych. Naturalną koleją rzeczy było, że ta trójka musiała przepuścić wszystkich, zanim była w stanie ruszyć dalej. Cóż, komentatorzy znaleźli okazję, żeby zachwycać się, jak to Natalia Kowalska sprytnie ominęła te zawalidrogi (a mogła na nich wpaść, no nie?), dzięki czemu zaczęła jechać na punktowanym miejscu.

Natalia Kowalska nie zdobyła punktów w tym wyścigu, bo na piątym okrążeniu zaliczyła pobocze, straciła tempo (chyba opony słabo się wtedy poczuły), a trzy okrążenia później znów przeszarżowała w zakręcie i zakończyła wyścig na bandzie (przy okazji wypuściła na tor safety car). Nie wiem, kiedy zacznie punktować w F2, na razie nie mam przekonania, że trafi do F1 (nie dlatego, że jest kobietą, to przez to, że chyba jest jeszcze zbyt słabym kierowcą jak na tę klasę), choć życzę jej jak najlepiej. Nic jednak nie usprawiedliwia podniecenia, jakie ogarniało komentatorów, którym wzrok i umysł wyraźnie wtedy przyćmiewało.

Technika w deszczowy dzień

Żyjemy w nowym, wspaniałym, nowoczesnym świecie. Technika idzie nam nieustająco do przodu, osiągamy coraz to nowe możliwości i dumnie demonstrujemy ich wykorzystanie na przykład na sztandarowych imprezach sportowych.

A potem przychodzi dzień taki jak dzisiaj. Na Roland Garros zwykły deszcz psuje harmonogram gier (oraz transmisji) i żeby nie puszczać powtórek, Eurosport wcześniej rozpoczął transmisję z Giro. Przez godzinę można się było podelektować walką na trasie i alpejskimi widokami okolic Bormio, po czym przed rozpoczęciem kluczowego (jak by się zdawać mogło) podjazdu pod Passo di Gavia, znienacka okazało się, że pogoda.. uniemożliwia przekazywanie obrazu z helikoptera do samolotu albo jakoś tak. I przez co najmniej pól godziny były powtórki, a komentatorzy ratowali się tym, co wyczytywali o sytuacji na trasie ze strony wyścigu (zapewne na podstawie komunikatów motocyklistów i doniesień od stojących przy trasie). Czyli prawie jak w epoce przedtelewizyjnej. (Później transmisję wznowiono, kiedy udało się puścić obraz z kamer motocyklistów do helikoptera, a stamtąd dalej).

passo di Gavia Wiki

A przecież nie były to żadne ekstremalne zdarzenia typu powódź (swoją drogą zastanawiałem się, czy fala powodziowa może zagrozić dograniu WTA Polsat Warsaw Open – nie przeszkodziła w każdym razie) czy choćby solidna burza.

Jeden program

Za komuny mieliśmy w telewizorze (za mojej pamięci) dwa programy telewizyjne, później pojawiła się jeszcze TV lokalna. Mówiło się wtedy, że na wszystkich i tak jest to samo (co niekoniecznie oznaczało tę samą audycję w tym samym czasie).

Włączyłem dzisiaj telewizor przed 15-tą. Na pierwszych ośmiu kanałach miałem dokładnie ten sam program (na kilku dalszych jeszcze też, nie zliczę). Praktycznie wszystkie kanały telewizji publicznej oraz grupy TVN i grupy Polsatu nadawały zgodnie transmisję z uroczystości żałobnych w Warszawie. Takie łudzące wrażenie jedności narodowej (a przynajmniej medialnej).

Puenty nie będzie.