Bociany w śniegu

Junior siedząc Ojcu na kolanach ogląda w telewizorze, jak narciarze na zawodach mierzą się z rosyjską zimą. Płaskie, podbieg, zjazd, płaskie, podbieg.. Aż na kolejnym zjeździe nagle mówi:
– Bociany…

Ojciec jako żywo ptaków nie widział, więc metodą dedukcji i pytań doszedł do wniosku, że Juniorowi narciarz w pozycji do zjazdu przypomina bociana. (Po czym westchnął w duchu: „bociany, wracajcie, wiosnę nam przynieście!”) 

Niesforny śnieg

Śnieg tego roku zachowuje się co najmniej złośliwie: najpierw długo go nie było wcale, teraz udaje że jest,  a gdzieniegdzie jest go tyle, że utrudnia życie komu tylko może. Dzisiaj robił co mógł, żeby utrudnić konkurs skoków w Bischofshofen. Najpierw wczoraj musiano odwołać kwalifikacje i przełożyć je na dzisiaj (choć sporo do powiedzenia w tej sprawie miał też daje się wiatr). Dziś rozpoczęto kwalifikacje przed samym konkursem, ale mniej więcej w połowie śnieg zaczął padać jak szalony, zasypując tory. Kiedy Stephan Hocke spadł z progu, można było to jeszcze zwalać na przypadek, ale kiedy Jurij Tepes sprawiał wrażenia, jakby się podrywał do skoku już w połowie najazdu (i tak jeszcze ze dwa razy) – co tak naprawdę oznaczało, że śnieg działał mu jak ręczny hamulec – konieczne było ich przerwanie; tu oczywiście pojawia się pożywka do spekulacji o układach i mafiach (jak można skrzywdzić syna…), ale w tych warunkach można było albo kwalifikacje przeprowadzić od nowa, albo odwołać. 

Wybrano anulowanie kwalifikacji i przeprowadzenie pierwszej serii w pełnym składzie. Poszło całkiem sprawnie i szło coraz lepiej, problemy powróciły w drugiej serii (kiedy tak ślicznie Kofler zaczął odrabiać straty). Zaczęło sypać, zaczęła się walka o utrzymanie torów (swoją drogą fenomenalnie wygląda taki rząd odkurzaczy wysuwających się z boku, wręcz Matriksem zalatywało), problemy z najazdem wciąż mieli przedskoczkowie. Optymistycznie zarządzono przerwę. Opóźnienie było już tak duże, że w studio Eurosportu pojawił się już Krzysztof Wyrzykowski, żeby komentować biathlonowy sprint, i przez dobrą chwilę mieliśmy rozkoszny duet mieszany, przede wszystkim na fonii, a chwilami i na wizji (bardzo mi się taka interdyscyplinarność podoba). *Wyrzykowski nawet sięgnął pamięcią do czasów, kiedy skoczkowie zamiast kasków mieli na głowach czapeczki, i mieli odejmowane pół punktu z noty za styl, jeżeli im w locie spadła… 

Zgodnie z przeczuciami większości, śnieg nie pozwolił tej drugiej serii dokończyć. 

*uzupełnienie, bo mi uciekło przy pisaniu notki

Tercet, czyli kwartet

Rafałowi Stecowi

Dawno, dawno temu, przed siedmioma wyborami, w całkiem nieodległej krainie ludność miała do dyspozycji tylko dwa kanały telewizyjne, i czy tego chciała, czy nie, innych możliwości oglądania transmisji sportowych nie było. Oczywiście, kanały te nie były całkiem sportu pozbawione, zwłaszcza jak przychodziły igrzyska czy inne ważne imprezy, ale i czasu na oglądanie wcale nie było wiele więcej niż dzisiaj. I tak jak dzisiaj, pokazywano najchętniej te imprezy, gdzie lokalni reprezentanci przynajmniej brali udział (co tym bardziej ograniczało możliwości oglądania tych zawodów, w których lokalni reprezentanci nie występowali).

Pamiętam, że Zimowe Igrzyska w Sarajewie oglądałem, ile się dało, acz z racji spędzania wtedy co najmniej tygodnia w górach (uwierzycie, że to były jedyne ferie zimowe, które tak spędzałem!?) wiele relacji mnie ominęło. Trudno mi więc powiedzieć, czy pokazano (poza zapewne finałem) jakikolwiek mecz reprezentacji Związku Radzieckiego. Nieszczególnie pamiętam też transmisje z mistrzostw świata (zapewne skupiały się na zaciekłej walce naszych reprezentantów o utrzymanie w grupie A), aczkolwiek pewnie być musiały, bo bez powodu bym się kija hokejowego nie dorobił (choć w życiu nie jeździłem na łyżwach). Igrzyska w Calgary były zaś dla mnie kompletnie obrazem niedostępne, zarówno przed pasztecikami, jak i po nich. 

W konsekwencji przyznać muszę z pewnym smutkiem, że legendarne nazwiska tego okresu znam jedynie z opowiadań, tak jak Pelego, Cruyffa, Jabbara czy Pietrzykowskiego. A to właśnie w owym czasie w drużynie ZSRR szalała legendarna formacja KLM, czyli atak w składzie Wiaczesław Krutow – Igor Łarionow – Siergiej Makarow (jakby ktoś nie pamiętał, napastnicy hokejowi zwykle chodzą trójkami). W połączeniu z parą obrońców Wiaczesław Fietisow – Aleksiej Kasatonow (obrońcy hokejowi zwykle chodzą parami), tworzyli „zieloną piątkę” (od koszulek treningowych), uznawaną za najlepszą formację w hokeju europejskim (w reprezentacji ZSRR zdobyli dwukrotnie mistrzostwo olimpijskie i pięciokrotnie mistrzostwo świata, a ich klub CSKA Moskwa notował wtedy serię trzynastu tytułów mistrzowskich z rzędu). Po 1989 roku zaczęli wyjeżdżać do NHL, gdzie jednak nie wszystkim równie się wiodło (ale i nie przenieśli się tam całą formacją), choć Łąrionow i Fietisow zdobyli chyba wszystkie trofea, o jakich może marzyć hokeista. 

Aha, gdyby kogoś ciekawiło: dlaczego kwartet. Odpowiedź jest oczywista – bo nie znam trupy pod nazwą „Tercet, czyli kwintet”, chociaż już Douglas Adams udowodnił, że między trójką a piątką nie ma istotnej różnicy (pisząc Trylogię w pięciu częściach). A więc: obyśmy znów doczekali takiego tercetu!

Popatrzyłem w telewizor

Najpierw byli Pogromcy mitów, w nowym udanym odcinku. W przerwie zerkałem kątem oka na reklamy (wykonywałem pewne nudne zajęcia, w których TV była towarzyszem) i przy jednej z nich poczułem się nieswojo. Kiedy w moim telewizorze Samsung pokazali jakiś megatelefon marki Samsung, a na megaekranie megatelefonu – reklamy, które w tym momencie powinny lecieć w telewizorze, zrodziło się poczucie niepewności, czy aby na pewno ten telewizor to jest realnie stojący mebel, a nie kolejny poziom obrazu w obrazie (nie sądzę, żeby efekt był do osiągnięcia bez jedności producenta). Megatelefonu zresztą nie kupię, telewizję wolę wygodnie oglądać.

Potem skorzystałem z rzadkiego dobrodziejstwa wielokanałowości tunera satelitarnego (bo tak jak zwykle w TV nic nie ma, tak nie było chyba jeszcze bardziej) i podglądałem na Rai Sport końcówkę meczu Fiorentiny z Interem. Kopali tak, że można było nie zgadnąć, czy przedstawiciele Jednej z Elitarnych Lig, czy Norwich z Zurichem, choć jak się zaczynali przykładać, to urocze zagrania też się pojawiały. Najciekawszym momentem tej fazy gry była jednak zagadka, jak Lucio padając na plecy po starciu z rywalem, dał radę solidnie ubrudzić sobie trawą czoło? (wyglądal trochę jak komandos w trakcie maskowania).

A na koniec plusa zebrał TVN Meteo za letnie obrazki znad Biebrzy.

Reklama zmienną jest

Gdzie te czasy, kiedy reklama była stała i niewzruszona (a jeszcze bardziej gdy jej nie było). Technologie rozwijają się z roku na rok, najpierw mechanicznie pozwalały na zmianę treści przez obrócenie pokazywanych elementów, teraz raczej opierają się na wyświetlaniu treści na odpowiednich wyświetlaczach (przed nami pewnie reklamowe hologramy).

Podczas meczu Legii w Bukareszcie, reklamy były oczywiście z jednej strony ogólnoświatowe (sponsorzy całych rozgrywek itp.), a z drugiej lokalne rumuńskie. Jednakże, w pewnej chwili pojawiła się też reklama po polsku. To znaczy,  najpierw wyświetlała logo reklamodawcy, potem polskie hasło reklamowe, a na koniec analogiczne rumuńskie – i tak w kółko.

W Polsce byłaby to akurat jak się zdaje reklama niedozwolona.  

Obrazy kłamią

Jest taka powieść Jerzego Kosińskiego „Kokpit”. Jej bohater, człowiek po Kosińskiemu szczególny, staje się pewnego razu świadkiem wypadku samochodowego. Wyciąga swój prawie nieodłączny aparat fotograficzny, robi całe serie zdjęć rozmaitych szczegółów, po czym przegląda odbitki (tak, to czasy przedcyfrówkowe) i układa z nich dwa zestawy. Każdemu z uczestników wypadku wysyła jeden zestaw: taki, z którego wynika, że ta druga strona była winna wypadku.

Przypomina mi się ta scena, ilekroć powraca temat powtórek wideo w sporcie profesjonalnym. Kiedy patrzymy bowiem na różne powtórki, też się zdarza, że widzimy zupełnie różne wersje. Ot, w niedawnym omalże legendarnym meczu Polski z Niemcami, kiedy przyjrzymy się powtórkom wślizgu Głowackiego na Muellera, po którym podyktowano karnego – patrząc z jednej strony, widzimy, że Głowacki nie zahacza o lewą nogę Muellera, natomiast prawdopodobne wydaje się, że trafia go w prawą. Powtórka z przeciwnej strony pokazuje zaś dla odmiany, że Głowacki omija prawą nogę Muellera, natomiast lewa wygląda jak celnie trafiona… Ile powtórek musimy obejrzeć, żeby wyrobić sobie zdanie, i przede wszystkim – kto będzie dokonywać ich wyboru?

I żeby nie wyszło, że tylko malkontencę – w siatkarskiej PlusLidze wprowadzono tego roku na wzór tenisowy challenge (chyba 1 na set). I już w pierwszej kolejce, w meczu Trefla Gdańsk ze Skrą Bełchatów, Wlazły zakwestionował wywołanie autu po jego ataku. Z powtórek puszczanych przez realizatora TV wynikało, że piłka odbiła się wyraźnie za linią. Ale kiedy realizator pokazał widok na monitor sędziego technicznego (nie obraz z tego monitora, tylko widok na monitor właśnie), to piłka była wyraźnie na linii…

Może jestem jakiś staromodny, ale jeżeli mam do wyboru zdać się w spornych sytuacjach na tradycyjne oko sędziego, albo na wybór powtórek dokonywany przez realizatora, to wolę zaufać sędziemu. Zwłaszcza że powtórki też mogą być niewystarczające – skoro do rozstrzygnięcia, czy w meczu Liverpool-Chelsea po strzale Luisa Garcii piłka przekroczyła wystarczająco linię, potrzebna była technologia rakietowa. I nie przypominajcie mi wszystkich błędnych decyzji sędziowskich, ja o nich wiem i pamiętam.


Najdłuższy wyścig, czyli z Montrealu migawki

Ten sezon jest już na swój sposób szczególny: przez tyle lat oglądania F1, z większą lub mniejszą intensywnością, nie zarejestrowałem w pamięci zbyt wielu czerwonych flag, a już zwłaszcza takich, po których wyścig zostałby dokończony. Ten z ostatniej niedzieli trwał od startu do mety ponad cztery godziny. I po tych czterech godzinach, decydowały ułamki sekund: o ułamek sekundy za późny skręt Vettela, o ułamek sekundy za daleko linia mety dla Kobayashiego.

Zapamiętamy ten wyścig w dużej mierze z powodu psikusów pogodowych, wysiłków służb technicznych i nieustannego spoglądania w niebo oraz na monitory z prognozami meteo. Znamy to świetnie, aczkolwiek z zupełnie innej dyscypliny – odruchowo szukaliśmy wzrokiem Waltera Hofera. Także mając w pamięci, że tak przerywane konkursy skoków, rzadko kiedy bywały doprowadzane do końca w pełnym wymiarze. 

Ileż to razy powtarzaliśmy, że Formuła 1 to w sporcie najściślejsza techniczna awangarda. W konfrontacji jednak z tak prehistorycznym zjawiskiem, jak solidna lejba, rozmaite wyrafinowane urządzenia techniczne dawały sobie radę o tyle, o ile. Na koniec największą skutecznością wykazywały się poczciwe szczotki i łopaty, którymi spychano i wychlapywano wodę na trawniki. 

A w przerwie – kiedy już wyczerpywały się możliwości pokazywania stewardów, oficjeli i moknących kierowców – widzieliśmy też galerię celebrytów. Ja to jednak nie na czasie jestem, bo nawet jeśli wiem (za sprawą korzystania z portali głównie) kim jest panna Rihanna, to jednak ani jej nie rozpoznam, ani tym bardziej nie jestem w stanie stwierdzić, że zmieniła ostatnio fryzurę czy nawet kolor włosów. Cóż, zdecydowanie szybciej rozpoznałem George’a Lucasa:) jednak sądzę, że nawet gdyby poprosili go o pomoc w walce z warunkami, to i przy wsparciu całego LucasArts by nic nie wskórał. W końcy Mocy wystarczyło mu tylko na pierwszą serię, kiedy to modele statków kosmicznych kleił naprędce z pudełek po zapałkach, a później tylko zlecał zabawę programistom.

Żyrafy wchodzą do szafy

Jednym z istotnych czynników na wojnie jest posiadanie informacji oraz zdolność ich przekazywania, czyli komunikacja. Ci, którzy informacje mają, są do przodu, ci, którzy ich nie mają lub mają je błędne, najczęściej na tym cierpią (pisał o tym nawet Wieszcz w Epopei Narodowej).

Formuła 1, jak każda rywalizacja, może być z racji swojego skomplikowania porównywana do wojny, a na pewno informacja i komunikacja odgrywa w niej istotną rolę. Tradycyjną formą komunikacji pomiedzy kierowcą, a jego zespołem, była tablica pokazywana kierowcy na prostej startowej, zawierająca informacje siłą rzeczy podstawowe (przy prędkości 200+ km/h nie ma czasu na przyglądanie się skomplikowanym komunikatom). Bardziej nowoczesną formą jest oczywiście radio, które jednak potrafi być nawet dzisiaj urządzeniem zawodnym, na co gorzko się wczoraj żalił Nico Rosberg.(jakże żałuję, że nie potrafię znaleźć w sieci zdjęcia z pokazywanej Rosbergowi tablicy „Nico no radio?”). Kierowca wie bowiem tyle, ile widzi i czuje auto, wskaźniki ma ograniczone do minimum; zespół zaś ma komplet danych z telemetrii (i nie tylko), ale też może je przekazać jedynie tymi ogólnie dozwolonymi kanałami.

Żeby upewnić się, że zespoły przekazują kierowcom tylko to, co im wolno, obowiązuje zasada, że wszystkie połączenia między kierowcami a zespołami muszą być słyszalne dla wszystkich (w trakcie wyścigu raz za razem słuchamy dzięki temu, co sobie nawzajem opowiadają). A skoro wszyscy słuchają, to wszyscy (zwłaszcza ci tuż za lub tuż sprzed) dowiedzą się czegoś istotnego – kiedy więc jakaś istotna informacja jest przekazywana w jednym zespole, drugi natychmiast ją analizuje i podaje swojemu kierowcy. Rozkwita więc sztuka białego wywiadu („Sebastian has no KERS, so push now”), na co oczywistą odpowiedzią staje się szyfrowanie i dezinformacja („musimy przejechać jeszcze wiele okrążeń”, po czym prawie natychmiastowy zjazd do boksów). Cudowne przykłady przekazywania informacji sobie tylko zrozumiałych dawał McLaren  – najpierw pojawiła się zadziwiająca informacja o safety carze (którego na torze w tym sezonie ani widu ani słychu), a później podczas pięknej pogoni Hamiltona za Vettelem magiczne „use blue button” i „push yellow button”. I tylko się można pocieszać, że niektórzy te manewry z szyfrowaniem ważą sobie lekce, co pozwala sobie wyobrazić przykładowy dialog:

– Fernando, zees ees Nighthawk calleeng!
– OK, I’ll keep pushing! 

Derby, derby, derby, derby.. i po derbach

Serial się zakończył. Real wziął puchar krajowy, Barcelona wzięła awans do finału Ligi Mistrzów. Nam pozostało wziąć oddech (także ulgi) i co najwyżej odpowiedzieć* sobie na pytanie:

Kto był najlepszym piłkarzem tego serialu?
A – Boski Leo,
B – Święty Iker,
C – a co co chodzi?

*pewnie można byłoby wkleić jakąś sondę, ale ni cholery nie chce mi się zastanawiać skąd

Komentator musi być kompetentny

Komentatorzy są różni: mają swoje mniej lub bardziej drażniące maniery i przyzwyczajenia, są mniej lub bardziej lotni i bystrzy, sa mniej lub bardziej inteligentni i elokwentni. Bez względu na to, co z powyższych komu odpowiada, jedna rzecz jednak powinna być dla wszystkich wspólna: powinni być kompetentni. Powinni wiedzieć o czym mówią, powinni wiedzieć co się dzieje, a jeżeli już nawet jakimś zdarzeniem losu nie wiedzą, to powinni zachować na tyle rozwagi w komentowaniu, by nie zdradzać się z nieznajomością tego, co widzom się wyświetla na ekranach, zwłaszcza kiedy się komentuje ze studia telewizyjnego.

A mnie właśnie w ten weekend dwóch komentatorów Eurosportu wyprowadziło lekko z równowagi. Pierwszy właściwie bardziej rozbawił, kiedy komentując rywalizację łyżwiarską był uprzejmy stwierdzić mniej więcej „X od wszystkich sędziów dostał noty powyżej 7,5, tak że średnią miał dokładnie 7,5”, bo tym wystawił świadectwo jedynie własnym zdolnościom matematycznym i logicznym. Zdecydowanie bardziej mnie zezłościł red. Chruścicki, który komentując konkurs w Willingen wypalił w pewnej chwili w drugiej serii, widząc ile punktów jeden z zawodników (chyba Jernej Damjan) dostał „bonusu za wiatr w plecy” – że w pierwszej serii nikomu aż tak mocno nie powiało, bo najmocniejszy wiatr w plecy miał Kamil Stoch. Nie wiem, co red. Chruścicki robił w pierwszej serii, ale gdyby ją uważnie oglądał, to zauważyłby, że znacznie mocniejszy wiatr od Stocha mieli chociażby Neumayer czy Ito (złota zasada: jak nie wiem, to nie mówię). Ruszyło mnie to głównie dlatego, że red. Chruścicki jest już u mnie na cenzurowanym od kilku konkursów – do tego stopnia, że słysząc go poważnie rozważam przełączenie się na angielskiego komentatora..