Refleksje ćwierćfinałowe

Anglicy wszystko popsuli: taka była na tym Euro ładna seria 27 meczów z co najmniej 1 golem, a tym przyszło do głowy, że zagrać na zero (z przodu i tyłu), i niestety im się udało, nie tylko w zwykłych 90 minutach, ale i w całych 120 (karne jakoś mimo wszystko trafiali). Chyba chcieli się jakkolwiek wyróżnić, bo skończyło się i tak zgodnie z planem, jak we wszystkich ćwierćfinałach. 

U Hiszpanów to mi żal, że nie zagrał Llorente, mniej produktywny od Torresa by nie był, wynik był zachęcający, a kolejnej szansy może już nie dostać. A całkiem fajnie wygląda to wpuszczanie rezerwowych Hiszpanów, już większość wycieczki dostała swoją szansę, choćby króciutką, jak Negredo. Bramkarze jak zwykle posiedzą do końca, obrońcy też szanse mają niewielkie, ale Mata i Llorente spokojnie mogliby jakiegoś ogona zagrać. 

W fazie grupowej w 24 meczach podyktowano 1 karnego, wykorzystano 0. W czterech ćwierćfinałach podyktowano 2 karne, wykorzystano 2, i do tego 9 strzelano na deser.

Interesujące, że ćwierćfinaliści wywodzą się wyłącznie z grup B i C. Szaleni nacjonaliści powiedzieliby, że to wynik naszej wyższości, bo Poznań i Gdańsk, wiadomo, a Lwów właściwie nasz.. Złośliwiec powiedziałby, że to przejaw gościnności, bo gospodarze grali w grupach A i D. Matematyk powiedziałby, że jest 50% szans na to, że finał będzie powtórką meczu grupowego.

Trzecia noga Boenischa

Trwa rozliczanie i ocenianie, nie muszę dodawać czego. Właśnie przeczytałem – bez zaskoczenia – że jednym z najsłabszych zawodników w naszym zespole, a na pewno najsłabszym obrońcą, był Sebastian Boenisch (ręka w górę kto zdziwiony). Argumentem mają być wzięte skądś statystyki, jak to fatalnie podawał (na pewno użyto ich w tekście na weszło.com, źródła rzeczywistego nie zauważyłem, może byłem nieuważny), najsłabiej jak można. 

Stare przysłowie statystyków mówi, że pies i człowiek mają średnio po trzy nogi. Szukając danych statystycznych, zawędrowałem na stronę UEFA, do rankingu Castrola. Popatrzyłem: Boenisch istotnie nie wypada w tych statystykach najlepiej. Wśród reprezentantów Polski przegrywa z Lewandowskim (tak, jest naszym drugim najlepszym zawodnikiem), wśród obrońców w grupie A z czeskim stoperem Kadlecem, w całej grupie jeszcze z sześcioma innymi zawodnikami pod wodzą Dzagojewa. Bije wszystkich prawych (i w ogóle bocznych) obrońców w grupie, Łukasza Piszczka zostawiając daleko, wyprzedza naszą zmorę Salpingidisa. I teraz którym statystykom wierzyć, proszę Państwa? 

Daleki jestem od twierdzenia, że Boenisch zagrał bezbłędnie czy choćby znakomicie, wielekroć sprowokował niebezpieczeństwo pod naszą bramką, łamiąc linię spalonego, przegrywając pojedynki czy głupio potykając się jakby faktycznie miał trzy nogi, w meczu z Rosją ponoć odpuszczono nam karnego po jego faulu (nie widziałem tej akcji, powtórek nie szukałem). Ale żaden z goli nie padł po jego błędzie, za to jego strzał z dystansu był bodaj jedynym, który sprawił problem Petrowi Cechowi. Nazywanie go najgorszym w tej sytuacji zakrawa na.. no właśnie, na to samo co napisałem już po pierwszym meczu: na szukanie kozła ofiarnego, bo po pierwsze jest „pupilkiem nieudacznego trenera”, a po drugie bo zabrał miejsce gwiazdce Legii. 

Z interesujących statystyk jeszcze: reprezentacja Polski oddała w 3 meczach 44 strzały, w tym 20 celnych, tyle samo co Czesi i Rosjanie (co oznacza najsłabszą skuteczność). Mecz z Czechami przegraliśmy na ich połowie, bo Czesi ustanowili rekord najpóźniejszego strzału na naszą bramkę (dopiero w 29 minucie), a my – niby naciskając – ustanowiliśmy rekord najmniejszej na całym Euro liczby penetracji ich strefy obronnej. 

82/86

W 1982 roku na mundialu w meczach 3 i 4, polska reprezentacja zdobyła 8 goli, tracąc jednego.

W 1986 roku na mundialu w meczach 3 i 4, polska reprezentacja zdobyła 0 goli, tracąc siedem. 

Który wariant w tym roku? Dwa remisy sugerują raczej 1982..

Oczywiście, to ciut fałszywa alternatywa. Jak w meczu nr 3 strzelimy 0, to meczu nr 4 po prostu nie będzie. 

Cóż, nie mam weny na wyrafinowane analizy, nie mam żadnych oryginalnych spostrzeżeń i nie chcę się dać ponosić emocjom. Chłonę.

Isner znaczy długo

Włączyłem pod wieczór telewizor, na Eurosporcie trwała transmisja z Roland Garros. Trwał piąty set pojedynku Paula-Henri Mathieu z Johnem Isnerem, przekroczyli już standardowy wymiar seta (na turniejach wielkoszlemowych w piątym secie nie stosuje się tie-breaka po dwunastu gemach i gra do przewagi dwóch gemów). 

Obecność na korcie Johna Isnera natychmiast przypomniała jego inny mecz w turnieju wielkoszlemowym, dwa lata temu na Wimbledonie. Z innym Francuzem Nicolasem Mahutem grali wtedy trzy dni (zaczęli we wtorek późnym popołudniem, kontynuowali we środę, dokończyli w czwartek popołudniu), z efektywnym czasem gry 11 godzin i 5 minut. Ostatecznie piątego seta Isner wygrał wtedy 70 do 68, bijąc wszelkie możliwe rekordy.

Dziś do tego rekordowego osiągnięcia się nie zbliżył, mecz zakończył się jeszcze przed zachodem słońca, choć 18-16 w piątym secie wyśrubowało do 76 rekord liczby gemów w meczu French Open od czasu wprowadzenia tie-breaków (w czasach kiedy każdy set musiał się skończyć przewagą dwóch gemów, rozegrano we French Open mecz trwający 83 gemy). Pod względem czasu trwania meczu (5 godzin 40 minut czystej gry), do rekordu Fabrice’a Santoro i Arnaud Clementa z 2004 roku brakło 53 minut (grali wtedy w Paryżu 71 gemów, 16-14 w piątym secie). Ale też Isnerowi tym razem wyraźnie zabrakło sił na kontynuowanie takiego maratonu. 

Rekordy Nico

Liczbą dnia w ustach Andrzeja Borowczyka było po dzisiejszych kwalifikacjach w Szanghaju: 111. To numer wyścigu, w którym Nico Rosberg zdobył swoje pierwsze pole position. A ponieważ Nico bywa często i złośliwie porównywany do Nicka Heidfelda, jako do kierowcy specjalizującego się w dojeżdżaniu do mety i zdobywaniu punktów, lecz bez zwycięstwa, przyjrzałem się bliżej statystykom. 

Heidfeld brał udział w 185 weekendach wyścigowych, w tym w 183 wyścigach. Gdyby teraz wygrał (przy założeniu, że ktoś wpuściłby go do bolidu z szansami na zwycięstwo), ustanowiłby rekord wszech czasów w kategorii „liczba wyścigów przed pierwszym zwycięstwem”, obecnie należący do Marka Webbera (pierwsze zwycięstwo w 131 wyścigu). Wbrew odruchowemu skojarzeniu, nie prowadzi jednak w kategorii „największa liczba wyścigów bez zwycięstwa”, gdyż ta należy do Andrei de Cesarisa z aż 208 wyścigami w 214 weekendów. Musiałby się więc Rosberg długo „starać”, żeby pobić którykolwiek z powyższych rekordów. Gdyby natomiast udało mu się (w co raczej powątpiewam) z tego pierwszego miejsca jutro wygrać, to w kategorii „liczba wyścigów przed pierwszym zwycięstwem” znalazłby się na piątym miejscu, ex aequo z Giancarlo Fisichellą.

Sprawdziłem też, czy to 111 faktycznie jest rekordowe – i wbrew pozorom nie jest. Palmę pierwszeństwa dzierży również Mark Webber, który na swoje pierwsze pole position czekał również do 131 wyścigu. „Lepsi” od Rosberga byli też Jarno Trulli i Thierry Boutsen (odpowiednio wyścigi nr 119 i 115, jeśli dobrze policzyłem). Heidfeldowi zaś udało się swoje pierwsze PP zdobyć „już” w 91 starcie. Przy okazji dodam jeszcze, że jak sięgniemy do czasów, kiedy liczba wyścigów w sezonie była mniejsza, a trudność zakwalifikowania się większa, Denny Hulme czekał na swoje pierwsze PP aż do dziewiątego sezonu startów (w sumie miał tych startów w karierze 112), a Rosberg „tylko” do siódmego. 

Na razie więc Nico na listach rekordów cieszy się przede wszystkim z pierwszego miejsca w kategorii „najmłodszy zawodnik, który uzyskał najszybsze okrążenie w wyścigu” (ba, i to w debiucie!), bo z rekordu „liczby punktów bez zwycięstwa” raczej dumny nie jest. Do rekordu Heidfelda w kategorii „liczba miejsc na podium bez zwycięstwa” na razie też mu daleko (5 do 13, i chyba nie chce go pobijać, jak zrobił to w poprzednio wymienionej kategorii). Cóż, nawet nie udało mu się zostać pierwszym synem zdobywcy pole position, który zdobył pole position – po ten tytuł dawno już sięgnął Damon Hill (zgarniając też od razu laur dla pierwszego mistrza świata będącego synem mistrza świata). 

PS Jeżeli wyścig wygra partner Nico z zespołu i towarzysz na pierwszej linii, to wskoczy na szóste miejsce w kategorii „najstarszy zwycięzca wyścigu”. Gdyby był wygrał kwalifikacje, byłby czwarty „oldest polesitter”. Jakiż ciekawy ten sezon:-)

PS 2 Liczbą dnia jest oczywiście 0,505 – czyli przewaga, jaką Rosberg uzyskał nad Hamiltonem w Q3. Aż niewiarygodna, w ogóle ten zwycięski czas był niesamowity, aż nie można się było opędzić od myśli, że Rosberg gdzieś pojechał na skróty – ale to oczywiście tylko perfekcyjne okrążenie było.

Przegrywanie z państwem

Wpadł mi dziś przypadkiem w oczy link do tekstu „Polacy przegrywają z państwem w sądach„. Statystyki jak statystyki, rozbawiło mnie jak zwykle, że dzielny dziennikarz do nich dotarł (zapewne je zamieszczono na stronie ministerstwa albo pojawiły się na jakiejś konferencji prasowej), zakłuł natomiast komentarz dyżurnego eksperta od biznesu, że niby:
 ta porażająca dysproporcja wynika z nastawienia sędziów.  Jako funkcjonariusze państwowi stoją po prostu na straży interesów budżetu państwa, zamiast na straży sprawiedliwości (…) Nawet jeśli sądy przyznają odszkodowania, to są one śmiesznie niskie

Cóż, zapewne honoru sędziów jako takiego lepiej będą bronić sami zainteresowani, ja się ograniczę do spojrzenia z pogranicza. Wg statystyk na blisko dwa tysiące spraw zakończonych w ubiegłym roku, „obywatele i firmy” wygrali tylko 156. Zastanawiam się, czy w tej liczbie mieści się już sprawa, którą prowadziłem z urzędu (wyrok był w zeszłym roku, ale formalnie uprawomocnił się dopiero w styczniu). Była to jedna z setek spraw wytaczanych państwu przez więźniów o zadośćuczynienie za krzywdy doznane na skutek złych warunków w areszcie czy więzieniu. Zazwyczaj sprawa taka oznacza żądanie liczone co najmniej w dziesiątkach tysięcy złotych, najwyższa mi znana dotąd to chyba pół miliona (mój klient łaskawie ograniczył się do niecałej setki); pozwy są pisane zbiorową mądrością celi, w miarę ich napływu rozwijają się w argumentacji, wnioskach i uzasadnieniach (nawet jak są długopisem na kartkach w kratkę). Sądy zasądzają – jeśli w ogóle – sumy liczone w setkach złotych, nawet jeśli do policzenia setek potrzeba wszystkich dostępnych palców, argumentując, że nie jest szczególnym cierpieniem, kiedy ustawowy limit trzech metrów kwadratowych na osobę jest przez miesiąc naruszony o cztery procent (Europejski Trybunał Praw Człowieka, do którego te sprawy na koniec często trafiają, przyznaje sumy podobne nominałem, choć wyrażone w euro). I jeśli teraz porównamy kwotę żądania z kwotą zasądzoną, to Skarb Państwa wygrywa takie sprawy w 99%. 

Nie znam, oczywiście, szczegółowego rozkładu tych spraw przegranych przez Skarb Państwa, struktury zasądzanych kwot ani ich podstawy. Mam jednak głębokie poczucie, że komentarz „eksperta” nie był niczym innym, jak ideologicznym wysysaniem z palca. Sądy oceniając wysokość odszkodowania, jako kwotę mającą naprawić realne wyrządzoną szkodę, nie uciekają się bowiem do dowolności, tylko w pocie czoła analizują każdą złotówkę. Co innego zadośćuczynienia, które mają charakter ocenny. Podzielam jednak pogląd Prokuratorii (nie mylić z Prokuraturą) Generalnej – i z powyższego widać dlaczego – że przede wszystkim mamy do czynienia z absurdalnie rozbuchanymi oczekiwaniami jak z sądów amerykańskich. Cóż, sprawa Harlan/Król powinna wszystkim uświadomić, że póki co u nas tak nie będzie. Choć z drugiej strony, patrząc na te statystyki widać też, że średnie odszkodowanie przyznane od Skarbu Państwa wynosi blisko milion złotych (zaraz, ekspert coś mówił o śmiesznie niskich…), ale nie wiadomo, na ile to wynika z paru faktycznie potężnych spraw. 

Aha, dla porządku pamiętajmy kto płaci te odszkodowania: pani płaci, pan płaci…

Czwarty krzyżyk

Nie da się ukryć: stuka dzisiaj. Zapiskom, znaczy. To już cztery lata się męczą ze swoim autorem (blogi starzeją się szybciej, więc liczymy im krzyżyk na rok).

Ostatnio miały luźniej, bo autor.. miał kryzys wolicjonalno-twórczy, to znaczy albo nie miał o czym pisać, albo jak miał o czym pisać, to mu się nie chciało, albo jak mu się chciało pisać, to nie dość, żeby wstukać klawiszami tekst od początku do końca (flejmowanie jest łatwiejsze). Autorowi zresztą w nieodległej przyszłości czwarty krzyżyk też zresztą stuknie, ale chyba jeszcze się w ryczącą przedczterdziestkę nie zamienił.

W każdym razie, plan pozostał słusznie niezrealizowany – czwarte urodziny obchodzimy notką numer 957; jakby było cały czas okrągło, to byłoby nudno. Za to komentarzami nadgoniliśmyście, bo ostatni zanotowany ma numer 1342. 

Pomysłów na notki pojawia się wciąż sporo (a cały czas są takie co od lat już właściwie leżą i się dokwiczeć kolejki nie mogą), jak się kryzys skończy, to może się zaczną bardziej realizować, i takie poważniejsze (jak się autor wkurza to ma ochotę o czymś poważnie napisać), i takie bardziej do tagu bzdury, w końcu najliczniej reprezentowanego* (a co by to było, jakby tagi były od samiuśkiego początku, a nie tylko grudnia 2009 czy jakoś tak, w sumie prawie cała kategoria Milionerzy mogłaby się tam załapać). 

Podziękowania dla wszystkich, nie chce mi się sprawdzać, kto skąd zaglądał, i tak wiecie to lepiej od nas.

A za rok…

*shit, tag „fotka” nieznacznie prowadzi, widocznie byłem za sieriozny

Zawalili inni

Dzisiejszy konkurs skoków na średniej skoczni (miła niespodzianka, lecz spowodowana wiatrem) w Lahti reprezentacja Polski zakończyła sukcesem, bo na trzecim miejscu. Patrząc zaś na fakt, że do zajmujących drugie miejsce Niemców straciliśmy zaledwie 0,6 pkt, spodziewam się pytania „kto nam zawalił to drugie miejsce”.

Można oczywiście marudzić, że gdyby 18-letni Zniszczoł w pierwszym skoku… to spokojnie moglibyśmy Niemców pokonać (istotnie, osiągnął tylko 92 metry i niespełna 100 pkt, czyli poniżej mojego kryterium minimum przyzwoitości), a jacyś fantaści mogliby nawet zacząć szukać, gdzie dałoby się znaleźć 15 pkt, które na koniec dzieliły nas od tradycyjnie zwycięskich Austriaków. Prawda jest jednak taka, że powinniśmy dziękować losowi za kupę szczęścia. Gdyby bowiem w drużynie niemieckiej nie zawalili pierwszych skoków Wank i Mechler, to drugiego miejsca nawet byśmy nie powąchali (a Niemcy mogliby Austriaków napędzić stracha). Podziękować wypada Norwegom i błyszczącym niedawno Słoweńcom i Japończykom (tzn. dywersantom w ich szeregach). Wystarczy popatrzeć, że w końcowym podsumowaniu, Polacy zajęli łącznymi notami miejsca 3, 10, 14 i 16 na 32 zawodników (w konkursie indywidualnym pialibyśmy z zachwytu); w podsumowaniu poszczególnych grup, Stoch był najlepszy w swojej, Kot przegrał jedynie z Morgensternem a Murańka z bijącym rekord skoczni Tepesem, jedynie Zniszczoł zajął miejsce piąte (ale za zawodnikami z czołówki).

Gdyby Zniszczoł.. miał o jedną dziesiątą metra na sekundę gorszy wiatr, miałby wynik o 0,7 punktu lepszy. On, lub ktokolwiek z kolegów. Albo ktoś z Niemców o tyleż gdyby miał korzystniejszy wiatr. Ot, gdybanie.

Bonifikat czar

Jak wiemy, mniej więcej miesiąc temu Justyna Kowalczyk wygrała Tour de Ski, mając łącznie 28 sekund przewagi nad Bjoergen i prawie 4 minuty nad Johaug. Czy na pewno była jednak najszybszą narciarką imprezy, skoro za osiągnięcia na poszczególnych etapach odjęto jej łącznie z czasu 4 minuty i 4 sekundy?

Tour de Ski – jak już nazwa wskazuje – jest inspirowany wieloetapowymi wyścigami kolarskimi. Nie w każdym takim wyścigu stosuje się bonifikaty, ale przyzwyczaiłem się do nich jeszcze w czasach chwały Wyścigu Pokoju – otrzymać je można zarówno za wysokie miejsce na mecie, jak i na specjalnych punktach na trasie. W narciarskim Tourze stosuje się oba te warianty, a dodatkowo miejsca w biegach sprinterskich są przeliczane na sekundy bonifikat (przy czym tu nie każdy może wie, że w sprintach do wyniku łącznego wlicza się wyniki z eliminacji).

Nasuwa się też taka refleksja, że w odróżnieniu od wyścigów kolarskich, gdzie wszyscy startują razem (etapom jazdy indywidualnej oczywiście odpowiadają biegi indywidualne), FIS dołożył do programu Touru (i innych takich mniejszych imprez wieloetapowych) także biegi na dochodzenie. Dla widowiskowości są one niemal niezrównane, ale tak naprawdę pomagają w zlikwidowaniu przewagi lidera wypracowanej na wcześniejszych etapach; gonić (zwłaszcza przy względnie niewielkiej przewadze) jest bowiem łatwiej niż uciekać, i w tym sensie są one w wieloetapówkach w pewnym sensie niesprawiedliwe.

Odpowiadając na początkowe pytanie, wystarczy sprawdzić, że Johaug na etapach zgromadziła minutę i 9 sekund bonifikat, a Bjoergen aż 3 minuty i 46 sekund. Przy czym gdyby bonifikat nie było, to zapewne niewiele zmieniłoby to w rozstrzygnięciu pomiędzy Bjoergen i Kowalczyk, bo ten pojedynek tak naprawdę – po ośmiu dniach rywalizacji – został rozegrany na Alpe de Cermis i całą przewagę Polka tam właśnie zbudowała. Inaczej mogłaby natomiast wyglądać rywalizacja z Johaug, która spokojnie mogłaby ograć na podejściu swoją rodaczkę (miała ponad minutę przewagi na tym etapie), a mając Kowalczyk w zasięgu wzroku… cóż, wygrać nie musiała, ale mógłby to być pasjonujący pojedynek, jak Kuitunen z Saarinen w 2009 roku.

Plan czteroletni

Jakoś mnie naszło na statystyki (za dużo sprawozdań sporządzam ostatnio) i popatrzyłem sobie na liczbę notek na blogu. Przed niniejszą było ich 926, więc ta będzie mieć numer 927. Do tysiąca zostaje jeszcze 73. 

Z wyliczeń statystycznych wynika, że średnio pisałem jedną notkę na dzień roboczy. I teraz mały problem – za osiem tygodni urodziny bloga, już czwarte, więc musiałbym prawie podwoić tempo, żeby na urodziny dobić do okrągłej liczby. Cóż, dwa lata temu się udało, więc i teraz by mogło:)

A w ostatnich tygodniach, nie przeczę, zapuściłem się trochę z pisaniem. Eee tam.