Z tyłu stawki

Tegoroczny sezon F1 chyli się ku końcowi (wiem, że matematycznie to dopiero dwie trzecie, zostało sześć wyścigów z dziewiętnastu), bo losy tytułów są właściwie przesądzone – nikt nie patrzy, czy ktoś dogoni Sebastiana Vettela, tylko raczej się wszyscy zastanawiają, po którym wyścigu zapewni on sobie tytuł mistrzowski (czwarty z rzędu), sobie i zespołowi, powstrzymać go może tylko cud lub ortopeda. Ponieważ walka o drugie miejsca jest mniej zajmująca (choć o wygraną w poszczególnych wyścigach niezmiennie), postanowiłem spojrzeć w nieco szerszej perspektywie. 

Oczywiście, mógłbym pisać tu o walce o piąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów (ma znaczenie mierzone kilkoma milionami dolarów wyższej nagrody na koniec sezonu), albo zastanawiać się nad tym, jak blisko tegorocznym debiutantom z Saubera i Williamsa do zdobycia pierwszego punktu w karierze (ocierali się parokrotnie). Zajmę się jednak rywalizacją toczoną na samym dole, między kierowcami dwóch najsłabszych zespołów. Najsłabszych, bo na palcach jednej ręki można policzyć przypadki, kiedy w tym sezonie kierowca silniejszego zespołu minął linię mety później niż którykolwiek z czwórki tych z tyłu (nie liczymy przypadków, kiedy zakończył wyścig nie dojeżdżając do mety, oczywiście).

Przyjrzałem się szczegółowo wynikom osiąganym przez kierowców zespołów Marussia i Caterham. Ponieważ nie zdobyli jeszcze oczywiście żadnych punktów w tym sezonie (żaden z tych zespołów nie zdobył choćby punktu w swojej historii..), o ich kolejności rozstrzygają zajęte miejsca. Jeżeli więcej niż jeden zawodnik zdobył dane miejsce w wyścigu, decyduje to, który ma tych miejsc więcej. Jeżeli mają po tyle samo danych miejsc – decydują kolejne najlepsze miejsca… i tak da capo al fine (czyli do ustalenia kolejności). I przyznam, że o kolejności między nimi decydują zaskakująco fascynujące drobiazgi.

Prowadzi Jules Bianchi z Marussi, dzięki zajętemu w jednym z wyścigów jednemu jedynemu trzynastemu miejscu. Pozostała trójka potrafiła – każdy po jednym razie – doskoczyć jedynie do miejsca czternastego, więc dalszą kolejność ustalamy na podstawie następnych najlepszych wyników. Niewątpliwie najsłabszy jest drugi zawodnik Marussi, Max Chilton, którego drugim najlepszym wynikiem jest jedno jedyne miejsce szesnaste, podczas gdy zawodnicy Caterhama meldowali się parokrotnie na miejscu piętnastym – każdy z nich po dwa razy. Patrzymy dalej – i Charles Pic, i Giedo van der Garde dojeżdżali dwukrotnie na miejscu szesnastym (a więc mają po pięć identycznych najlepszych wyników…) I dopiero potem nadchodzi rozstrzygnięcie – Pic cztery razy dojechał na miejscu siedemnastym, van der Garde – pięć razy na osiemnastym. A więc kolejność w formie tabelarycznej (w nawiasach liczby poszczególnych miejsc):
1. Bianchi    (1×13, 2×15, 2×16, 1×17, 3×18, 2×19)
2. Pic  (1×14, 2×15, 2×16, 4×17, 1×18, 1×19)
3. van der Garde (1×14, 2×15, 2×16, 5×18, 1×21)
4. Chilton  (1×14, 1×16, 5×17, 4×19, 2×20) 

Oczywiście, w klasyfikacji kierowców ta kolejność ma znaczenie li tylko honorowe. Ale te same miejsca decydują też o kolejności w klasyfikacji konstruktorów, i o możliwości uzyskania nagrody za dziesiąte miejsce w tejże… To jedno trzynaste miejsce Bianchiego może być warte miliony dolarów. Może być, bo wystarczy jeden wyścig pełen zawirowań (na starcie stają zwykle 22 samochody, a więc musiałoby być ze siedmiu pechowców), żeby tę klasyfikację odwrócić, walka będzie trwała do samego końca. W zeszłym roku Caterham wyprzedził Marussię w ostatnim wyścigu, kiedy w końcówce Witalij Pietrow w swoim Caterhamie wyprzedził Charlesa Pica (wtedy Marussia) w walce o jedno jedyne jedenaste miejsce w sezonie…

Notka opublikowana równolegle na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl

Rekord tysiąclecia

Rekordy lekkoatletyczne w wielu konkurencjach są wyśrubowane tak mocno, że trudno je dziś pobić. Przyczyny tego mogą być przeróżne: czasem rekordy były ustanawiane w szczególnie sprzyjających warunkach, jak w przypadku legendarnego skoku Boba Beamona w Meksyku; czasem były ustanawiane przez niepowtarzalne talenty, takie jak Michael Johnson, Jan Żelezny czy Siergiej Bubka; czasem zaś – trudno ukrywać – autorzy rekordów byli beneficjentami systemów niedozwolonego wspomagania, tutaj uprzejmie nazwiska pominiemy (nawet tych, którzy dziś już publicznie zostali uznani za nieuczciwych). 

Jako że w wielu konkurencjach rekordy zostały ustanowione w ubiegłym stuleciu i mimo wysiłków wielu atletów trzymają się mocno (choć niejeden raz wiele już nie brakowało), trudno jest odnotować coś nowego w tabelach. Oglądamy więc wiele informacji o pobiciu przez zawodnika najlepszego wyniku, sezonu, rekordu życiowego, czy o osiągnięciu najlepszego wyniku w sezonie (bo nawet rekordy mistrzostw świata czy olimpijskie bywają nazbyt wyśrubowane), co jednak wydaje się niedostateczne dla podkreślenia osiągnięć spektakularnych. 

Takie refleksje nachodziły mnie dziś przy oglądaniu transmisji z moskiewskiego konkursu trójskoku mężczyzn. Francuz Tamgho jako trzeci w historii przekroczył granicę 18 metrów, wynik niewidziany od czasów wielkiego Jonathana Edwardsa, a i to raczej sprzed roku 2000 niż później. Kalendarz pozwala jednak na określenie tego w sposób dość pompatyczny, jako najlepszego wyniku w tym stuleciu, a nawet (bo czemu mamy żałować) tysiącleciu, zobaczymy ile jeszcze zaczekamy na dzień, w którym rekord stulecia stanie się zwyczajnie rekordem świata. Bohdan Bondarenko po ustanowieniu rekordu tysiąclecia w skoku wzwyż (na mistrzostwach go wyrównał) atakował już dwudziestoletni rekord Sotomayora, na razie jeszcze to ponad jego możliwości, ale już widać światło.

Przedwczoraj rosyjski skoczek w dal Aleksandr Mienkow osiągnął jedynie najlepszy wynik dekady, ale ten rekord akurat może się długo nie ostać. 

Tłusta dogrywka

Przed półfinałowym meczem Pucharu Konfederacji Hiszpania-Włochy nastawienia były różne, w wymianie złośliwości na Facebooku snuły się rozważania, czy Hiszpanie wyrównają, czy pobiją wynik z finału Euro. Tym większe było potem zaskoczenie oczywiście, jak się okazało, że to raczej Włosi wiszą Hiszpanom na gardle, a nie na odwrót. Bramki jednak nie padały, do przerwy ani jednej, po przerwie też się sytuacja nie chciała poprawić, coraz bardziej pachniało dogrywką, przez głowę przemknęła myśl (irracjonalna), na ile jest możliwe, żeby taka goleada zaistniała w samej dogrywce.

W dogrywkach dziać się mogą różne rzeczy. Czasem względy regulaminowe nie pozwalają na zbyt wiele, jak w czasach obowiązywania złotych goli, kiedy to jedno kopnięcie kończyło zabawę (choć sama dogrywka mogła być wtedy emocjonująca, jak choćby w pamiętnym finale Pucharu UEFA z 2001, kiedy to dopiero trzeci gol okazał się być prawidłowym i złotym, i dał Liverpoolowi zwycięstwo 5-4 nad Alaves). Często drużyny grają raczej na przetrwanie, „byle do karnych”, jak w dzisiejszym meczu o 3 miejsce Pucharu Konfederacji między Włochami a Urugwajem. Czasem natomiast piłkarze robią co mogą żeby jednak przed karnymi skończyć i wtedy powstają spektakle niezapomniane. Przecudny finisz półfinału Euro 1984, zakończony desperacką akcją Tigany i golem Platiniego w ostatnich sekundach, trzecim w ogóle w tej dogrywce. A dwa lata wcześniejszy półfinał, tym razem grany przez Francuzów z Niemcami, pamiętany jest przecież głównie za sprawą incydentu Battistona z Schumacherem, pomimo przecież czterech aż goli strzelonych w dogrywce, w tym dającej remis przewrotki Fischera. 

Cztery gole… o tylu przecież myślałem w kontekście tego półfinału PK, oczywiście nie ziściło się to nawet w 25 procentach. Teraz myślę sobie, kiedy w jakichś poważnych rozgrywkach w dogrywce padło więcej goli niże te cztery? Trzydzieści lat oglądam futbol, i nie pamiętam…

Cztery drugie?

Robert Lewandowski zajął w Bundeslidze z Borussią Dortmund drugie miejsce. 

Robert Lewandowski zajął w tabeli strzelców Bundesligi drugie miejsce (wyrównał tym samym osiągnięcie Jana Furtoka z 1991 roku, choć strzelił od niego więcej goli).

Robert Lewandowski ma gwarantowane co najmniej „drugie miejsce” w Lidze Mistrzów.

Robert Lewandowski prawie na pewno zajmie co najmniej drugie miejsce w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów (może je stracić tylko w przypadku, gdy nie strzeli dwóch goli w finale, a Thomas Mueller trafi wtedy o trzy razy więcej). 

To tylko takie luźne rozważania, bo Rafał Stec popsuł mi plany napisania sensownej analizy szans Lewandowskiego na… co najmniej drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki FIFA.

Na drugie miejsce Lewandowskiego w eliminacjach mistrzostw świata jakoś się nie nastawiam…

Statystycznie magicznie

Jak powszechnie wiadomo, odkąd istnieje Liga Mistrzów w miejsce starego poczciwego Pucharu Mistrzów (czyli oficjalnie od sezonu 1992/93, choć już rok wcześniej mieliśmy fazę grupową), nikomu nie udało się zdobyć tego trofeum dwa razy z rzędu, choć we wcześniejszym formacie obrona tytułu nie była niczym nadzwyczajnym, nawet w warunkach recydywy (ostatni raz Milan w roku 1990). 

Łatwiej idzie w Lidze Europy (dawniej: Puchar UEFA i inne), nie dalej niż sześć lat temu tytuł obroniła Sevilla, zapewne największym problemem dla każdego zwycięzcy jest zakwalifikować się ponownie – czytaj: nie zakwalifikować się do Ligi Mistrzów (chyba że z tejże uda się do Ligi Europy wylecieć). Ci, którym się ta sztuka nie uda, mają z kolei szansę na wygranie dwóch pucharów po kolei, najpierw Ligi Europy, potem Ligi Mistrzów, udało się to już Porto w latach 2003 i 2004…

Lada moment Chelsea stanie przed niepowtarzalną może okazją zapisania się w historii europejskiego futbolu jako pierwszy klub, który zdobył rok po roku dwa trofea – najpierw wygrał Ligę Mistrzów, a potem Ligę Europy (oczywiście, kiedyś w ogóle nie było to do pomyślenia, bo zdobywca Pucharu Mistrzów nie miał prawa w następnym sezonie wystąpić w jakimkolwiek innym pucharze…). Szansa wydaje się duża, bo ich rywal w ciągu ostatnich pięćdziesięciu (cyfrowo: 50) lat przegrał wszystkie sześć (cyfrą: 6) finałów, w których wystąpił.

Dodam jeszcze, że wszystkie te dublety staną się jeszcze trudniejsze, jeśli kiedykolwiek zostanie wcielony projekt jeszcze większego połączenia pucharów. Chyba żeby wtedy też zrobili puchar pocieszenia dla tych, co zajęli trzecie miejsca w grupach (ciekawe, czy byłby popyt na takie rozgrywki, wśród drużyn i wśród widzów). 

Wiemy, że nic nie wiemy

Po półfinałach Bayern-Barcelona statystycy nie potrafią się doliczyć, kiedy to ostatnio w półfinale Pucharu/Ligi Mistrzów ktoś wygrał/przegrał siedmioma golami, Ledwo się dokopali, że jakieś 30 lat temu Bayern strzelił w tej fazie siedem goli Bułgarom. 

Nie wiem, czy równie łatwo przyszłoby komukolwiek znalezienie rocznika, w którym w półfinałach najważniejszego pucharu padłoby łącznie czternaście (cyframi: 14) goli. Nawet można szukać w tych mniej ważnych pucharach, też jakoś wątpię. 

I to wszystko w efekcie daje zaskakujący wewnątrzniemiecki finał (w LM pierwszy, czy w PEMK był jakiś… proszę o wybaczenie że o tej porze nie sprawdzam), którego wynik jest sprawą otwartą, pomimo że Bayern pokonał w tym roku Borussię na wszystkich możliwych frontach. Poza tym jednym, oczywiście. Dlatego będzie faworytem – do pierwszego gwizdka. 

A po półfinałach i tak najciekawsze zostaje pytanie, kogo półfinaliści kupią przed następnym sezonem (pytanie „kogo sprzedadzą” może być równie dobrze uzasadnieniem tego najciekawszego pytania, co i jego implikacją). 

Dzielić, nie dzielić – o reformie rozgrywek

W piłkarskiej ekstraklasie szał, reforma goni reformę, zanim poprzednią zdąży się porządnie rozczytać. Nikt nie zadaje sobie kluczowego pytania: i po co panie to wszystko? (to znaczy może i zadaje, ale nieszczególnie się przykłada do odpowiedzi).

Pierwsza odpowiedź na pytanie „po co” brzmi „żeby było więcej meczów”. Oczywiście ten problem najłatwiej rozwiązać powiększając ekstraklasę do 20 drużyn (jak w Hiszpanii czy Anglii) i mamy bez kombinowania po 38 meczów w sezonie. Zazwyczaj w tym miejscu przywoływany jest szybko argument „ale nie mamy aż tylu drużyn spełniających wymogi” – który jednak jest argumentem obrzydliwie bałamutnym (żeby nie powiedzieć, że pełnym hipokryzji), bo w obecnej 16-zespołowej lidze również bez trudności znajdzie się outsiderów, którzy de facto nie przystają do (oczekiwanego) poziomu ekstraklasy. 

Pojawia się wreszcie argument najbardziej sensowny, ale i wymagający uwagi – a mianowicie „chęć ograniczenia ilości spotkań bez znaczenia”. Pozornie jest to argument mądry – spotkania „o nic” nie są interesujące ani dla kibiców, ani telewidzów, ani sponsorów, a na dodatek zmniejsza (potencjalnie) liczbę spotkań ustawianych („wy potrzebujecie, nam już nie zależy…”). Przyjrzyjmy mu się jednak przez moment w kontekście rzeczywistości. Gdyby proponowany system obowiązywał w poprzednim sezonie (wiem, że to niewielka próba statystyczna), to w grupie „mistrzowskiej” już na rozpoczęcie rundy dodatkowej drużyny z miejsc 6-8 do miejsca dającego awans do pucharów traciłyby od 7 do 10 punktów (mając siedem meczów przed sobą). Prawdopodobieństwo, że cokolwiek by zwojowały.. nie jest duże, a w każdym razie przynajmniej niektóre z nich po 2-3-4 meczach miałyby jasność, że nie grają już o nic (po co była ta reforma…) Jeszcze gorzej to wygląda w grupie spadkowej – na starcie drużyny z miejsc 9-11 miały po 15-16 punktów przewagi nad strefą spadkową, a nawet te z miejsc 13-14 miały po 7 punktów przewagi, jakoś byłbym dziwnie spokojny, że dałyby radę ją utrzymać. Frekwencja na takich meczach byłaby z pewnością oszałamiająca…

Częściowym rozwiązaniem problemu mogłaby być tylekroć wyśmiana redukcja punktów (tak na marginesie jej mniej kontrowersyjną wersją byłoby podwajanie punktów w decydującej rundzie), gdyż znane z różnych rozgrywek pominięcie punktów uzyskanych w meczach z drużynami, które skończyły w „tej drugiej” grupie mogłoby prowokować do „dziwnych” wyników w fazie przed podziałem na grupy („co nam za różnica czy wygramy czy przegramy, skoro punkty się nie będą liczyć w grupie, a już wiemy w której zagramy”). Byłby to jednak mimo wszystko półśrodek nie rozwiązujący istoty problemu, bo jednak mecze bez stawki by pozostały, a nie o to chodzi, żeby kopać dla samego kopania. Rozwiązanie jest proste i wymaga pójścia znacznie dalej w dotychczasowym kierunku – a więc dzielić jeszcze bardziej. Zamiast dzielenia ligi na pół po sezonie, żeby ją dograć w męczarniach, podzielmy ją istotnie na pół – tworząc grupę podstawową (miejsca 9-14 plus beniaminkowie) i grupę elity (1-8). W każdej z grup drużyny (wszystkie wciąż w ekstraklasie) grają ze sobą cztery rundy, łącznie 28 spotkań każda, a potem grupa ulega podziałowi na kolejne dwie grupy, nazwane dla uproszczenia mistrzowską i spadkową (nietrudno policzyć, że czterozespołowe), być może dla urozmaicenia z podwójnymi punktami. I teraz tak:
– grupa mistrzowska elity gra o mistrzostwo i miejsca pucharowe, zatem gra o stawkę trwa (teoretycznie przynajmniej) do samego końca,
– grupa spadkowa elity gra o utrzymanie się w elicie – jedna drużyna spada do grupy podstawowej, dwie grają w barażach, zatem stawka pozostaje do końca,
– grupa mistrzowska podstawowa gra o awans do elity (zwycięzca bezpośrednio, dwaj następni w barażach), zatem gra o stawkę trwa do końca, 
– grupa spadkowa podstawowa gra o utrzymanie w ekstraklasie – dwie drużyny spadają, jedna gra w barażach, zatem gra o stawkę…

W ten oto sposób zwiększamy liczbę meczów do 34 w sezonie, praktycznie do końca wszyscy grają o coś, faktycznie możemy oddzielić potentatów (którzy powinni spełniać wyższe wymagania) od jedynie aspirantów, którzy zarazem marketingowo są w lepszej pozycji (że jednak w ekstraklasie) i zróżnicować wpływy z transmisji (proszę przy tym bez bajek, że Legia woli zagrać dwa mecze z Lechią od dwóch dodatkowych z Lechem) – i wciąż łechtać sobie ego, że mamy „normalnej wielkości” najwyższą ligę… Widzę tylko jeden problem: jeżeli polski futbol poprawi pozycję w rankingu UEFA, to czterozespołowa grupa mistrzowska może przestać być wystarczająca – kiedy cała czwórka będzie mieć pewny awans do europejskich pucharów… ale z tym problemem pewnie też sobie jakoś poradzimy.

Wice-Prezes

Rzeknę tak chłopsko-filozoficznie, że nasza liga jest jaka jest i grają w niej tacy piłkarze, jacy grają. Geniuszy trudno się spodziewać, kto zdolniejszy to zwykle szybko się wyprowadza, a jak pogra gdzieś na poważnie, to rzadko kiedy wraca. Trudno więc w tej naszej lidze spodziewać się zawodników wybitnie utytułowanych. 

Owszem, w zamierzchłych czasach, przed Bosmanem i Mazowieckim, występowało w tej naszej lidze dość paru medalistów mistrzostw świata (choć wszyscy z medalami za miejsce trzecie), jak również mistrzów i wicemistrzów olimpijskich (często to ci sami co poprzednio wymienieni). Turniej olimpijski cieszy się jednak w świecie futbolowym niezmiennie mniejszym poważaniem, kiedyś jako turniej dla amatorów (formalnie), dziś jako turniej dla młodzieży, zdecydowanie przegrywając z mistrzostwami świata czy nawet mistrzostwami kontynentów. Mistrzów świata jako żywo przypomnieć sobie w naszej lidze przypomnieć nie umiem, co najwyżej jeden mistrz świata przyjeżdżał do naszych sądów; wicemistrzów świata też skojarzyć nie umiem, mistrz Europy czy Ameryki Południowej też mi do głowy nie przychodzi…

Tej wiosny koszulkę Górnika Zabrze wciąż przywdziewa Prejuce „Prezes” Nakoulma. Jakby na to nie patrzeć, jest w tej chwili najbardziej utytułowanym w polskiej lidze zawodnikiem, jeśli chodzi o futbol reprezentacyjny. Nieoczekiwany (acz moim zdaniem w pełni zasłużony) tytuł wicemistrza Afryki to osiągnięcie, za którym daremnie wzdychają inni zatrudnieni w polskiej ekstraklasie. I jest on… prawie najbardziej utytułowanym w polskiej lidze kiedykolwiek (zachowując powyższą hierarchię). Prawie, bo jednak występował już w polskiej lidze zawodnik mający na koncie tytuł wicemistrza Europy, okraszony na dodatek jednym z europejskich pucharów; miał też szansę na medal mistrzostw świata, ale na drodze stanęli mu… Polacy. Któż to taki?

Piąte miejsce

Piąte miejsce wygląda nieźle (o ile stawka jest większa niż pięciu startujących), choć medalowe nie jest. Piąte miejsce na mistrzostwach świata wygląda już całkiem nieźle, choć niedosyt pozostaje. Piąte miejsce w klasyfikacji medalowej mistrzostw świata… to wygląda, że serce rośnie. Piąte miejsce w klasyfikacji mistrzostw świata na równi z takimi biathlonowymi potęgami jak Rosja i zwłaszcza Niemcy – aż trzeba się bać, że za chwilę odlecimy z dumy. 

Cała klasyfikacja mistrzostw wygląda zresztą niezmiernie interesująco – w cuglach wygrała ją Norwegia, ale to głównie zasługa Svendsena i Berger (razem 7 medali indywidualnie z 11 zdobytych), dla drugiej Francji trzy z pięciu medali zdobył Martin Fourcade (oczywiście ci multimedaliści wydatnie przyczynili się do kolejnych medali w sztafetach). Paradoksalnie najrówniejsza okazała się być drużyna Ukrainy (czy raczej jej żeńska część), w której pięć medali rozłożyło się na trzy zawodniczki (i drużynę). Poza tą trójką żadna reprezentacja nie zdobyła więcej niż dwa medale. Polska wyprzedziła choćby utytułowaną ekipę Szwecji czy czeskich gospodarzy, tylu medali na raz nie zdobyła chyba nigdy.

Nie byłoby tych wyliczeń, gdyby nie dzisiejsza wspaniała niespodzianka sprawiona przez startującą jeszcze w zeszłym roku wśród juniorów Monikę Hojnisz, która dzięki znakomitemu strzelaniu pewnie dobiegła na trzecim miejscu. Wydawało się, że będzie o to miejsce walczyć z Krystyną Pałką, ale ta traciła siły z każdą chwilą i w końcu jeden jedyny strzał okazał się niecelny (wystarczyło na siódme miejsce). Bohaterki zasługują jednak na pełne uhonorowanie.

Monika Hojnisz medalistka biathlon Nove MestoMonika Hojnisz z medalem (zdjęcie Petr Josek, Reuters, za sport.pl)

Katarzyna Pałka wicemistrzyni świata biathlon Nove MestoKrystyna Pałka z medalem (zdjęcie PAP/EPA, za interia.pl)

To jest turniej dla długowiecznych

Ten turniej ma już ponad 60-letnią historię i przez cały ten okres właściwie polega na tym samym: trzeba oddać osiem dobrych skoków w półtora tygodnia, na czterech różnych (i wciąż się od siebie różniących) skoczniach. Niezmiennie jest nieprzewidywalny, murowani faworyci w nim nie istnieją, w ostatnich dwudziestu edycjach jedynie dwóch zawodników potrafiło wygrać więcej niż raz, obrona tytułu następuje średnio raz na dekadę. 

Od jakiegoś czasu Turniej premiuje wytrwałość przekraczającą dekadę, być może to efekt także i wydłużających się karier zawodniczych (choć nowych nigdy nie brakuje). Od czasów Weissfloga, dawnego hegemona Turnieju, którego od pierwszego do ostatniego zajęcia miejsca na podium dzieliło długich trzynaście lat (w tym dwanaście od pierwszego do ostatniego triumfu), już kilku zawodników też pokazało taką długodystansową formę, a Ahonen nawet potrafił rekord Weissfloga przebić, śrubując go do piętnastu lat. Patrzę na statystyki i zastanawiam się, kto w tym roku potrafiłby błysnąć taką długowiecznością: Martin Schmitt, walczący o zakwalifikowanie się w ogóle do drużyny? A może Noriaki Kasai, który ustanowiłby rekord nad rekordy, bo 20 lat minie w tym roku od jego pierwszego podium? Z bieżącej czołówki najdłuższy staż ma Morgenstern (osiem lat „na podium”, Schlierenzauer sześć), w sumie przyszłość wciąż przed nimi. 

Kto w tym roku? Od sześciu sezonów za każdym razem jest inny zwycięzca, Austriacy już chyba kolejnego kandydata nie mają, ale Simon Ammann wciąż czeka na swoją kolej (jako pierwszy Szwajcar w historii), Niemcy i Norwegowie też czyhają. A i my się nie pogniewamy, jak wszystkich znienacka pogodzi Kamil Stoch…