Hazardowe strzelanie

Dziś Wielki Mecz Pustych Trybun, emocje jak na pustych trybunach, zostało zabawianie się grami hazardowymi. Tyle że… po pierwszym meczu prawdopodobieństwo, żeby madryckim się szczególnie chciało dokopać do dwucyfrówki jest znikome (bo dla kogo), w Legiolotka już obstawiłem, co by tu jeszcze? Zgadywać ile trafi Cristiano?

O, i tu pojawia się pewna myśl. Po losowaniu były tu i tam głosy, że losy rywalizacji o króla strzelców Ligi Mistrzów rozstrzygną się w fazie grupowej, bo jak Aubameyang rozpocznie wyścig z Ronaldo… A tu na razie CR7 ma raptem dwa gole w trzech meczach, a Aubameyang – trzy.

I tu wchodzi Legia, cała na.. nie wiem się ten kolor nazywa, poligonowy chyba. Pewnie mało kto zwrócił uwagę na taki mały rzadki wyczyn, że w dotychczasowych trzech meczach fazy grupowej Legia straciła 13 goli (nie wiem czy to już jakiś rekord), i te 13 goli strzeliło 13 różnych zawodników (to już pewnie jest); w fazie eliminacyjnej zresztą też żaden piłkarz nie strzelił Legii więcej niż jednego gola, ale skoro z żadną drużyną nie stracili w dwumeczu więcej niż jednego, to się to rozumie samo przez się.

Przypomnijmy dla porządku: Goetze, Papasthopoulos, Bartra, Guerreiro, Castro, Aubameyang, Ruiz, Dost, Bale, Jodłowiec, Asensio, Vasquez, Morata. Który z nich jako pierwszy trafi po raz drugi? Czy dokona tego jakiś zawodnik, którego jeszcze nie ma na tej liście? Który gol stracony przez Legię w fazie grupowej będzie pierwszym drugim golem strzelonym Legii przez jednego zawodnika? Można obstawiać.

Ja stawiam na Jodłowca.

Co mówi historia

O stylu nie mówmy. Pewnie, lepiej się ogląda efektowne, pewne, wysokie zwycięstwa, ale liczy się to co na koniec dnia, nieważne czy od zaciskania bolą nas pięści, zęby czy coś jeszcze innego. Cel minimum osiągnięty, gramy w drugiej rundzie, skład taki jak dziś się raczej nie powtórzy.

Dwa zwycięstwa, remis, bez straconego gola. Porównałem to z innymi wielkimi imprezami – wiadomo, z żadnymi mistrzostwami Europy nie ma co, igrzyska olimpijskie to też nie do końca ta para kaloszy, z mundiali mamy jednak solidną próbę porównawczą. Przynajmniej tych z XX wieku…

W 1986 roku w Meksyku w grupie skończyliśmy laniem od Anglików, wyszliśmy, ale co to za wyjście.
W 1982 roku w Hiszpanii w grupie nie przegraliśmy, ale zaliczyliśmy dwa remisy, straciliśmy gola. 
W 1978 roku w Argentynie w grupie ograliśmy 1-0 słabą drużynę, bezbramkowo zremisowaliśmy z Niemcami (federalnymi), skończyliśmy zwycięstwem, choć ze stratą gola.
W 1974 roku w Niemczech pracowicie ograliśmy wszystkich.

Niech każdy oceni, do której imprezy nam bliżej. Ćwierćfinał jak w 1978 wcale nie byłby zły, czy z Hiszpanią, czy z tym kimś, kto Hiszpanii da odpór.

Euro, raj dla matematyków

Nie lubię tego systemu rozgrywek, jaki mamy w tym roku na Euro (wcześniej mieliśmy go na mundialach). W ogóle zresztą nie lubię tych systemów, w których liczba uczestników nie jest potęgą dwójki – wolałem Euro z 16 uczestnikami i dlatego pasuje mi mundial z 32 uczestnikami.

System ten powinni natomiast kochać fani matematyki – próba ustalenia kto ma szanse awansować, z jakiego miejsca, i (zwłaszcza) z kim będzie grać, jest daleka od możliwości percepcji przeciętnego kibica. Na razie wiadomo na pewno, że odpadły dwie drużyny (po dwóch kolejkach i zakończeniu trzeciej w jednej tylko grupie). Reszta będzie się wyjaśniać z każdą minutą, wiadomo, że niezmiernie niskie są szanse na odpadnięcie Polski, ale nie jest to niemożliwe (jak słusznie zauważył Rafał Stec – odwrotnie niż zazwyczaj, kiedy liczyliśmy szanse i zdarzenia niezbędne do tego, by zostać w grze). 

Policzyłem dziś rano, że Polska może odpaść, jeśli spełnią się łącznie następujące warunki:
– Słowacja wygra lub zremisuje z Anglią,
– Walia przegra lub zremisuje z Rosją,
– Polska przegra z Ukrainą,
– Niemcy przegrają z Irlandią Północną, 
– Hiszpania wygra z Chorwacją,
– Czechy wygrają z Turcją,
– Belgia zremisuje ze Szwecją,
– Irlandia wygra z Włochami,
– Portugalia wygra z Węgrami,
– Austria wygra z Islandią.
W takim układzie we wszystkich grupach od B do F na trzecim miejscu znajdzie się drużyna z czterema punktami i będzie decydować różnica bramek. Jaka jest szansa na to, że różnica bramek spowoduje spadek Polski na trzecie miejsce w grupie i na piąte miejsce w tabelce pomocniczej? Nie wiem i nie będę próbował zgadywać. Na szczęście już dziś wieczorem wyniki w grupie B mogą ją zmniejszyć do zera (choć i tak zakładam, że ten najważniejszy warunek chłopaki załatwią we własnym zakresie).

 

Tortury jąder

Aj. To było straszne przeżycie. Wszedłem sobie z głupia frant wczoraj do statystyk bloksowych, zobaczyć co tam ciekawego słychać. Interesuje mnie to bardziej w kategoriach, powiedziałbym, jakościowych niż ilościowych, bo mniejsze znaczenie ma ilość wejść (z której i tak nic mi nie wynika, i która – podejrzewam – jest na różne sposoby zafałszowana, ale mniejsza z tym, bo i tak z tego nic nie wynika), za to ciekawsze jest, skąd czasem ktoś zagląda. Przypomina to różne stare tematy i dyskusje, czasem przypomina o dawno niewidzianych (także: nieodwiedzanych) znajomych, przynajmniej internetowych, czasem pozwala zbłądzić w jakiś interesujący zakątek internetu, a czasem informuje, że jakaś Zapiskowa myśl zdobyła gdzieś popularność (została zalinkowana), zwykle w ten sposób dowiadywałem się, że administracja zrobiła mi kawał i podlinkowała Zapiski.. gdzieś na głównej stronie. Czasem też widzę, czego ludzie szukają w internecie czy na samym tylko Bloksie, w tym miesiącu na samym tylko Bloksie znaleziono mnie po hasłach „księgi wieczyste”, „kurator sądowy”czy „wniosek do komornika”.

No i właśnie. We wczorajszych statystykach jak byk widniało, że ktoś wyszukiwał na Bloksie hasła „tortury jąder” (nawet nie potrafię napisać tej frazy bez pomyłki, bo mi palce drżą). Przeraziłem się: jakim cudem wyszukiwarka u mnie coś takiego znalazła? Aż przeszedłem  do tej wyszukiwarki, wpisałem frazę – i nie było Zapisków.. w wynikach wyszukiwania. Co znalazłem, nie będę za bardzo relacjonował, ale jeden z wyników mnie bardzo zaskoczył, gdyż była to… recenzja filmu Gwiezdne Wojny – Zemsta Sithów, i nie chodziło o jakąś specjalną wersję reżyserską dostępną wyłącznie w trzecim obiegu, zawierającą ściśle tajną scenę 18+, tylko wyszukiwarka odnotowała występowanie obu słów kluczowych, choć w różnych zdaniach. 

Ten ostatni fakt doprowadził mnie w końcu do ustalenia, w jaki sposób komuś innemu wyszukiwarka mogła podpowiedzieć akurat Zapiski.. – oba słowa kluczowe faktycznie występują w jednej niewinnej w zasadzie notce (chyba muszę być w przyszłości ostrożniejszy w poetyce czy co). Ale skoro już można w taki sposób Zapiski.. znaleźć w wyszukiwarce, to właściwie co szkodzi, niech teraz po wieczne czasy różne gugle prowadzą do nich prosto (skoro i tak wynik jest nie na temat). W zasadzie już coś podobnego kiedyś robiłem 😉

Aczkolwiek rozglądam się za jakimś ochraniaczem, na wszelki wypadek.

Kary Pastora na Maxa

W Formule 1, jak pewnie w każdym sporcie, funkcjonuje system kar za rozmaite przewinienia przeciwko przepisom. Katalog kar jest dość urozmaicony – oprócz karnych sekund w trakcie wyścigu czy też obowiązku zjechania do boksów, są też kary przesunięcia na polach startowych, kary finansowe, możliwość skasowania niektórych wyników, dyskwalifikacji, zawieszenia oraz co jeszcze przyjdzie do głowy i zostanie uznane za właściwe (to ostatnie w oparciu o ogólny kodeks sportowy federacji). Do tego od dwóch sezonów funkcjonuje system przyznawania punktów karnych (podobny do znanego zwykłym kierowcom) – za przewinienie można dostać do trzech punktów, uzbieranie dwunastu w ciągu dwunastu miesięcy powoduje zawieszenie na jeden wyścig (nie trzeba ponownie zdawać egzaminu na prawo jazdy). 

W minionym sezonie w pewnej chwili z czystej ciekawości zacząłem podliczanie kierowcom różnych nakładanych na nich kar. Pominąłem przy tym kary nakładane za przekroczenie limitów wykorzystania skrzyni biegów (powinna wytrzymać sześć weekendów wyścigowych) oraz silników (cztery na sezon, temat rzeka, ilość dowcipów dotyczących kar za silniki w mclarenach już przekroczyła masę krytyczną), jako dotyczące sfery czysto technicznej. Pominąłem również kary za przekroczenie prędkości w boksach podczas treningów i kwalifikacji, gdyż są to kary czysto pieniężne, nie wpływające na przebieg wyścigów (natomiast rozmaite inne przewinienia w treningach czy kwalifikacjach kończyły się zarówno punktami karnymi, jak i karami pogarszającymi pozycję w wyścigu). 

Z takimi zastrzeżeniami, doliczyłem się w sezonie 2015 nałożenia na zawodników 40 kar. Asortyment przewinień był spory, aż 15 różnych rodzajów – dominowało „spowodowanie kolizji” (aż 12), oprócz tego po cztery razy karano za wyjazd poza tor w sposób dający przewagę oraz za przekroczenie prędkości w boksach. Z ciekawszych przypadków wymieniłbym także ukaranie za zajęcie niewłaściwego miejsca na polach startowych (takie proste, wydawałoby się, a dwa razy się zdarzyło…) oraz za zbyt wolną jazdę na rozgrzewce (nie widziałem sytuacji, więc nie będę próbował opisywać).

Napisałem już za co karano, pora napisać – kogo. Otóż spośród 21 kierowców, jacy wystąpili w wyścigach, ukarano aż siedemnastu (jak ktoś chce, może zgadywać skład czwórki „niewinnych”), z czego piętnastu zarobiło punkty karne. Rekordzistą jest uznany za objawienie sezonu „nieletni” Max Verstappen, który został ukarany aż sześciokrotnie, przy czym za każdym razem za coś innego (w tym za dość idiotyczne zachowania jak zatrzymanie niesprawnego bolidu na linii szybkiej jazdy oraz za ignorowanie niebieskich flag nakazujących przepuszczenie dublującego zawodnika), a na dodatek zgromadził za to osiem punktów karnych (czy to ma jakiś związek z faktem, że „cywilne” prawo jazdy zrobił dopiero podczas sezonu? chyba nie, bo będący w podobnej sytuacji Daniił Kwiat został ukarany tylko raz). Niemal rzutem na taśmę przebił w ten sposób wyniki „legendy” wyścigowego pitawalu Pastora Maldonado, który również zaliczył sześć kar, ale „tylko” za sześć punktów karnych; „Crashtor” w minionym sezonie dwukrotnie został ukarany za spowodowanie kolizji, ale – niejako wbrew swojej reputacji – nie spowodował tym wycofania żadnego rywala z wyścigu, za to kilkakrotnie był zmuszony zakończyć wyścig w wyniku ekscesów rywali, obaj mistrzowie świata z McLarena powiększyli przez to swoje konta punktowe (o punkty karne było im łatwiej niż o te mistrzowskie). 

O tym, że przewinienie przewinieniu nierówne, nie będę się rozpisywał, ale rozmiary kary zależały zarówno od okoliczności zdarzenia (kary za spowodowanie kolizji wahały się od 5 sekund i 0 punktów dla Alonso za popchnięcie Hulkenberga w Monako, aż do kary postoju w boksach i 3 punktów dla Raikkonena za zdemolowanie Bottasa na ostatnim okrążeniu w Soczi) oraz surowości składu orzekającego (z trzech kar za przekroczenie prędkości za samochodem bezpieczeństwa każda była inna). Na uwagę zasługuje fakt, że z tych 40 kar aż dziewięć nałożyli sędziowie na Hungaroringu, natomiast w czterech wyścigach skład sędziowski postanowił się w ogóle nie fatygować karaniem. Można powiedzieć: jak w sądzie. Można powiedzieć: jak w życiu…

Jak nudno byłoby bez mercedesów

Sezon 2015 dobiega końca, Hamilton zapewnił sobie trzeci tytuł (choć w drugim zespole), jego zespół zapewnił sobie kolejny tytuł mistrzowski – a do końca sezonu jeszcze parę wyścigów. To jest taki moment, kiedy emocje już opadają, kiedy rywalizacja staje się poniekąd o pietruszkę, o statystyki, o pojedyncze sukcesy indywidualne – wtedy jednych ogarnia znudzenie, a innych różne myśli w stylu „a co by było gdyby”.

Cztery lata temu w podobnej sytuacji popełniłem rozważania „a co gdyby Vettela nie było„. Parę miesięcy temu mignął mi gdzieś podobny tekst dotyczący tego roku, tyle że odnoszący się do całego zespołu Mercedesa, z bardzo interesującymi wnioskami. Poszedłem więc tokiem myślenia w tamtym artykule i przeliczyłem wyniki poszczególnych wyścigów (oraz zdobyte w nich punkty) celem ustalenia jak wyglądałby bieżący sezon, gdyby nie uczestniczyły w nim Srebrne Strzały. Wyniki.. były zgodne z wnioskami tamtego artykułu.

Gdyby więc Mercedesa nie było w stawce, to obecnie mielibyśmy niezmiernie pasjonującą walkę… o drugie miejsce wśród kierowców, Raikkonen, Massa i Bottas stale zmieniają się miejscami (chwilowo prowadzi ten trzeci). Po prowadzeniu od początku sezonu Ferrari na amerykańskiej ziemi ostatecznie przypieczętowałoby tytuł wśród konstruktorów. A tytuł mistrzowski? Vettel zapewniłby go sobie już w Japonii, na pięć wyścigów przed końcem, mając wtedy na koncie 11 zwycięstw w 14 wyścigach (dokładając później jeszcze dwa)…

Cieszmy się więc mimo wszystko z obecności Mercedesa w stawce i zapewnianej przez jego kierowców jeszcze do niedawna rywalizacji o tytuł mistrzowski. Bez niego moglibyśmy głównie cieszyć się pierwszym zwycięstwem Grosjeana oraz pierwszymi podiami Verstappena. Co ciekawe, nawet w takiej sytuacji do podium nie dałby rady doskoczyć uważany za utalentowanego Hulkenberg…

Siedem lat

Jak ten czas leci… rok po roku odhaczamy kolejne urodziny, dziś Zapiski świętują siódme. Pierwsza notka pojawiła się bladym świtem o 6:31, więc symbolicznie o tej właśnie godzinie wypadałoby świętować, ale – nie czarujmy się – nikt wtedy nie będzie miał do tego głowy.

Piszę raczej rzadziej niż częściej, zwłaszcza w porównaniu do lat zamierzchłych, jeśli piszę więcej niż raz dziennie to chyba z obawy, że potem zabraknie mi czasu i/lub zapomnę o czymś co mi się akurat głowy trzyma. W ostatnich dniach udało mi się jednak rozplanować troszkę (łącząc zaległe tematy z impulsami chwili), i tak oto nie bez dumy mogę ogłosić, że ta urodzinowa notka ma bardzo okrągły numer: 1500. Coś podobnego mi się już raz udało – pięć lat temu dokładnie w urodziny (drugie, gdyby komuś nie chciało się liczyć) pojawiła się notka numer 500.

Mówią, że blogi w czasach fejsbukoinstasnapchatłitów to już trochę przeżytek, zwłaszcza jak bez filmików. Cóż, mam wrażenie, że jednak wciąż czasem ktoś tu zagląda, może to tylko starsze pokolenia, w każdym razie każdemu gościowi, stałemu czy przelotnemu, dziękuję i życzę by znalazł tu coś dla siebie (po siedmiu latach sam już niekoniecznie pamiętam o czym przez ten czas pisałem). 

Ciekawe czy do ósmych urodzin Zapiski zmienią wygląd, dostosowując się do nowych szablonów Bloksa, innych przewidywań na najbliższy rok nawet nie próbuję…

O niesprawiedliwych punktacjach

Za nami przedostatni wyścig sezonu, został wielki finał w Abu Zabi. Jedna rzecz się wyjaśniła: nie grozi nam scenariusz określany jako największa możliwa niesprawiedliwość, Lewis Hamilton nie ma nad Nico Rosbergiem co najmniej 25-punktowej przewagi (teoretycznie mógł mieć nawet 49-punktową), co w myśl „tradycyjnej” punktacji dawałoby mu tytuł już teraz (słowo „tradycyjna” ujmuję w cudzysłów. gdyż klasyfikacja z 25 punktami za zwycięstwo w wyścigu obowiązuje dopiero od roku 2010). Ponieważ jednak w tym roku (być może tylko w tym) finałowy wyścig jest punktowany podwójnie, to rywalizacja o tytuł między kierowcami Mercedesa (reszta dawno została w tyle) jest wciąż otwarta, można jedynie uśmiechnąć się, że zawodnik, który zajmie siódme miejsce, zdobędzie więcej punktów niż kiedyś zwycięzcy.

Pomimo że pojedynek Rosberg-Hamilton rozegra się w sposób klasyczny, mano-a-mano (reszta będzie jedynie statystować, choć może przeszkodzić), nie brakuje i tak głosów, że ewentualne mistrzostwo Rosberga będzie jakieś takie „kalekie”, gdyż Rosberg będzie mieć w najlepszym razie sześć wygranych wyścigów w sezonie, a Hamilton już ma tych wygranych dziesięć. Krytycy zapominają jednak o tym, że nawet kiedy Rosberg przegrywał wyścig, to najczęściej dojeżdżał na drugim miejscu (ma ich rekordowe dziesięć), zgarniając punkty, podczas gdy Hamilton ma tych drugich miejsc zaledwie trzy. Obecna punktacja dość mocno promuje zwycięzców (chyba tylko punktacja 10-6-4-3-2-1 z lat 1991-2002 promowała ich silniej), ale nawet mimo to widać, że nie tylko zwycięstwa się liczą, w końcu klasyfikacja medalowa Ecclestone’a nie weszła w życie. I nie jest to nic nowego, choćby w sezonie 1982 Rosberg senior zdobył tytuł mając tylko jedno zwycięstwo w sezonie, podczas gdy aż pięciu rywali miało tych zwycięstw po dwa.

Szczególnie jednak odczuwam potrzebę przypomnienia sezonu 1958. Rozgrywano wtedy tylko 11 wyścigów, za zwycięstwo przyznawano ledwie osiem punktów (za drugie sześć, można było zdobyć punkt za najszybsze okrążenie), punktowało ledwie pięciu najszybszych kierowców. W wewnątrzbrytyjskim pojedynku najlepszy okazał się Mike Hawthorn, który wygrał tylko jeden wyścig, podczas gdy jego największy rywal Stirling Moss aż cztery (trzeci w tabeli – choć już z dużą stratą – Tony Brooks miał ich aż trzy). Hawthorn dodał do tego jednak aż pięć drugich miejsc, podczs gdy Moss tylko jedno, i ostateczny wynik brzmiał: Hawthorn 42, Moss 41.

Tu pojawia się dodatkowy smaczek dla dzisiejszych purystów. Obaj główni pretendenci startowali w dziesięciu wyścigach; Hawthorn ukończył osiem, Moss – tylko pięć. Gdyby Moss choćby jeszcze jeden raz dojechał „w punktach” (czołowa piątka, 2 pkt za piąte miejsce), to zdobyłby tytuł. W tym miejscu złośliwie pojawia się obowiązujący w tamtym sezonie przepis: otóż do klasyfikacji generalnej zaliczano tylko sześć najlepszych wyników, jedno piąte i jedno trzecie (!) miejsce Hawthorna byłyby bez znaczenia. Niech ktoś mi powie, czy podwójne punktowanie jednego wyścigu aż tak bardzo się różni od odrzucania punktów zdobytych w innym wyścigu? Oraz czy sprawiedliwsze byłoby mistrzostwo Hawthorna z jednym tylko zwycięstwem, czy (hipotetyczne) mistrzostwo Mossa z (powiedzmy) czterdziestoma kilkoma punktami podczas gdy Hawthorn w ukończonych wyścigach nazbierał ich 49, acz jedynie 42 liczyły mu się do klasyfikacji?

Oczekiwanie

Ostatnie dni upływały polskiemu światkowi futbolowemu pod znakiem oczekiwania na rozstrzygnięcie przez komisję odwoławczą UEFA odwołania złożonego przez Klub Profesjonalny* Legia Warszawa od decyzji o ukaraniu jej walkowerem za wpuszczenie na boisko zawodnika pauzującego za kartki (dziś wiadomo, że wątpliwości co do jego możliwości udziału w grze mieli prawie wszyscy z wyjątkiem osób odpowiedzialnych za pilnowanie, kto jest uprawniony do gry). Kiedy już decyzja została opublikowana (zgodna z oczekiwaniami rozumu), przeczytałem pod tekstem na portalu komentarz anonimowego internauty, niezmiernie życzliwego, że polską piłkę nożną należy zlikwidować, skoro nikt nie potrafi grać na światowym poziomie, a ostatni udział w finałach był 40 lat temu.

Zastanowiłem się chwilę, pogrzebałem w pamięci, poprawiłem w wykazach statystycznych. Istotnie, ostatni (jedyny zresztą) raz polski klub grał w finale europejskiego pucharu ponad 40 lat temu, dokładnie 44 (boję się wyciągać wnioski z tej liczby). Jak to się ma do innych europejskich krajów? Zostawiając na uboczu największych pucharowych tuzów jak Hiszpania, Anglia, Niemcy czy Włochy, ale i tych ciut pomniejszych, jak Portugalia, Holandia czy Francja, dochodzimy do wniosków dość zaskakujących. Gościliśmy bowiem oto na liście finalistów niedawno niewielką wszak Szkocję (2008), przebijającą się mozolnie do elity Turcję w roku 2000, zupełnie nie kojarzącą się ostatnio z futbolową jakością Austrię w roku 1996, rozpadającą się (dziś) Belgię w roku 1993. Rosja z Ukrainą – każde z osobna mogłoby uchodzić za spadkobiercę sukcesów klubów radzieckich – ostatnie występu w finałach notowały w latach 2008-2009, wciąż jeszcze Jugosławia w roku 1991. Kluby szwedzkie marzą o finale od roku 1987, rumuńskie o dwa lata krócej, a węgierskie (kto by dziś pomyślał) – dwa lata dłużej. Kluby z NRD… już nie czekają, Grecy rok tylko krócej od Polaków, a Czesi… nawet jeśli policzymy im występ słowackiego (czechosłowackiego wtedy) Slovana Bratysława, to czekają już lat 45. Nigdy w finale nie zagrali Norwegowie, Szwajcarzy, Bułgarzy… 

Mam nadzieję, że ta wyliczanka – z której właściwie wynika tylko tyle, że klasa futbolowa nie zależy bezpośrednio od częstotliwości występów w finałach europejskich pucharów – pozwoliła jakoś doczekać do długiego mimo wszystko weekendu.

*jeszcze niedawno to było KP Legia Warszawa, nie umiałem się powstrzymać od tej kpiny

Jak w boksie…

Jak w boksie, czyli nie o boksie, ale o futbolu oczywiście. W ramach przypływu sympatii do dzielnej reprezentacji Kostaryki i jej mundialowych bojów, szerokie uznanie zdobyła informacja, że to właśnie Kostaryka piastowała ostatnio tytuł nieoficjalnego mistrza świata. Wyjaśniam od razu, że to czysto statystyczna zabawa oparta na założeniu, że tytuł – jak w boksie – przechodzi w ręce zwycięzcy bezpośredniego pojedynku, kiedyś już o tym pisałem zresztą

W czasie publikacji tamtej notki nieoficjalnym mistrzem świata była Holandia, która swój tytuł miała stracić dopiero przegrywając prawdziwy tytuł mistrza świata (w finale mundialu z Hiszpanami). Od tamtej pory tytuł zmienił właściciela dobrych kilka razy, aż w końcu…

I tu robi się galimatias, jak w prawdziwym boksie zawodowym. Jak mniej więcej wiadomo, istnieje szereg organizacji bokserskich, takich bardziej poważnych i takich o których nawet fachowcy ledwo pamiętają, a każda przyznaje swój tytuł mistrza świata. Sprawdzając z głupia frant informację o tym kostarykańskim tytule, wszedłem na stronę, z której korzystałem kiedyś, i nie znalazłem tam potwierdzenia (bo i kilka miesięcy temu ktoś zaprzestał aktualizowania listy). Kiedy wrzuciłem hasło w wyszukiwarkę, trafiłem na zupełnie inną listę. Pierwszą firmuje (firmowała?) fundacja statystyków RSSSF, drugą – grupa zrzeszona pod szyldem UFWC. Na czym polega różnica między listami? Otóż w styczniu 2013 w Tajlandii w ramach Pucharu Króla odbył się mecz KRLD-Szwecja. Według oficjalnych statystyk FIFA, mecz ten nie jest uznawany za mecz reprezentacji A, w związku z czym Korea (tak, dobrze przeczytaliście) nie mogła stracić w nim „tytułu” mistrza. UFWC uznało go natomiast za oficjalny, opierając się na zapisanej w swoim FAQ zasadzie, że „w razie sporu podejmuje decyzję ostateczną. W efekcie – UFWC poprowadziło swoją listę, zgodnie z którą na mundial z tytułem przyjechał Urugwaj, a po pierwszym meczu… 

Kostaryka nie jest już na pewno mistrzem, ponieważ przegrała (nieważne że po karnych) z Holandią, kolejny mecz o tytuł już w środę. Trzymając się statystyk FIFA, nieoficjalnym mistrzem świata jest natomiast… Katar – nie, nie kupił tego tytułu od FIFA, dokładnie pół roku temu wygrał z Jordanią (po drodze był jeszcze Kuwejt). Najbliższy pojedynek w obronie tytułu odbędzie się dzień po finale mundialu, pretendentem będzie Indonezja. Ciekawe kiedy dojdzie do unifikacji…