10 z 18

Serial pt. powoływanie nowej Krajowej Rady Sądownictwa (niektórzy piszą z małej litery) powoli zbliża się do końca, na 15 miejsc w Radzie przeznaczonych dla sędziów zgłosiło się 18 kandydatów, podobno wszyscy zostali pozytywnie zweryfikowani, choć w jednym przypadku część sędziów miała wycofać swoje poparcie (wymaganych jest 25 podpisów sędziów lub 2000 podpisów obywateli), a w drugim jest problem ze stanem spoczynku (nie wiem, czy chodzi o stan spoczynku kandydata, czy o stan spoczynku sędziów go popierających), w każdym razie 16 to zawsze więcej niż 15, więc parlament stanie przed trudnym zadaniem wybrania najlepszych spośród zgłoszonych.

Zaskakująco dużą popularnością cieszyły się na Twitterze moje podliczanki dotyczące przekroju kandydatów w kontekście ich związków z władzą wykonawczą (otwartym tekstem: z ministrem sprawiedliwości). Mając kompletną listę postanowiłem już zrobić wyliczankę w sposób bardziej trwały, czyli nie tweetem, lecz notką na blogu. 

Kogóż zatem mamy wśród tych 18 odważnych? Dla lepszej przejrzystości w punktach:
– 6 (sześcioro) prezesów sądów nowopowołanych przez ministra, zwykle na podstawie ustawy pozwalającej na swobodne odwoływania i powoływanie prezesów, dotąd wybieranych przez sędziów danego sądu; 
– 1 nowopowołanego wiceprezesa sądu
– 1 żonę nowopowołanego prezesa sądu
– 1 brata nowopowołanego prezesa sądu
– 1 sędziego delegowanego do ministerstwa 
(w ramach ciekawostki można dodać, że w chwili zgłaszania swojej kandydatury jeden z tych nowych prezesów był tylko sędzią oddelegowanym do ministerstwa)

I teraz będą emocje: kto odpadnie? Osoby bliskie ministerstwu, czy te bardziej niezależne? Powściągliwie nie będę snuł przewidywań.

Gowinowe rozsadzanie budżetu

Zaglądam o poranku na twittera i czytam niezrównanego Piechocińskiego cytującego ministra Gowina: „obecne oczekiwania płacowe lekarzy rezydentów rozsadziłyby polski budżet„.

Zadaję sobie pytanie: to znaczy jak bardzo by rozsadziły? Rozpoczynam szybkie poszukiwania (bo nawet nie wiem ilu tych rezydentów jest). Szybko znajduję materiał na tvn24bis.pl, wedle którego rezydentów jest około 16,8 tysięcy, a podwyższenie wszystkim pensji do zgłaszanej od lat (och, jest nawet podpisane przez ministra, przepraszam, wtedy prezesa Konstantego Radziwiłła stanowisko NRL z roku pańskiego 2006 z takim postulatem) wysokości dwóch średnich krajowych oznaczałoby łączny koszt na poziomie „prawie 2 miliardów złotych”. Zakładając, że w tej chwili zarabiają poniżej połowy postulowanego wynagrodzenia (niebędącego głównym żądaniem protestu), oznaczałoby to konieczność znalezienia w budżecie dodatkowego miliarda (z którego, dodajmy około 30 procent byłoby przeznaczone na należności publicznoprawne, czyli zasiliłoby budżet NFZ, przysypywało dziurę w ZUS, wracało do budżetu państwa względnie zasilało budżety samorządów). 

W projekcie budżetu państwa na rok 2018 przewidziano (za B.Arłukowiczem) w dziale „Zdrowie” kwotę 7,791 mld zł, co oznacza o ponad 100 mln mniej niż w budżecie na rok 2017. Projekt budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia na rok 2018 pozytywnie zaopiniowany przez sejmową Komisję Zdrowia zamykał się kwotą 77,4 mld zł. 

Tytułem ciekawostki: wg danych Naczelnej Izby Lekarskiej na koniec września 2017 roku w Polsce było około 173 tysiące lekarzy i dentystów wykonujących zawód. Gdyby wszyscy mieli pracować w publicznej służbie zdrowia za postulowaną pensję w wysokości potrójnej średniej krajowej, to na zagwarantowanie wynagrodzeń lekarzom nie-rezydentom potrzeba by było około 27,7 mld zł (w tym narzuty publicznoprawne), razem z rezydentami niespełna 30 mld (tak, oczywiście w następnej kolejności trzeba policzyć pielęgniarki i inny personel, a potem pozostałe koszty). Jeżeli wziąć pod uwagę, że podstawowym żądaniem protestu medyków jest zwiększenie nakładów na służbę zdrowia o jakieś 2 procent PKB (czyli o tyle, ile wydajemy na wojsko), czyli o jakieś 9-10 miliardów dolarów – to ten wzrost nakładów w zupełności by wystarczył.

O fobiach i ich wpływie na rzeczywistość

Ludzie boją się rekinów. Od ataków tych bestii umiera na całym świecie średnio 5 osób rocznie
Ludzie nie boją się krów. Te sympatyczne zwierzęta w samej Wielkiej Brytanii zabijały ostatnio średnio 3 osoby rocznie

Ludzie boją się latać, bo katastrofy lotnicze są straszliwe (nawet jeśli nie są skutkiem zamachu). W zeszłym roku w katastrofach lotniczych na całym świecie zginęło 325 osób, w najgorszym roku 1972 zginęło ich 2373.
Ludzie nie boją się jeździć samochodami. Na polskich drogach w wypadkach samochodowych w zeszłym roku zginęły 2993 osoby.

Ludzie boją się islamskich zamachów. W ciągu ostatnich 38 lat zginęło w nich około 20 tysięcy osób (średnio ponad 550 rocznie). Głównie muzułmanów.
Powinienem dla równowagi wpisać dowolną inną statystykę, choćby statystykę morderstw w Polsce (502 w 2016 roku), ale z poprzednich przykładów wynika, że fakty przegrywają z emocjami.

Wpis jest zainspirowany fragmentem rozważań Galopującego Majora.

DHL Pit Stop Award

Właściwie to przymierzałem się do napisania o czym zupełnie innym – mam takich parę tematów co odkładam raz za razem bo albo mi się nie chce, albo znajduje się akurat co innego – ale po szanghajskim wyścigu (o którym innym razem albo wcale) rzuciło mi się to w oczy i puścić nie chce, więc kujmy póki gorące i szybkie.

Tytułowe trofeum – bo tak to należy określić – wymyślono… dla urozmaicenia nudnych wyścigów, ktoś złośliwy mógłby powiedzieć. Trzeba przyznać jednak, że rywalizacja „kto szybciej zmieni koła” ma nieraz znaczenie dla wyników wyścigu F1, nawet i o zwycięstwie może zdecydować (choć większe znaczenie ma chyba regularność dobrych wyników, niż ich jednorazowe wyśrubowanie). Postanowiono więc mierzyć precyzyjnie czas każdej zmiany opon, ustalać kto w danym wyścigu zrobił to najszybciej, i sprawdzić kto się okaże na dystansie całego sezonu.

W roku 2015 nawet przez moment była ciekawa rywalizacja – w poszczególnych wyścigach aż siedem zespołów triumfowało indywidualnie, w pewnym momencie o zwycięstwo w sezonie wydawały się walczyć aż trzy ekipy, w końcu Ferrari zapewniło sobie trofeum na wyścig przed końcem. W roku 2016 spięła się mocno ekipa Williamsa, która przeprowadziła arcyprecyzyjną analizę, opracowała rewelacyjne procedury i na początku sezonu okazała się najszybsza dziewięć razy z rzędu (mimo że rok wcześniej raczej odstawali w tym elemencie), czyniąc rywalizację iluzoryczną.

Dziś natomiast zauważyłem – każdemu może umknąć – że w trosce o „poprawę widowiska” (jakby się w boksach nie poprawiło od powiększenia opon, które w tak ekspresowym tempie zakładają na koła) zmieniono zasady rywalizacji. Teraz bowiem firma DHL (patron nagrody) odnotowuje 10 najlepszych wyników – przy czym, co może boleć tych „regularnych”, liczy się każdemu zawodnikowi tylko najlepszy czas jego mechaników, a nie wszystkie najlepsze wyniki – i przyznaje punkty jak za miejsce w wyścigu. Zgadnijcie, kto ma najwięcej punktów? …oczywiście Williams (choć podliczyć trzeba samemu póki co). Ale jeszcze dużo wyścigów do końca.

Migawki z Planicy

Planica. Skakanie w przedpołudniowym słońcu dziś jak za najlepszych czasów, z wiaterkiem pod narty i lataniem nad smrekami. Różnica względem zamierzchłych czasów taka, że w dole zeskoku nie widać mokrych plam topniejącego śniegu, widocznie chemia go lepiej trzyma (wszędzie wokół poza zeskokiem ani śladu zimy, w końcu to już wiosna).

Kiedyś człowiek z zapartym tchem patrzył na dwieście z haczykiem, potem na dwieście dwadzieścia plus, teraz otwiera buzię przy przekroczeniu dwóch boisk piłkarskich (plecy Janne Ahonena pamiętają). Wąsacz Johansson szaleje, był pewnie pierwszym człowiekiem na świecie, który na dwóch różnych skoczniach poleciał ćwierć kilometra. Król Kamil ochrzcił zadkiem śnieg bijąc rekord skoczni, ale że sędziowie przymknęli oko, to te 251,5 metra pewnie się ostanie (w oficjalnych wynikach konkursu póki co jest).

Zastanawiam się, jak Włosi mówią swojemu aktualnemu trenerowi: Luca, czy Łukasz? Fajnie się patrzy, kiedy tacy niegdysiejsi outsiderzy się sprawują, dziś zabrakło im przynajmniej trzeciego, żeby awansować do drugiej serii kosztem Czechów (u nich też widać jakąś przyszłość, ale tam Polak nie pracuje). Wczoraj był piękny moment, kiedy Insam z Colloredo liderowali stawce i mieli już pewny awans do drugiej serii, ciekawe czy Łukasz da radę jeszcze kogoś tam rozwinąć. 

Miła jest świadomość, że potrzeba cudu, żeby Polakom odebrać Puchar Narodów. Nawet gdyby jutro nie startowali, to rywale musieliby całą drużyną stanąć ex aequo na najwyższym stopniu podium (obsadzenie całego podium to za mało). Z kolei żeby Stoch mógł zgarnąć Puchar Świata, to… musieliby Krafta zdyskwalifikować (nawet przy upadku dałby radę wejść do piętnastki, sądzę). Ale i tak miło.

Odwiedziłbym kiedyś tę Planicę, może być i latem.

Setuchna

Wyszło, co skrzętnie ukrywane: mimo wszelkich deklaracji o skromności i zgrywanych wyniośle obojętnych póz, gapię się w statystyki ruchu i rośnie mi od tego, jak rosną. Tak przynajmniej trzeba sobie tłumaczyć tę notkę…

Bo zacząć trzeba od tego, że niedawna notka pożegnalna dla Gordena Kaye, napisana wieczorem pod wpływem impulsu, spodobała się redaktorowi kontentu na głównej stronie i dobę całą Rene uśmiechał się na głównej w pożegnalnym toaście. Ja zaś zaglądałem w statystyki i zastanawiałem się jak skończy, poprzednio (mógłbym linki powrzucać, ale mi się nie chce) z głównej wpadło ze trzy tysiące ciekawskich, tym razem jakieś dziesięć procent mniej. I wtedy postanowiłem coś zanotować.

Statystyki odwiedzin (te dostarczane przez Bloksa, nie mam pojęcia jak je interpretować ani jak odnosić do innych statystyk, i całkiem mi z tym dobrze) za wcześniejszy tydzień mówiły o 219 wejściach, co dało 150 miejsce. Kiedy skończył się kolejny tydzień (ten tłusty w odwiedziny), Blox podsumował go na 3172 wejścia. Dało to pozycję w pierwszej setce, o niemal równo sto miejsc wyżej niż przed tygodniem (dokładnie o 99). 

Pomyślałem sobie: na Zapiskach… wcale się wiele nie dzieje, nie piszę tak często jak kiedyś, komentarzy też mniej (taka to ogólna tendencja na blogach), a miejsce w rankingu rośnie (kiedyś były w drugiej pięćsetce, potem w połowie tysiąca, w trzeciej setce… ostatnio w drugiej(a ruch, powtórzmy, nie rośnie). Przypuszczam, że te setki wklepanych przez lata notek często gęsto wyskakują w Góglu, to i potem jakiś stały ruch małozainteresowanych się pojawia. Natomiast wygenerowana incydentalnie różnica w liczbie wejść wyraźnie pokazała, o ile większy musi być ruch, żeby wskoczyć na miejsca bliższe czołówki (mają na to ładne określenie, krzywa coś tam), nie mówiąc o samym szczycie (pewnie i obecność przez tydzień na głównej stronie by nie wystarczyła, blogu dzięki).

Ligomistrzowe cyferki

Zakończyła się faza grupowa Ligi Mistrzów Anno Domini 2016. Było ciekawie.

Najwięcej goli strzeliła Borussia Dortmund – 21.* W tym 14 Legii.**
Najwięcej goli straciła Legia. W sumie 24.***
Najmniej goli strzeliło Dinamo Zagrzeb. Mniej się nie dało.
Najmniej goli stracił… trzy drużyny straciły po dwa. Atletico i Juventus wygrały swoje grupy, Kopenhaga zagra w Lidze Europy kończąc z różnicą bramek +5. 
Dla porównania Legia zagra w Lidze Europy wychodząc z różnicą bramek -15. Ciekawe czy to jakiś rekord.
Cristiano Ronaldo strzelił łącznie tyle samo goli, co Miroslav Radović Realowi (bardzo żałowałem, że ze Sportingiem nie trafił Kucharczyk – a miał co trafić – wtedy jego bym wziął do porównania).

Aha, dla porządku: liczba Legii to ostatecznie 21. Gole strzelali: Goetze, Papasthopoulos, Bartra, Guerreiro, Castro, Aubameyang, Ruiz, Dost, Bale, Jodłowiec, Asensio, Vasquez, Morata, Benzema, Kovacic, Kagawa, Sahin, Dembele, Reus, Passlack i Rzeźniczak. Jako pierwszy dwukrotnie trafił Bale (gol nr 14), oprócz niego dublety zaliczyli Kagawa (w ciągu dwóch minut) i Reus (ten prawie miał hat-tricka, ale ostatni gol oficjalnie policzono jako samobójczy). 

*to rekord
**ciekawe czy to rekord liczby goli przeciwko jednej drużynie
***to wyrównanie rekordu

Zasłużony mistrz

Za 48 godzin będziemy wiedzieć na pewno, który z kierowców Mercedesa sięgnie po tegoroczny tytuł. Oceniając na zimno – jeżeli nic nieoczekiwanego się nie będzie działo, to świętować będzie Rosberg, któremu wystarczy dojechać w pierwszej trójce (i na razie nie widać, żeby ktoś miał go z trójki wyrzucić), zresztą przez trzy ostatnie wyścigi jedzie dokładnie tak, jak jest to potrzebne, niczym kolarski „czajnik„, który ogranicza się do pilnowania rywali (i wygrywa, jeśli mu się to uda). Ponieważ rywalizacja o tytuł z tego powodu straciła na emocjach, podobnoż brytyjscy żurnaliści już szykują opowieści o tym kto na tytuł bardziej zasłużył…

Zróbmy więc szybki przegląd sezonu (ograniczony do czołowej dwójki).
W Australii Hamilton przegrał start z PP i cały wyścig (drugie miejsce uratowali mu stratedzy Ferrari).
W Bahrajnie znów przegrał start z PP, a kolizja w pierwszym zakręcie ograniczyła jego możliwości do P3.
W Chinach Rosberg wygrał z PP (choć kicha Ricciardo mogła trochę pomóc), a Hamilton po starcie z końca stawki zaliczył dodatkowo kolizję i skończył na siódmym.
W Rosji Hamilton znów miał awarię w kwalifikacjach, tym razem gonił z dziesiątego na drugie.
W Hiszpanii wyeliminowali się nawzajem na pierwszym okrążeniu po kolejnym przegranym starcie Lewisa z PP.
W Monaco Rosberg nie radził sobie w deszczu, a Hamiltonowi pomógł błąd mechaników Red Bulla.
W Kanadzie Lewis wygrał z PP (nieudana zagrywka Ferrari mogła pomóc), wypychając Rosberga w pierwszym zakręcie (przez co ten skończył na P5).
W Baku Lewis zahaczył w Q3 o barierę i z P10 nadgonił tylko na P5.
W Austrii manewr obronny Rosberga skończył się kolizją i tylko P4 dla Niemca (który zaliczył też karę za wymianę skrzyni).
W Anglii Rosberg padł ofiarą krótkożyjących ograniczeń komunikacji radiowej – kara za podpowiedź co do sposobu radzenia sobie z usterką skrzyni biegów oznaczała spadek z drugiego na trzecie.
Na Węgrzech Hamilton ograł kolegę w pierwszych zakrętach.
W Niemczech Rosberg zawalił start z PP, a kara za atak na Verstappena pozbawiła go podium.
W Belgii Hamilton strategicznie przyjął kary za dodatkowe silniki, a potem i tak z końca stawki dojechał na trzecie (safety car był pomocny).
We Włoszech Hamilton zawalił start z PP, nawet jeśli skończył ostatecznie na P2.
W Singapurze Hamilton startował dopiero z P3 i to miejsce ostatecznie uratował.
W Malezji… ach, te emocje. Hamilton prowadził, kiedy zapalił mu się silnik… Rosberg potrącony w pierwszym zakręcie, odrabiał straty aż po P3. 
W Japonii Hamilton z drugiego miejsca na starcie po pierwszym zakręcie spadł na ósme i uratował tylko trzecią lokatę.
W USA Rosberg przegrał start z P2, ale VSC spowodowany przez Verstappena pozwolił na przeskoczenie Ricciardo i powrót na swoją pozycję.
W Meksyku rozmaite zamieszania nijak nie przeszkodziły status quo (nawet jeśli ścięcie pierwszego zakrętu przez Hamiltona wciąż budzi kontrowersje).
W brazylijskim deszczu Rosberg utrzymał P2 po części dzięki nieudanym manewrom strategicznym Red Bulla…

Podkreślmy bardzo mocno jedną rzecz: w zasadzie w żadnym wyścigu bolidy Mercedesa nie miały sobie równych, więc obaj raczej mieli coś do przegrania niż do wygrania. Obaj miewali momenty pechowe (Hamilton chyba więcej), obaj miewali nieudane starty, obaj zyskiwali na błędach i problemach innych zespołów. Problemy techniczne to rzecz losowa, dwa lata temu Hamiltonowi pomógł kuriozalny problem zabrudzenia przewodów w Singapurze… Może się okazać, że o tytule zdecyduje betonowa bariera na wyjściu z wolnego zakrętu przy starówce w Baku.

Kto będzie miał w niedzielę wieczorem więcej punktów, w pełni zasłuży na mistrzostwo. Żadne wrażenia estetyczne nie mają tu znaczenia. Być może Lewis jest „szybszym kierowcą”, ale nie to decyduje; poza tym, jak głosi Kohelet, „to nie chyżym bieg się udaje, i nie waleczni w walce zwyciężają (i dzięki temu można się zakładać„, dodaje Murphy). Czy Hunt zasłużył na swój słynny tytuł, skoro Lauda wypadł na dwa wyścigi?

Tuzin

Takie mecze wspomina się potem dekadami. Całe pokolenie będzie mogło stawiać pytania „co robiłeś tego wieczora kiedy Legia grała w Dortmundzie”, przyćmieniu ulec już może wspomnienie 3-7 z Bayernem. Niemcy też niewątpliwie będą pytać „hast du DAS gesehen”, wszak wystarczyło mrugnąć i można było przegapić gola, a co najmniej jakąś poprzeczkę. Płyty z tym meczem będzie można sprzedawać w serii „futbolowe jaja”, jak również na potrzeby sesji antydepresyjnych (natomiast zdecydowanie nie powinna go oglądać młodzież przyuczana do zawodu piłkarza o specjalizacji defensywnej).

Wynik jest imponujący. W jednym meczu padło dwanaście goli, rozłożyły się… nie po równo, ale dość równomiernie. Borussia miała 100% skuteczność w pierwszej połowie (5 goli na 5 strzałów), nie mam pewności czy po przerwie nie przedłużyła passy do 6/6. „Liczba Legii” została wyśrubowana do 20… i jeszcze jeden mecz przed nami.

I najpiękniejsze jest to, że mając dwa tuziny goli straconych Legia może wyjść z grupy i grać wiosną w Lidze Europy. Wystarczy najmarniejsze zwycięstwo nad Sportingiem u siebie…

Plus minus

Cenioną wartością w internecie jest interakcja z odwiedzającymi, wyrażana choćby w najprostszej formie. Kanonicznym przykładem stał się oczywiście fejsowy lajk, dostępny zarówno wewnątrz serwisu jak i poza nim (choć w tej drugiej formie jakby trochę zamierał, tu na Bloksie co prawda widać niebieski przycisk FB, ale można nim tylko udostępnić notkę na swojej tablicy, a nie krótko i zwięźle wyrazić aprobatę, co natychmiast odbiło się na statystykach interakcji), wewnątrz serwisu już rozbudowany w taki sposób że można wyrazić cały szereg emocji od hiperpozytywnych do negatywnych. Analogiczne – choć pewnie mniej rozpowszechnione – opcje interakcji znajdujemy w przypadku innych znanych serwisów, i tych żywych, i tych podupadających…

W niektórych serwisach, zwłaszcza newsowych, często spotykany jest model, w którym poszczególne wypowiedzi mogą zostać ocenione pozytywnie (plus czy co tam lokalnie wymyślą) lub negatywnie (minus lub jak wyżej). Obserwując jak się takie oceny rozkładają, można popełnić niewątpliwie niejedną pracę z zakresu socjologii czy psychologii społecznej. Sam nie bez fascynacji obserwuję nieraz na gazetowych portalach jak rozkładają się oceny przy takich czy innych wypowiedziach (w tym moich), na ile w tych ocenach widać populizm a na ile zdrowy rozsądek. Czasem wręcz obstawiam pisząc jakiś komentarz, w którą stronę pójdą oceny 😉

Takie oceny są w stanie wzbudzać wiele emocji. Czasem trwa o nie wręcz polityczna wojna – jedni z drugimi klikają na siłę, żeby „swoich” poprawić, a „wrażych” w dół zepchnąć, widziałem już wzajemne nawoływania… Czasem strony (przynajmniej niektóre) uciekają się do zorganizowanego manipulowania wynikami, „wysyłając” do akcji boty, a ‚poszkodowani” ślą lamenty i protesty do niekoniecznie radnej administracji. Zupełnie jakby od tego coś istotnego zależało…

Nie proszę o lajki ni szery, jak kto chce niech komentuje, jeśli odczuwa taką potrzebę (dla pseudokomentatorów których jedynym celem jest zostawienie linka do promowanej strony, nadal nie ma tolerancji).