Choć Bułgar

Już chyba kiedyś pisałem, że na wielkich imprezach typu mistrzostwa świata lubię wypatrywać zawodników z krajów mniej lub bardziej egzotycznych, w tym sensie że na innego rodzaju zawodach zazwyczaj się nie pojawiają, z racji czy to mniejszego zainteresowania, czy zbyt niskiego poziomu (na wielkich imprezach silniejsze państwa mają zwykle ograniczone liczebnie kadry, przez co konkurencja jest mniejsza). W przypadku skoków narciarskich egzotami takimi są ostatnio Chińczycy czy Kanadyjczycy, a od wielu lat także Bułgarzy.

Bułgarzy ze sportami narciarskimi jakoś odruchowo sie nie kojarzą, pewnie dlatego, że Bułgaria nad ciepłym morzem leży – a przecież gór u nich dostatek, i rozmaitych narciarzy też sobie wychowali. Z najbardziej zamierzchłych czasów majaczą mi jakieś postaci bułgarskich skoczków, ale prawdę mówiąc, ostatnie dekady mają mniej więcej takie, jak Słowacy (albo jak my przed Mateją), dlatego też udział bułgarskiego skoczka w zawodach głównych jest w XXI wieku czymś wciąż zaskakującym.

Ostatnio delegatem Bułgarów na zawody skoczków jest niejaki Władimir Zografski, urodzony niecałe dwa lata wcześniej, niż Małysz rozpoczął karierę międzynarodową. I w Engelbergu, w swoich bodajże szóstym występie w Pucharze Świata, udało mu się dostać do drugiej serii. Przypadkowość w skokach jest niemała (wystarczy korzystny rozkład podmuchów wiatru, nawet w nowym systemie), ale dwa dni później Zografski powtórzył swój wynik. Dziś w Oberstdorfie też zakwalifikował się do drugiej serii – choć teoretycznie w systemie KO jest to prostsze (bo wystarczy skoczyć ciut lepiej od jednego rywala, nie patrząc na innych), ale całkiem przyzwoitym skokiem, w drugiej serii spisał się nie gorzej. W sumie oddał dwa dobre skoki, równiejsze od Orła z Wisły, i zajął 16. miejsce, o 9 lokat wyżej od Rakiety z Zębu. Taki optymistyczny bułgarski powiew świeżości na skoczni.

PS. Tytuł notki pożyczyłem od śp. Janusza Atlasa, który swego czasu napisał w Piłce Noźnej (w czasach kiedy pracowali tam fachowcy) „jest jeden cudny piłkarz choć Bułgar”. Za odgadnięcie nazwiska tegoż nagród się nie przewiduje:)

Cztery centymetry na sekundę do medalu

Rzeczywistość spłatała nam niesympatycznego psikusa (w wersji dosadnej: przekłuła nadęty balon oczekiwań) i Adam Małysz, mimo że w piątek wydawał się być tuż-tuż od złota, przegrał ostatecznie brązowy medal Mistrzostw Świata w Lotach o 0,4 pkt. O pół metra, mówią wszyscy, o jedną ciut lepszą notę sędziowską (ech, ten telemark oceniany z niewłaściwej strony..), o.. I właśnie. Mistrzostwa były rozgrywane z uwzględnieniem czynnika wiatru (wind factor), polegającego na tym, że podczas skoku wykonuje się bliżej nieznaną liczbę pomiarów siły wiatru, których wyniki przy pomocy wzorów wyższej matematyki (bliższe dane są chronione lepiej, niż tajemnice IPN) przelicza się na uśredniony pomiar wiatru (tangential wind speed). Przelicznik tego wiatru na punkty zależy od poszczególnych skoczni – w każdym razie zasada jest prosta: wiatr pod narty to minus, wiatr w plecy to plus. W Planicy – sądząc po oficjalnych wynikach (PDF) – jeden m/s wiatru był przeliczany na około 10,8 pkt. Czyli 0,4 pkt odpowiada mniej więcej wiatrowi 0,04 m/s, czyli 4 cm/s.

Zadaję sobie pytanie: jaki jest sens wyliczania „czynnika wiatru”, jeżeli w decydującym momencie wpływ tego czynnika na wyniki daje efekty przypadkowe? Bo żaden skoczek nie jest w stanie przewidzieć, jaka wyjdzie mu uśredniona prędkość wiatru, i jak mu się to przełoży na wynik. A jeżeli przy dwóch równo skaczących zawodnikach (takich jak Ammann i Małysz w piątek), przy niewiele rózniących się notach, o wyniku końcowym zadecyduje absolutnie nieodczuwalne kilka centymetrów na sekundę siły wiatru w tą czy tamtą stronę? Idea „oddania sprawiedliwości” zawodnikom, którzy skaczą przy zupełnie innym wietrze, niż ich rywale (czym innym jest 1,2 m/s pod narty, a czym innym jest 1,5 m/s w plecy), była może i słuszna, ale to aptekarskie mierzenie wiatru i przeliczanie setnych metra na sekundę na dziesiąte punktu, staje się karykaturą tej idei. A już pomijam zupełnie, że przy zmiennym wietrze w ciągu skoku (inny wiatr na progu, inny na dole), średnia niczego mądrego nie powie, czego przykładem zdaje się być pierwszy skok Małysza w Oslo – gdzie przydusiło go na progu, po czym komputer radośnie pokazał wyliczony „fantastyczny” wiatr pod narty.

Aha, i żeby nie było wątpliwości: nie obwiniam nowego systemu za porażkę Adama. Gdyby w Planicy nie stosowano przeliczania siły wiatru (ograniczając się do systemu punktów za zmianę belki), to Jacobsen wyprzedziłby Małysza nie o 0,4 pkt, lecz o 4 pkt [aczkolwiek w decydującym skoku Małyszowi więcej odjęto]. A w „gołych metrach” strata byłaby jeszcze wyraźniejsza. Zadecydowały słabsze sobotnie skoki, przy czym z mojego punktu widzenia, [w drugim skoku] Małysz miał pecha i wpadł w jakąś dziurę powietrzną w drugiej fazie lotu (było widać wahnięcie, po którym stracił wysokość). Cóż, Pani Fortuna mu w tym roku nie sprzyjała. Ale i tak jest Wielki:)

Szwedzkie skoki w Vancouver

Notka „z zapasów”, bo w trakcie Igrzysk nie miałem czasu, żeby ją odpowiednio opracować:)

Interesujące skoki na nartach zaprezentowali w trakcie Igrzysk szwedzcy reprezentanci. O ile przy tym skok Patrika Jarbyna przypominał bardziej narciarstwo akrobatyczne:

patrik jarbyn whistler super-g fall

o tyle Anja Parson zademonstrowała już całkiem niezłe umiejętności właściwe „klasycznym” skoczkom. Można się rzecz jasna nieco czepiać przechyłu na bok w pierwszej fazie lotu i nadużywania maniery Birgera Ruuda w środkowej części skoku, ale już próba lądowania była godna rasowego skoczka lub skoczkini.* Przyznam szczerze, że kiedy patrzyłem na ten lot i lądowanie z wysoka, to przypomniał mi się historyczny skok Janne Ahonena z Planicy. Nic to, że cztery razy dłuższy. I tylko nie do końca wiem, dlaczego uznano, że nie ukończyła konkurencji, wszak dosunęła się po śniegu aż do mety samej, i zmieściła się w bramie. Może za bardzo przy skoku skosiła tyczkę.

A swoją drogą spodziewam się, że długość skoku Parson będzie jeszcze źródłem niejednej legendy. Na podlinkowanym materiale podają 56m, mnie pamięć podpowiada, że Kanadyjczycy w którejś z powtórek pracowicie wymierzyli jej skok na 58m. A taki Supergigant wspomina to już jako skok o długości 65m. Jeszcze parę lat, i będzie się opowiadać, że poleciała równie daleko, jak Johan Eriksson czy Isak Grinholm na średniej skoczni – co będzie oczywistą nieprawdą, bo.. ci dżentelmeni w ogóle do Whistler nie przyjechali.

*MKOl starannie wycina wszystkie filmiki z Igrzysk, a na oficjalnej niestety żadnego nie ma, więc jak link okaże się pusty, to przykro mi; teraz jeszcze działa

Znajdź różnice

W pierwszych zawodach drużynowych, zawodnik A zajął w swojej grupie 6 miejsce, zawodnik B – 8 miejsce, zawodnik C – 2 miejsce, zawodnik D – 3 miejsce. Drużyna zajęła 6 miejsce.

W drugich zawodach drużynowych, zawodnik A zajął w swojej grupie 10 miejsce, zawodnik B – 1 miejsce, zawodnik C – 13 miejsce, zawodnik D – 4 miejsce. Drużyna zajęła 6 miejsce.

Zagadka: która drużyna osiągnęła sukces, a która składała się z lidera i trzech par nart?

Odpowiedź: oczywiście sukces osiągnęłą drużyna w drugich zawodach, a trzy pary nart to zawodnicy, którzy zajęli miejsca 2, 6 i 8. Przynajmniej zdaniem fachoffców z Gazety.

Pogrom dziennikarzyn

Dwa kolejne dni na Igrzyskach to występy drużynowe naszych reprezentantów, w tym zwłaszcza skoczków i biathlonistek. Skoczkom poszło nienajgorzej, ale i tak zawiedzeni żurnaliści wylali na nich kubły pomyj, bo już w swej naiwności dopisywali medal do listy. Nadzieje ze skoczków przeniesione zostały natychmiast z całą siłą na biathlonistki, w sposób na tyle absurdalny, że przedstawiciele Głosu Karczewa czy tenis.pl nachodzili bohaterki biegu indywidualnego i dopytywali, czy uda im się zdobyć złoto. W koncentracji przed biegiem pomogło to dziewczynom na pewno jak cholera – w biegu, w którym szansa na dobry wynik (w tym jednoprocentowa na medal) istniała przy znakomitym strzelaniu, liczba pudeł na pierwszych dwóch rundach była dwucyfrowa. Ciekawe, jak jutro będą psioczyć, że im się nadęte do granic prezerwatywy oczekiwań przekłuły.
Mocno? Cóż, od tego co podczas relacji ze sztafety biathlonowej mówili fachowcy – czyli Jaroński z Wyrzykowskim – różni się to tylko stylistyką, merytorycznie uważamy to samo.

Klęska? Porażka? Brak szczęścia..?

Nóż się w kieszeni otwiera, kiedy czytam wypowiedzi po drużynowym konkursie skoków. Pewnie, że szóste miejsce nie jest powodem do skakania z radości, ale używanie słów takich jak kompromitacja czy twierdzenie, że jeden Małysz ciągnął drużynę, to gruba przesada.

Popatrzmy bowiem na wyniki osiągnięte w poszczególnych seriach:
Stefan Hula – 4 w pierwszej serii, 6 w drugiej;
Łukasz Rutkowski – 11 i 8;
Kamil Stoch – 6 i 2;
Adam Małysz – 3 i 5.

Zaskoczeni? A właśnie. Ten nieudany skok Stocha był szóstym w serii,  a znakomite skoki Małysza nie miażdżyły konkurencji. 
Patrząc na indywidualne noty: Małysz zająłby miejsce czwarte, Stoch dwudzieste, Hula 24., a Rutkowski 29. Małysz zdobył o 13 punktów więcej niż w konkursie indywidualnym, Stoch o prawie 25 więcej, Hula o 23 więcej, a Rutkowski w pierwszym skoku o 14 więcej niż Miętus.

Pomału dochodzimy do sedna problemu. Po pierwsze, sędziowie i warunki pozwolili wczoraj skoczkom na dobrą zabawę (dali im pofruwać). Nie od dzisiaj wiadomo, że przy dłuższym rozbiegu, nasi trochę tracą, bo nie potrafią tego wykorzystać, a przynajmniej stworzyć różnicy (i Małysza to wbrew pozorom też dotyczy). Po drugie, skoki drużynowe to zawody, w których trzeba liczyć na czyjeś błędy – a tych rywale zbyt wiele nie popełniali, zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi wielkimi imprezami (tak naprawdę ciut emocji dawały tylko babol Schmitta, słabość Bardala i pojedyncze nieco gorsze skoki Hautamaekiego, Hilde oraz Keituri).

Czy ten wynik to porażka? To porażka naszych wybujałych oczekiwań. Oraz porażka trenerska – jednak – Łukasza Kruczka, któremu nie udało się doprowadzić do Igrzysk czwartego zawodnika na w miarę równym poziomie (ani Miętusowie, ani Rutkowski, ani nikt z wcześniej próbowanych). I indywidualne porażki poszczególnych zawodników, bo chyba jednak mogli z siebie dać ciut więcej (zwłaszcza Rutkowski, oczywiście).

Czy mogło być lepiej? Pewnie, Stoch w pierwszym skoku, Hula w drugim, a Rutkowski w obu, mogli dołożyć po parę metrów, tak samo jak mogli w Libercu, ale tam nie mówiliśmy o porażce, tylko o prawie sukcesie. Mogli się rywale poprzewracać, albo spalić psychicznie, a jednak tego nie zrobili. No i w Libercu zajmując czwarte miejsce, drużyna miała o 24 pkt mniej, niż w Whistler. Więc jednak będę utrzymywał, że długi najazd też nie pomógł, tak jak Justynie Kowalczyk łagodne podbiegi. Po prostu nie było nam pisane, bez względu na to, co będzie opowiadał Prezes Tajner.

A mnie swoją drogą rozczarowali Słoweńcy.

 

Impresje arabskie okołoolimpijskie

Transmisje z Igrzysk zajmują na Eurosporcie prawie całą dobę, ale przez pół dnia (w godzinach dziennych) lecą już tylko powtórki (a ileż razy można oglądać skrót z bobslejów). Dlatego i przy Igrzyskach zdarza się mały zapping pilotem. I tak sobie przelatując po kanałach, trafiłem na Abu Dhabi Sport (zdziwilibyście się czasem, co można tam obejrzeć – ja mam to na stałe, odkąd przed laty była to jedyna stacja pokazująca któryś mecz Polaków w siatkarskiej LŚ). A tam.. wyścigi wielbłądów:) Pamiętałem, że kiedyś na takich wyścigach dżokejami były niemal wyłącznie dzieci, ale odpowiednio długimi i głośnymi protestami udało się doprowadzić do zaniechania tej praktyki. A że im większy dżokej, tym zwierzęciu trudniej (i mniejsze ma szanse przez to), to w pokazywanych zawodach znaleziono na to całkiem interesujące rozwiązanie. Dżokeje byli.. zdalni. To znaczy, każdy z wielbłądów niósł na garbie niewielką skrzyneczkę, wyglądającą jak odbiornik. Nie wiem, jak sygnały z tej skrzyneczki były komunikowane wielbłądowi (mam nadzieję, że w sposób niebolesny), ale generalnie wszystkie biegły we właściwym kierunku, jedne szybciej, inne wolniej, zupełnie jak nasza olimpijska reprezentacja w biegach.

A w przerwach między olimpijskimi transmisjami, pokazują różne reklamy. W tym taką, w której skoczek jedzie na rozbiegu, wybija się i.. leci nad piramidę. A lektor mówi: „Egipt. Tam się wszystko zaczęło”. Słyszałem o egipskim narciarzu-olimpijczyku, ale skoczka sobie nie przypominam:)

Wiej, wietrze, wiej..

Za niespełna godzinę rozpoczyna się pierwsza konkurencja medalowa Igrzysk w Vancouver – konkurs skoków na średniej skoczni (z telewizora już słyszę odgłosy serii próbnej). Z tego co czytałem i słyszałem, to zdaniem Hannu Lepistoe w skokach Małysza nie ma już praktycznie nic do poprawiania, a z kolei sam Małysz coś wzdycha do wiatru, że od niego (i jakości lądowań) wiele może zależeć. Małysz istotnie pokazuje znakomitą formę, pytanie tylko (niezależne od niego) czy najgroźniejsi rywale nie mają formy jeszcze wyższej.

Więc westchnijmy emocjonalnie: wietrze, wiej komu trzeba, a dziury w śniegu niech podkładają się pod narty innych. Bo Małysz na ten złoty medal zasługuje, jak mało kto (Ahonenowi wystarczy wszak jakikolwiek indywidualny).

Pozostali nasi skoczkowie muszą wybaczyć, że mniej im się uwagi poświęca, nawet jeśli Stefan Hula był nieoficjalnym rekordzistą skoczni:) Dla porządku przypomnijmy, że cztery lata temu na średniej skoczni pozostali nasi reprezentanci zajęli miejsca: 16, 25 i 29 – i to dla nich cel minimum.

Spady w Klingenthal

Istnieje wiele czynników, które mogą zepsuć konkurs skoków. Może to być więc kiepska pogoda, osłabiona stawka zawodników (zwłaszcza powodująca większy rozrzut poziomu uczestników), wreszcie przyjęcie zbyt krótkiego rozbiegu (często jest to powiązane z przyczynami wymieninymi wcześniej).

Dzisiaj w Klingenthal pogoda była względnie stabilna, ale brak wielu zawodników ze ścisłej i szerszej czołówki, przy jednoczesnej obecności liderów PŚ, wydał się chyba organizatorom zbyt ryzykowny, żeby ich puścić z nieco wyższej bramki. W rezultacie przeważały wyniki słabe – zaledwie pięciu zawodników miało notę wskazującą na „dwa dobre skoki”, a jedynie siedemnastu uzyskało wynik na poziomie minimum przyzwoitości, zaś najlepsze skoki i tak nie zbliżyły się nawet do HS.

W takim nierównym konkursie, to aż się prosi o zastosowanie tego wciąż testowanego wynalazku zmiany belki w toku serii, z dodanem/odjęciem zawodnikowi odpowiedniej liczby punktów odpowiednio do różnicy długości najazdu. Pardon: akurat w Klingenthal go zastosowali. Jak widać, albo nie pomaga, albo trzeba się nauczyć go używać..