Nie ma jak odpowiedni ekspert

Dzisiejsze sprinty w Otepaa oglądałem na TVP, bo Eurosport w tym czasie był w Melbourne. Ponieważ jednocześnie miałem w planie słuchanie dość interesującej audycji radiowej, wyłączyłem fonię w telewizorze i miałem „co innego widzisz, co innego słyszysz”. Nie udało mi się więc usłyszeć, z kogo składało się zacne grono ekspertów, któremu oddano głos, gdy tylko zaczynały się ćwierćfinały i półfinały męskie. Zerknąwszy w pewnej chwili, rozpoznałem jednak jednego z nich – i tu zaczyna się historia mojego zdziwienia.

Ekspertem tym (a może gościem tylko) był mianowicie niezły skądinąd kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc. Nie słyszałem, jak uzasadniano jego obecność, więc nie wiem, czy czuje się ekspertem od Estonii, czy też ma rozległe doświadczenie w rajdach zimowych (choć ostatnio startował w najzupełniej niezimowym Rajdzie Dakar), czy też może wreszcie biega dla relaksu na nartach. Ba, nawet jako prognostyk się nie nadawał, bo w ostatnim Dakarze zajął 5. miejsce, wyrównując swoje najlepsze osiągnięcie, a Justyna Kowalczyk poprawiła swoje najlepsze osiągnięcie w sprincie w Otepaa z miejsca 7. na 4.

A swoją drogą, taktyczne ogranie Bjoergen w półfinale było fantastyczne, choć niewiele brakowało, a byłoby czysto honorowe – gdyby nie szybkość tego biegu.

Japońskie skakanie

Pucharowe konkursy skoków w Japonii są zawsze szczególne. Nawet nie przez to, że rozgrywają się o specyficznych z naszego punktu widzenia porach (rano lub w środku nocy), ale zwykle zaskakują wynikami, i to w sposób niekoniecznie pozytywny. Z uwagi na odległość (i związane z tym problemy adaptacyjne organizmu) często mocni zawodnicy odpuszczają sobie wyjazdy (woląc podszlifować formę przed lutowymi imprezami), zwalniając miejsce nieco słabszym kolegom, podczas gdy czołówka punktacji generalnej zwykle szuka tam wszystkich punktów, jakie się uda znaleźć – w rezultacie zróżnicowanie poziomu jest większe niż zwykle. Skutkuje to znacznie większym zróżnicowaniem wyników niż zwykle, co oznacza niestety wyjątkowo niskie noty na dalszych miejscach. Dołóżmy do tego częste opady śniegu, kręcący we wszystkie strony wiatr i umiarkowane zainteresowanie widzów.. Właściwie konkursy te organizuje się głównie dlatego, że Japończycy tradycyjnie coś znaczą w skokach i po prostu wypada się z nimi imprezami podzielić.

W sumie najciekawsze zwykle w tych konkursach są listy startowe:) i niespodzianki. Niespodzianki każdego rodzaju – w kategorii „zdobyłem wreszcie punkty pucharowe”, w kategorii „osiągnąłem życiowy wynik” czy wreszcie „nieoczekiwany skład podium”. Dzisiaj, a jakże, nie obyło się bez niespodzianek (choć zmienność warunków i kiepskie wyniki tu się nie zaliczają), takich jak punkty młodego Kanadyjczyka (i zupełny mimo słabej stawki brak punktów naszych młodych orlików), oraz sensacyjny prawie zwycięzca Severin Freund. Miewał ostatnio niezłe skoki, a w dzisiejszym konkursie po prostu dał radę oddać dwa dobre. Niestety, nie można tego powiedzieć o Małyszu, bo bez względu na przyczynę (nie natrafiłem  do tej pory na żaden jego komentarz na ten temat), jego drugiego skoku nie sposób nazwać dobrym. I zamiast 39 zwycięstwa, było tylko 89. podium – a Morgenstern jutro słabszy nie będzie.

 

Choć Bułgar

Już chyba kiedyś pisałem, że na wielkich imprezach typu mistrzostwa świata lubię wypatrywać zawodników z krajów mniej lub bardziej egzotycznych, w tym sensie że na innego rodzaju zawodach zazwyczaj się nie pojawiają, z racji czy to mniejszego zainteresowania, czy zbyt niskiego poziomu (na wielkich imprezach silniejsze państwa mają zwykle ograniczone liczebnie kadry, przez co konkurencja jest mniejsza). W przypadku skoków narciarskich egzotami takimi są ostatnio Chińczycy czy Kanadyjczycy, a od wielu lat także Bułgarzy.

Bułgarzy ze sportami narciarskimi jakoś odruchowo sie nie kojarzą, pewnie dlatego, że Bułgaria nad ciepłym morzem leży – a przecież gór u nich dostatek, i rozmaitych narciarzy też sobie wychowali. Z najbardziej zamierzchłych czasów majaczą mi jakieś postaci bułgarskich skoczków, ale prawdę mówiąc, ostatnie dekady mają mniej więcej takie, jak Słowacy (albo jak my przed Mateją), dlatego też udział bułgarskiego skoczka w zawodach głównych jest w XXI wieku czymś wciąż zaskakującym.

Ostatnio delegatem Bułgarów na zawody skoczków jest niejaki Władimir Zografski, urodzony niecałe dwa lata wcześniej, niż Małysz rozpoczął karierę międzynarodową. I w Engelbergu, w swoich bodajże szóstym występie w Pucharze Świata, udało mu się dostać do drugiej serii. Przypadkowość w skokach jest niemała (wystarczy korzystny rozkład podmuchów wiatru, nawet w nowym systemie), ale dwa dni później Zografski powtórzył swój wynik. Dziś w Oberstdorfie też zakwalifikował się do drugiej serii – choć teoretycznie w systemie KO jest to prostsze (bo wystarczy skoczyć ciut lepiej od jednego rywala, nie patrząc na innych), ale całkiem przyzwoitym skokiem, w drugiej serii spisał się nie gorzej. W sumie oddał dwa dobre skoki, równiejsze od Orła z Wisły, i zajął 16. miejsce, o 9 lokat wyżej od Rakiety z Zębu. Taki optymistyczny bułgarski powiew świeżości na skoczni.

PS. Tytuł notki pożyczyłem od śp. Janusza Atlasa, który swego czasu napisał w Piłce Noźnej (w czasach kiedy pracowali tam fachowcy) „jest jeden cudny piłkarz choć Bułgar”. Za odgadnięcie nazwiska tegoż nagród się nie przewiduje:)

Bez bilokacji nawet Bjoerndalenowi będzie trudno

Czytam dzisiaj, w jednym źródle za drugim, że Ole Einar Bjoerndalen zamierza wystartować w dwóch jednocześnie rozgrywanych mistrzostwach świata: biathlonowych w Chanty-Mansyjsku i narciarskich w ojczystym Oslo. Żeby nie przeredagowywać za wiele, wkleję tekst z jednego z wielu źródeł, niech będzie to dość wiarygodny zwykle Eurosport:

Bjoerndalen ma pobiec na trzeciej zmianie sztafety, która będzie rozgrywana w Oslo 4 marca. Tego samego dnia odbędzie się biathlonowy sprint w Chanty-Mansyjsku lecz biathlonista z niego zrezygnuje. Weźmie i tak udział w czterech pozostałych konkurencjach biathlonowych MŚ: 6 marca w biegu pościgowym, 8 marca w indywidualnym, 11 marca w sztafecie oraz 12 marca w biegu masowym.”

W realizacji tego planu dostrzegam jeden malutki problem. Oczywiście, są sponsorzy, którzy to sfinansują, samoloty, które dowiozą spod jednego stadionu na drugi, ekipy posłusznie na Mistrza czekające w obu miejscach, słowem: logistyka nie powinna sprawić zasadniczych trudności. Nie umiem sobie jednak wyobrazić, jak Bjoerndalen miałby wystąpić w biegu pościgowym, będącym kontynuacją sprintu, z którego rezygnuje… Federacja biathlonowa nawet dla Bjoerndalena nie byłaby chyba w stanie wymyślić furtki.

Swoją drogą, poza polskimi serwisami na razie nie znalazłem potwierdzenia tej informacji, nawet na własnej stronie Bjoerndalena ani na jego profilu na Facebooku…

Do Soczi daleka droga

Nie wiem jaki jest narciarski odpowiednik „Bomba w górę”, ale sezon narciarski właśnie się rozpoczął. Nie bez zdziwienia odnotowałem fakt, że w zawodach sztafetowych wystawiliśmy także drużynę męską, gdyż posucha wśród biegaczy była spora. Średnia wieku tej sztafety wynosiła 23 lata, a i to nieźle ją zawyżał Maciej Kreczmer. Wynik, cóż – pochwalić można jedynie, że dobiegli do końca, czym zdystansowali Francuzów (których zawiódł Vittoz). Czasy jednak chalebne nie były. Najmłodszy Sebastian Gazurek być może ustanowił mały rekord, bo był wolniejszy o ponad półtorej minuty od drugiego najwolniejszego biegacza w stawce (klasykiem, więc i w ogóle). Mariusz Michałek, mający wszak już na swoim koncie punkty Pucharu Świata, był najwolniejszy na swojej zmianie, lecz szczęśliwie wyprzedzając dwóch nieboraków ze zmiany czwartej, na której przegonił ich także debiutujący w Pucharze Maciej Staręga. Kreczmer zaś może się prawie pochwalić, że prześcignął nie tylko dwóch na swojej zmianie, ale i czterech ze zmiany drugiej (wliczając, a jakże, Gazurka). Łącznie prawie 10 minut straty. Odnotujmy także, że najszybszym zawodnikiem na trasie był – co za niespodzianka – Ole Einar Bjoerndalen.

Wśród pań nastroje tylko ciut lepsze. Zaczęło się oczywiście z pozoru znakomicie, bo Justyna Kowalczyk zrobiła sobie arcymocny trening, uzyskując oczywiście bezwzględnie najlepszy rezultat w klasyku, ale to były miłe złego początki. Debiutujące w PŚ Ewelina Marcisz i Martyna Galewicz (średnia wieku 20 lat) straciły w sumie 3 minuty, tak że Paulina Maciuszek, i tak nierewelacyjnie dysponowana, wiele już też zrobić nie mogła, i skończyło się na 17 miejscu. Może z Sylwią Jaśkowiec byłoby z minutę lepiej, co mogłoby dać miejsce 10-tce.

Mam nieodparte wrażenie, że te młode sztafety są szykowane nawet nie na tegoroczne Mistrzostwa Świata ani na te następne, ale raczej już na Soczi. Droga do Soczi na razie daleka, chyba na szczęście.

Cztery centymetry na sekundę do medalu

Rzeczywistość spłatała nam niesympatycznego psikusa (w wersji dosadnej: przekłuła nadęty balon oczekiwań) i Adam Małysz, mimo że w piątek wydawał się być tuż-tuż od złota, przegrał ostatecznie brązowy medal Mistrzostw Świata w Lotach o 0,4 pkt. O pół metra, mówią wszyscy, o jedną ciut lepszą notę sędziowską (ech, ten telemark oceniany z niewłaściwej strony..), o.. I właśnie. Mistrzostwa były rozgrywane z uwzględnieniem czynnika wiatru (wind factor), polegającego na tym, że podczas skoku wykonuje się bliżej nieznaną liczbę pomiarów siły wiatru, których wyniki przy pomocy wzorów wyższej matematyki (bliższe dane są chronione lepiej, niż tajemnice IPN) przelicza się na uśredniony pomiar wiatru (tangential wind speed). Przelicznik tego wiatru na punkty zależy od poszczególnych skoczni – w każdym razie zasada jest prosta: wiatr pod narty to minus, wiatr w plecy to plus. W Planicy – sądząc po oficjalnych wynikach (PDF) – jeden m/s wiatru był przeliczany na około 10,8 pkt. Czyli 0,4 pkt odpowiada mniej więcej wiatrowi 0,04 m/s, czyli 4 cm/s.

Zadaję sobie pytanie: jaki jest sens wyliczania „czynnika wiatru”, jeżeli w decydującym momencie wpływ tego czynnika na wyniki daje efekty przypadkowe? Bo żaden skoczek nie jest w stanie przewidzieć, jaka wyjdzie mu uśredniona prędkość wiatru, i jak mu się to przełoży na wynik. A jeżeli przy dwóch równo skaczących zawodnikach (takich jak Ammann i Małysz w piątek), przy niewiele rózniących się notach, o wyniku końcowym zadecyduje absolutnie nieodczuwalne kilka centymetrów na sekundę siły wiatru w tą czy tamtą stronę? Idea „oddania sprawiedliwości” zawodnikom, którzy skaczą przy zupełnie innym wietrze, niż ich rywale (czym innym jest 1,2 m/s pod narty, a czym innym jest 1,5 m/s w plecy), była może i słuszna, ale to aptekarskie mierzenie wiatru i przeliczanie setnych metra na sekundę na dziesiąte punktu, staje się karykaturą tej idei. A już pomijam zupełnie, że przy zmiennym wietrze w ciągu skoku (inny wiatr na progu, inny na dole), średnia niczego mądrego nie powie, czego przykładem zdaje się być pierwszy skok Małysza w Oslo – gdzie przydusiło go na progu, po czym komputer radośnie pokazał wyliczony „fantastyczny” wiatr pod narty.

Aha, i żeby nie było wątpliwości: nie obwiniam nowego systemu za porażkę Adama. Gdyby w Planicy nie stosowano przeliczania siły wiatru (ograniczając się do systemu punktów za zmianę belki), to Jacobsen wyprzedziłby Małysza nie o 0,4 pkt, lecz o 4 pkt [aczkolwiek w decydującym skoku Małyszowi więcej odjęto]. A w „gołych metrach” strata byłaby jeszcze wyraźniejsza. Zadecydowały słabsze sobotnie skoki, przy czym z mojego punktu widzenia, [w drugim skoku] Małysz miał pecha i wpadł w jakąś dziurę powietrzną w drugiej fazie lotu (było widać wahnięcie, po którym stracił wysokość). Cóż, Pani Fortuna mu w tym roku nie sprzyjała. Ale i tak jest Wielki:)

Paraolimpijskie refleksje gigantowe

Tym razem zerknąłem na rozgrywane na Igrzyskach Paraolimpijskich zawody w slalomie gigancie, niewidzących i niedowidzących (visually impaired). Podobnie jak w biathlonie, jechali za przewodnikiem. W pewnej chwili zaczęła się psuć pogoda, padał deszcz ze śniegiem, robiła się mgła – widoczność była coraz bardziej ograniczona, jeden z zawodników nawet zrzucił gogle. Tak sobie pomyślałem, że im być może ta zła widoczność przeszkadza mniej, niż dobrze widzącym.

Jechało co najmniej dwu całkiem niewidzących (tylu dostrzegłem). Obaj wpadli na tyczki. Szkoda.

Patrząc na tempo jazdy tych niedowidzących, zastanawiałem się, czy – z moimi mizernymi umiejętnościami i całkowitym brakiem treningu – byłbym w stanie zjechać tak szybko jak oni? (nawet jeżeli różnice czasowe między najlepszymi a najgorszymi wynosiły w jednym przejeździe ze 3 minuty)

Kto lepszy, kto gorszy

Diogenes spotkał kiedyś na ulicy triumfalny pochód mistrza olimpijskiego. Zapytał go: a z kim wygrałeś, z lepszymi czy gorszymi od siebie? Mistrz odrzekł, że z gorszymi, skoro ich pokonał. Na co Diogenes spytał: skoro wygrałeś z gorszymi od siebie, to z czego się cieszysz? – i wrócił do beczki.

Pytanie, kto jest naprawdę lepszy, wraca w sporcie jak zwariowany bumerang (a my Polacy mamy w tym względzie znaczące osiągnięcia, ze wszelkimi naszymi „moralnymi zwycięstwami”). W ostatnich latach najczęściej pytanie pojawiało się w kontekście Roberta Kubicy, kiedy wszyscy próbowali udowadniać, że jest naprawdę lepszy od Felipe Massy, Jensona Buttona czy innych kierowców prowadzących szybsze bolidy (a w szczególności że jest lepszy od Nicka Heidfelda). Nadejście Igrzysk Olimpijskich spowodowało niemal wysyp nowych takich dyskusji.

Jako pierwszy rozgorzał spór, czy Simon Ammann (i to już po konkursie na średniej skoczni) jest lepszy od Adama Małysza (choć większość to pytanie rozumiała jako „dlaczego Adam Małysz i tak jest lepszy od Simona Ammanna”). Jeszcze się dobrze nie uspokoili wszyscy, a już buchnęło nowe zarzewie – czy Justyna Kowalczyk jest lepsza od Marit Bjoergen? Bo niby w bezpośredniej walce o medale przegrywa, ale wiadomo, że trasy nie są godne Prawdziwych Biegaczek, że wspomaganie lekami na astmę, że wygrała Tour de Ski i na „prawdziwych” trasach w tym sezonie nie ma sobie równych (cóż, Norwegowie zapewne by skontrowali, że w tych biegach, w których startują obie, Bjoergen w tym sezonie zwykle wygrywa z Kowalczyk).

Najbardziej jednak interesujący przypadek dyskusji o lepszości nie dotyczy jednak (na szczęście) naszych reprezentantów. W tegorocznej olimpijskiej rywalizacji łyżwiarzy figurowych liczyło się trzech zawodników: Jewgienij Pluszczenko, Evan Lysacek i Daisuke Takahashi, i ku ogólnemu zdumieniu wygrał Lysacek, pomimo że faworyt Pluszczenko skoczył kombinację poczwórnego toe-loopa z potrójnym toe-loopem (a pozostali ograniczyli się do skoków potrójnych). W Rosji uznano to za oszustwo, i na rozmaite sposoby demonstrowano wyższość Pluszczenki (otrzyma zdaje się złoty medal wytopiony z precjozów zgromadzonych w drodze zbiórki publicznej, sam zawodnik miał tymczasem kazać odlać sobie medal z platyny). Sęk jednak w tym, że nie tyle sędziowie dopuścili się nadużycia w swoim werdykcie, ile Lysacek wycisnął, co tylko się dało, z systemu oceniania – stawiając nie na ryzykowne wykonywanie supertrudnych elementów, ile na perfekcyjne wykonanie tych bardzo trudnych, trudnych i pozostałych, oraz podnosząc sobie możliwe do uzyskania oceny za skoki przez wykonanie ich w drugiej części programu (kiedyś wszyscy zaczynali programy od wykonywania skoków jednego za drugim, aż do znudzenia, dlatego wymyślono taką „premię”). Pluszczenko pojechał zaś – przekonany o przewadze, jaką daje mu skok poczwórny – zgoła niedbale, wykonując skoki (i inne elementy) poprawnie, lecz nie perfekcyjnie, i odpuszczając w jednej z kombinacji wykonanie trzeciego skoku, planowanego jako ledwie podwójny. W końcowym efekcie przegrał o niespełna 1,5 pkt, czyli wykonanie planowanej trójkombinacji dałoby mu złoty medal.

Jewgienij Pluszczenko w piruecie Denise Biellmann

Cóż, słyszałem wiele głosów, że to nie w porządku, żeby mistrzem zostawał zawodnik wykonujący mniej trudne skoki, niż inny (moim zdaniem zresztą żaden z tych dwóch na tytuł mistrza nie zasługiwał, ale to nie Konkurs Chopinowski, gdzie można nie przyznać I Nagrody). Łyżwiarstwo figurowe to jednak nie konkurs skoków akrobatycznych – gdzie wystarczyłoby po kolei puszczać zawodników do wykonania tylko określonego elementu, odrębnie punktowanego (gdzie Pluszczenko nie miałby sobie równych, przynajmniej dopóki nie pojawiliby się tacy, którzy wyspecjalizowaliby się tylko i wyłącznie w efektownych skokach). Przypomina mi się w tym momencie wielokrotna mistrzyni Europy Surya Bonaly, pierwsza czarnoskóra zawodniczka światowego formatu – ona, zwłaszcza przy pierwszych sukcesach, bazowała niemal wyłącznie na skokach, które potrafiła wykonywać całymi seriami (wykonywała też salto na łyżwach, ale go tylko w pokazach, bo na zawodach było nieprzepisowe). Ponieważ zawsze jednak miała problemy z pozostałymi elementami łyżwiarskimi (nie pomagała jej zresztą sylwetka), na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich przegrywała (jej mało zrównoważone programy nie cieszyły się przychylnością sędziów, czasem do przesady i nawet może niesprawiedliwości). Jestem ciekaw, na ile Pluszczenko chciałby się poczuć Suryą Bonaly – jakkolwiek na początku swojej kariery też bazował na wykonywanych seriami skokach i piruecie Denise Bielmann (znacznie jednaj zgrabniej wykonując wszystkie elementy, co wystarczało na wygrywanie imprez europejskich, ale nie dawało zwycięstw na światowych, gdzie ważniejsza była harmonia i perfekcja wykonania wszystkich elementów (czasem nawet kosztem mimo pomyłki w skoku) i wygrywali Jagudin czy Stojko.

Surya Bonaly wykonuje salto

Pozostawiam na uboczu – bo na Igrzyskach Zimowych to trochę rzadsze – przypadki, w których zawodnik osiąga rekordowe rezultaty w biegach eliminacyjnych czy półfinałowych, po czym w finale mistrzem zostaje ktoś z rezultatem słabszym (moglibyśmy co najwyżej wspomnieć o „mistrzach kwalifikacji” w skokach) czy te frapujące przypadki, w których do mistrzostwa w konkurencji wystarczał wynik słabszy, niż w tej samej konkurencji uzyskany w wieloboju (zdarzały się takie przypadki w konkurencjach lekkoatletycznych, acz dawno; ciekawych odsyłam do nieocenionych 500 zagadek olimpijskich Eugeniusza Skrzypka, skąd pochodzi też otwierająca anegdota). Cóż jednak powiedzieć o lepszości mistrza olimpijskiego na 10 km Koreańczyka Lee Seung-Hoon, skoro w biegu był daleko za Holendrem Svenem Kramerem, a tytuł zdobył tylko dzięki temu, że Kramer pojechał przez moment po niewłaściwym torze, i to wyłącznie na skutek błędnej podpowiedzi trenera?

Można spędzić długie godziny na formułowaniu ocen, dlaczego jednego zawodnika uznamy za lepszego niż drugiego. Ale podstawową zasadą zawsze zostanie, że ten, kto zgodnie z przepisami osiągnie najlepszy wynik, będzie mistrzem.

Szwedzkie skoki w Vancouver

Notka „z zapasów”, bo w trakcie Igrzysk nie miałem czasu, żeby ją odpowiednio opracować:)

Interesujące skoki na nartach zaprezentowali w trakcie Igrzysk szwedzcy reprezentanci. O ile przy tym skok Patrika Jarbyna przypominał bardziej narciarstwo akrobatyczne:

patrik jarbyn whistler super-g fall

o tyle Anja Parson zademonstrowała już całkiem niezłe umiejętności właściwe „klasycznym” skoczkom. Można się rzecz jasna nieco czepiać przechyłu na bok w pierwszej fazie lotu i nadużywania maniery Birgera Ruuda w środkowej części skoku, ale już próba lądowania była godna rasowego skoczka lub skoczkini.* Przyznam szczerze, że kiedy patrzyłem na ten lot i lądowanie z wysoka, to przypomniał mi się historyczny skok Janne Ahonena z Planicy. Nic to, że cztery razy dłuższy. I tylko nie do końca wiem, dlaczego uznano, że nie ukończyła konkurencji, wszak dosunęła się po śniegu aż do mety samej, i zmieściła się w bramie. Może za bardzo przy skoku skosiła tyczkę.

A swoją drogą spodziewam się, że długość skoku Parson będzie jeszcze źródłem niejednej legendy. Na podlinkowanym materiale podają 56m, mnie pamięć podpowiada, że Kanadyjczycy w którejś z powtórek pracowicie wymierzyli jej skok na 58m. A taki Supergigant wspomina to już jako skok o długości 65m. Jeszcze parę lat, i będzie się opowiadać, że poleciała równie daleko, jak Johan Eriksson czy Isak Grinholm na średniej skoczni – co będzie oczywistą nieprawdą, bo.. ci dżentelmeni w ogóle do Whistler nie przyjechali.

*MKOl starannie wycina wszystkie filmiki z Igrzysk, a na oficjalnej niestety żadnego nie ma, więc jak link okaże się pusty, to przykro mi; teraz jeszcze działa