Dwa wyścigi

Jutro ostatni wyścig sezonu. Zapowiada się z wielu względów.. emocjonalnie – będzie wiele pożegnań (być może wielu żegnających się będzie chciała coś na pożegnanie udowadniać, a przynajmniej dobrze się dać zapamiętać), ale przede wszystkim rozstrzygnie się walka o mistrzostwo świata. 

Brazylijski tor Interlagos ma „szczęście” do takich finałowych rozstrzygnięć. Cztery lata temu Felipe Massa przejeżdżał linię mety w przekonaniu, że już jest mistrzem. W warunkach chaosu wywołanego deszczem, który spadł pod sam koniec wyścigu, na ostatnim zakręcie Lewis Hamilton wyprzedził ślizgającego się Timo Glocka (który zaryzykował i nie zmienił opon na przeznaczone do jazdy w deszczu) i rzutem na taśmę zdobył piąte miejsce, wyprzedzając świętującego Brazylijczyka o jeden punkt. Rok wcześniej tenże Hamilton ruszał do wyścigu jako lider klasyfikacji, z bezpieczną wydawało się przewagą (piąte miejsce również wystarczyłoby mu do zdobycia mistrzostwa), ale po rozmaitych perypetiach dojechał siódmy, przegrywając tytuł o punkt* z trzecim dotąd Raikkonenem. 

Jutro piąte miejsce dla lidera klasyfikacji może się okazać niewystarczające. Może, jeżeli goniący go w tabeli Fernando Alonso dałby radę wygrać, co po kwalifikacjach nie wydaje się szczególnie prawdopodobne (Alonso startuje z ósmego miejsca, liderujący Vettel z czwartego, które dowiezione do mety da mu tytuł). Można się więc spodziewać dwóch wyścigów: czołowa dwójka będzie de facto rywalizować ze sobą o tytuł (wyliczanie wariantów wyników odbywa się niczym w eliminacjach polskiej reprezentacji piłkarskiej, reszta pojedzie o swój jak najlepszy wynik. Vettel nie musi gonić jak szalony, ważniejsze dla niego jest dojechanie do mety, jego przewaga to tylko i aż 13 punktów (przy 25 za zwycięstwo i 12 za czwarte miejsce). Poważnie się zastanawiam, czy najlepszym dla niego rozwiązaniem nie byłoby puszczenie przodem czołowej trójki i pilnowanie, żeby rywal się przez niego nie przedostał (bez podtekstów) – bo powstrzymanie go od podium wystarczy nawet przy przedwczesnym zakończeniu wyścigu przez Vettela. Zdarzyć się może wszystko, może znów spadnie deszcz (w kwalifikacjach chwilę pokropił, prognozy są niepewne), mogą być wypadki.. w każdym razie życzyłbym sobie, żebyśmy mistrza poznali dopiero w chwili kiedy obaj pretendenci miną flagę w biało-czarną szachownicę (i zarazem nie później, bo to by oznaczało, że o tytule zdecyduje werdykt sędziów).

Pół szklanki benzyny

O torze wyścigowym w Abu Zabi opinie krążą zróżnicowane, w zależności od punktu widzenia: jedni chwalą jego wygląd i klimat wyścigów przy zachodzącym słońcu i zapalonych latarniach, inni narzekają na nudę pomiędzy startem i metą. W tym roku już po kwalifikacjach padł komentarz, że więcej emocji, niż wszystkie trzy poprzednie wyścigi, dostarczyło oczekiwanie na werdykt sędziów w sprawie samochodu lidera cyklu. 

Osobiście mam wrażenie, że ta opinia jest przesadzona. Rozumiem, że trudno jest sobie coś przypomnieć ciekawego z inauguracyjnego wyścigu w 2009, toczonego właściwie o nic, w ubiegłym roku najciekawszym zdarzeniem był nieoczekiwany defekt opony bezapelacyjnego lidera już na pierwszych zakrętach (dzięki czemu zdarzyło mu się po raz siódmy w sezonie nie wygrać wyścigu). Trudno jednak zapomnieć wyścig z roku 2010, kiedy ważyły się losy tytułu mistrzowskiego (na starcie matematyczne szanse miało 4 kierowców). Lider cyklu postanowił pilnować głównego rywala, i za późno się zorientował, że niebezpieczeństwo czai się z innej zupełnie strony, utkwił za jakże średnim Witalijem Pietrowem bezsilnie próbując go wyprzedzić przez 37 okrążeń; w ostatecznym rozrachunku przegrał tytuł o 5 punktów (miał o cztery mniej, ale gorszy bilans.. czwartych miejsc), czyli trzy pozycje na mecie tego wyścigu, teoretycznie najzupełniej w zasięgu. Gdyby dał radę wyprzedzić.

W tym roku kwalifikacje już zakończyły się sensacją, bo Sebastian Vettel zwyczajnie zatrzymał się na torze. Zatrzymał się już po zakończeniu czasu, kiedy nikt już nikomu nie mierzył tysięcznych sekundy, po prostu dostał polecenie „zatrzymaj się natychmiast” (podobno na polecenie producenta silnika). Przeprowadzone natychmiast śledztwo (regulamin techniczny nakazuje powrót po kwalifikacjach do alei serwisowej o własnych siłach), zakończyło się enigmatycznym komunikatem, że zatrzymanie było spowodowane „siłą wyższą” (ciekawość uważnych obserwatorów tylko się wzmogła). Przy okazji stwierdzono jednak, że z zatrzymanego na poboczu bolidu, nie udało się już wypompować wymaganego regulaminem litra paliwa do badań, zabrakło raptem 150 mililitrów, czyli nieco ponad pół szklanki (złośliwi mówią, że to mniej niż puszka Red Bulla). Nie umiem się oprzeć myśli, że ta siła wyższa przyszła o parę sekund za późno (na pokonanie pełnego okrążenia toru potrzeba – przy prawie pustym baku i przez to maksymalnie lekkim samochodzie – pewnie ze dwa litry paliwa) – bo gdyby nie przyszła, to w boksach Vettel też przecież zostałby zdyskwalifikowany, mając tego paliwa jeszcze mniej. 

Tym niemniej, spodziewam się emocji: Vettel goni z samego końca stawki, Fernando Alonso z szóstego miejsca na starcie będzie starał się maksymalnie zmniejszyć stratę, dzięki czemu dwa ostatnie wyścigi zapowiadają zaciętą walkę aż do samego końca. Jeśli chodzi o mnie, może być do ostatniego zakrętu, jak cztery lata temu.

Medale Agnieszki

Tenisowy sezon pań się skończył (bez względu na to, że finał Masters dopiero jutro), zaczyna się czas podsumowań.

Agnieszka Radwańska wystąpiła w tym sezonie w 18 turniejach WTA (nie licząc rzeczonego Masters). W połowie tych turniejów zajęła pozycje medalowe – można by rzec, zdobyła trzy złote (Dubaj, Miami, Bruksela), dwa srebrne (Wimbledon, Tokio) i cztery brązowe (Sydney, Dauha, Stuttgart, Madryt). Tak, oczywiście, te brązowe medale to przy założeniu, że półfinaliści dostają je z automatu, bez gry o trzecie miejsce, ale taki system też się przecież nieraz stosuje – a z drugiej strony można było przecież potraktować Masters jak zwykły turniej, wtedy byłoby 5 brązowych i 10 łącznie na 19 startów. 

Do tego dodajmy, że w tych 9 niemedalowych turniejach, mamy 5 razy ćwierćfinały, czyli o krok od medalu, a zaledwie 4 turnieje tak naprawdę mniej udane. A przecież Radwańska jako zawodniczka z Top10, gra przede wszystkim w największych turniejach (ta Bruksela to może wyjątek, bo to była taka zapchajdziura po nieoczekiwanie szybkiej porażce w Rzymie). Skończy sezon na 4 miejscu na świecie.

Na pewno jednak Agnieszka oddałaby sporo z tych wirtualnych medali (choć puchary czy patery za zwycięstwo czy udział w finale są bardzo realne) za choćby jeden medal na londyńskich igrzyskach (nie piszę wszystkie, bo finał Szlema to sukces potężny). Jak już pisałem, więcej w tych nieudanych Igrzyskach pecha niż lekceważenia, na pewno trzeba będzie wziąć ten fakt pod uwagę przy ocenie sezonu.

Bo tekst ten piszę już zaczynając podsumowywanie roku sportowego. Wiem, wcześnie, ale rok długi, mało co dobrego już się może zdarzyć, a kategorycznych wniosków i tak jeszcze nie stawiam. Przy takich wynikach, nie sposób pominąć Radwańską na wysokim miejscu w plebiscytach i rankingach. Twardo stanę w obronie prymatu mistrzów olimpijskich (Tomasz Majewski konkurencji w zasadzie mieć nie powinien, Adrian Zieliński może jednak mówić o sporej dozie szczęścia), ale z innymi medalistami Agnieszka może już śmiało powalczyć. Wszak Robert Kubica w roku 2008 wygrywał plebiscyt PS, choć w 18 wyścigach zdobył tylko 7 medali, w tym 1 złoty…

Jak nie New Jersey, to co?

Dotarła w tym tygodniu wiadomość, że hucznie zapowiadane na czerwiec przyszłego roku Grand Prix Ameryki na nowo budowanym torze ulicznym w New Jersey (nad brzegiem rzeki Hudson, z panoramą na Manhattan), zostaje odłożone na rok 2014. Oficjalnie podany powód to opóźnienia w budowie niektórych budynków (co się myśli nieoficjalnie, to zostawmy na uboczu, bo i tak się pewnie do końca nie dowiemy). 

Pytanie, które bardziej wszystkich nurtuje, brzmi: co w zamian? I tu się nagle okazuje, że tak jak chętni do organizowania wyścigów Formuły1 się pchają drzwiami i oknami, to więcej w tym dobrych chęci, niż możliwości. Wyścig Formuły 1 to przede wszystkim potężne pieniądze, zaczynając od kilkudziesięciu milionów dolarów opłaty na rzecz organizatora cyklu, przez koszty budowy toru po wszelkie wydatki związane z logistyką. Oczywiście, każdy liczy na sponsorów, reklamodawców, bilety, ale tak naprawdę nie obywa się zwykle bez dofinansowania ze strony miasta organizującego wyścig lub nawet państwa (które z kolei liczą na zyski w postaci zwiększonych obrotów dzięki najazdowi kibiców oraz publicity które ma wygenerować dalszy ruch turystyczny). 

Niestety, te rachunki niekoniecznie się chcą domykać. Ściganie na torze w Stambule skończyło się z powodów finansowych, z tych samych przyczyn (zwłaszcza biorąc pod uwagę kryzys finansowy) Walencja zrezygnowała z samodzielnego organizowania wyścigu, dzieląc się nim z Barceloną. Niemcy również zamiast dwóch wyścigów w roku (jak kiedyś) z trudem organizują jeden (Nuerburgring jest na skraju bankructwa, a Hockenheim otwarcie mówi, że nie stać ich na coroczny wyścig). Francja już-już miała znaleźć się w przyszłorocznym kalendarzu, ale stanowcze „nie” dla dofinansowania wyścigu przez państwo (zwłaszcza po wyborach), okazało się przeszkodą zbyt poważną. Nie znalazł się w kalendarzu wyścig w Meksyku, podobno też nie są tam jeszcze gotowi na goszczenie Formuły w roku 2013. Kibice wzdychają za różnymi torami znanymi z przeszłości, jak choćby Imola, ale to nie kibice domykają budżet. Wygląda więc na to, że jeśli nie stanie się cud (czytaj: nie znajdzie się bardzo bogaty wujek), to w przyszłym roku będzie 19 wyścigów zamiast 20, w końcu większość planów nowych wyścigów (Rosja, także mgliste zapowiedzi Argentyny czy Tajlandii) to dopiero 2014, czyli na święty nigdy. 

Przekleństwo nowoczesności

Stadion Narodowy bardzo nowoczesnym stadionem jest, i nie zmieniają tej opinii ani „drobne oszczędności” czynione przez operatora (jeśli dobrze rozumiem, to murawa jest w jakiejś wersji „odchudzonej”) ani też niefrasobliwe (lub podejmowane w warunkach niepełnej wiedzy) decyzje organizatora i uczestników. Na tyle nowoczesnym, że polega się już chyba tylko na nowoczesnych, sprawdzonych, wzajemnie się zabezpieczających i wspierających systemach (no chyba że okazuje się, że brak jednego usprawiedliwia się drugim i na odwrót). 

Kiedy bowiem patrzyłem na płytę Narodowego przed dzisiejszym nie-meczem z Anglią, zadziwiało mnie, że nie widziałem żadnych prób mechanicznego poradzenia sobie z problemem nadmiaru wody. Różne mecze i sytuacje widziałem, czy to na ostatnim Euro, choć za wschodnią granicą, czy też na ostatnim Pucharze Narodów Afryki – deszcz też człowiek, spaść może, nawet i nawałnica błyskawiczna, a woda od tysięcy lat taka sama, spłynąć musi. Po to kiedyś jednak były na stadionach walce (ręczne), żeby nadmiar wody z płyty wyciskać, Ukraińcy ponoć (nie pamiętam, gdzieś tylko dziś zaczytałem, a zmyślać nie chcę) wideł używali, żeby woda szybciej uciekała. Ba, takie rzeczy to nie tylko w futbolu, na wyścigach Formuły 1 ostatnimi czasy jak leje, to na całego, w zeszłym roku w Kanadzie przecież cztery godziny trwało, aż deszcz minął i wyścig został rozegrany. I co? Najskuteczniejsze na ten deszcz były szczotki i łopaty… A u nas została ślepa wiara w drenaż (o którym właściwie nie wiadomo czy jest), dach (o którym właściwie nie wiadomo kiedy można zasunąć, a kiedy nie) i tradycyjny jakośtobędny optymizm, że ten deszcz w końcu przestanie padać i wszystko będzie cacy.

I w gruncie rzeczy z jednej rzeczy się cieszę (choć nic pewnego na razie nie wiadomo, więc jakby na zapas) – czekając na werdykt sędziowski i wsłuchując się w drwiąco-oburzone komentarze, cały czas miałem nadzieję, że na koniec się nie okaże, że gdzieś ktoś po prostu zapomniał czegoś odkręcić, lub co gorsza jakaś szmata coś przytkała, i przez to woda nie spływa, choć powinna. Na razie na to nie wygląda.

Koreański szal

W zamierzchłych czasach (miejmy nadzieję że naprawdę zamierzchłych) jednym z modnych narzędzi tortur był „hiszpański but”. Dziś na koreańskim torze Yeongam, wymyślono (przypadkiem może) nowe narzędzie, a jego ofiarą padł Lewis Hamilton. Kiedy walcząc o wyprzedzenie bolidów Toro Rosso, wyjechał kołami poza krawędź toru, na podłoże ze sztucznej trawy, mocno już podniszczonej, oderwał kołami pas tej trawy, który zaczepił mu się na bocznej osłonie. Od tego momentu jechał z powiewającym wzdłuż nadwozia zielonym szalem, na szczęście nie groził mu los Isadory Duncan, ale jazda musiała się stać dla niego prawdziwą torturą, zamiast walczyć o wyższą lokatę, pozostało mu obronić ostatnie punktowane miejsce. 

Nie lepiej podczas wyścigu czuł się zapewne Romain Grosjean, ostrzegany z lewej i prawej, że ewentualny incydent z jego udziałem może mieć dla niego niezmiernie przykre konsekwencje (po ubiegłotygodniowym wjechaniu w Marka Webbera). Jechał, jakby mu ktoś trzymał jądra w imadle, unikając ryzyka, nawet kiedy miał szansę na udany atak, przez co ostatecznie stracił co najmniej jedną pozycję na rzecz Hulkenberga. 

W czubie wyścigu było za to wręcz filmowo, aż wypada rozdać wyścigowe Oscary. Nagrodę za najlepsze specjalne efekty dźwiękowe otrzymuje zespół Red Bull, który w końcówce okrążenie za okrążeniem podsycał grozę informując Vettela, że w każdej chwili jego prawa przednia opona może zakończyć swój wyścig. Drugą nagrodę w zespole Red Bulla zgarnia Mark Webber, jako best supporting actor (nazwa angielska celniej oddaje istotę, niż polskie „rola drugoplanowa”), za rewelacyjne udawanie walki z partnerem na pierwszym okrążeniu. Żeby nie faworyzować jednej stajni, nagrodę za reżyserię otrzymuje weteran Rob Smedley za perfekcyjne ustawienie kolejności samochodów Ferrari („Felipe, jesteś za blisko Fernando”). I jak to na Oscarach – w czołówce było zasadniczo.. nudno.

Koń kontra koń mechaniczny

Przy okazji Igrzysk Olimpijskich nieraz pojawiają się pytania „a dlaczego na Olimpiadzie nie ma żużla/wyścigów/innych sportów motorowych”. Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, bo właściwie.. nie ma dobrej odpowiedzi. Najbardziej oficjalna, jaką znam, brzmi „bo wynik zależy nie od ludzkiego wysiłku, ale od maszyny”. 

Z pozoru jest to odpowiedź rozsądna, ale diabeł tkwi w szczegółach. W niejednym sporcie sukces zależy jak najbardziej od jakości sprzętu używanego przez sportowców, w tym od wykorzystania najnowszych technologii. Na londyńskich Igrzyskach padały zarzuty, że spektakularne triumfy brytyjskich kolarzy torowych były w dużej mierze sukcesem tajnej technologii (póki co nie ma konkretnych dowodów, że tak było). Stopień zaawansowania technicznego w łucznictwie, wioślarstwie czy żeglarstwie też może sprawiać, że talent i wytrenowanie nie wystarczą, żeby mierzyć się z przeciwnikiem posiadającym lepszy sprzęt (nie analizuję tu regulaminów technicznych), wyścig technologiczny w skoku o tyczce przez całe dekady prowadził do nieustannego wymyślania nowych materiałów i rozwiązań dających nowe rekordy. 

Powie ktoś, że w tych wszystkich sportach koniec końców jednak wysiłek ludzki ma kluczowe znaczenie. Rozumiem, że faktycznie łódka bez mocnych wioślarzy sama szybko nie popłynie, a wytrzymałość fizyczna kierowcy wyścigowego nie przekłada się bezpośrednio na szybkość jego samochodu (choć oczywiście kierowca o słabszej formie fizycznej daleko nie zajedzie). Pytanie brzmi jednak: a co z jeździectwem, gdzie to od cech indywidualnych konia sukces bardziej zależy, niż od cech jeźdźca? Poza tym historia olimpizmu podpowiada, że w roku 1908, w Londynie, rozdawano medale w zawodach łodzi motorowych…

Dodać jeszcze należy, że kilka lat temu Karta Olimpijska wyraźnie wykluczała możliwość dopuszczenia do Igrzysk sportów opartych na napędzie mechanicznym, ale jej obecna wersja obowiązująca od roku 2011 już tego nie przewiduje. Czy więc doczekamy się za kilka lat sportów motorowych na Igrzyskach? Na Rio może być już za późno (termin na ustalenie dyscyplin upływa w przyszłym roku), ale na 2020 – kto wie, w końcu za niespełna rok dopiero dowiemy się, kto będzie ich gospodarzem: Stambuł, Tokio czy Madryt. Do rozwiązania będzie przede wszystkim (oprócz problemu infrastruktury zawodów) problem sposobu kwalifikacji do Igrzysk. Kto wie, może najlepszym i najprostszym rozwiązaniem będzie „symboliczne” uznanie za część zawodów olimpijskich, odpowiednich zawodów z cyklów mistrzowskich, które mogłyby zostać zsynchronizowane w czasie z Igrzyskami (symbolicznie, bo na pewno nie uda się dojść do porozumienia między sponsorami olimpijskimi, a sponsorami odpowiednich cykli, zespołów i zawodników); w końcu w tym roku Grand Prix Formuły 1 Wielkiej Brytanii na Silverstone odbywało się raptem na 3 tygodnie przed londyńskimi zawodami, żużlowe GP w Cardiff dwa tygodnie po nich, Rajd Walii i motocyklowe GP były może w ciut większych odstępach, ale mogłyby spokojnie zostać inaczej ustawione w kalendarzu. W końcu skoro medale olimpijskie były przyznawane (za „wybitne osiągnięcia”) alpinistom i szybownikom, to dlaczego nie kierowcom, motocyklistom czy pilotom?

Londyn, Szkocja, Francja

Na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl piszę w takim tempie, że wrzucanie na bieżąco zajawek do notek zaburzyłoby tradycyjny porządek na tym blogu, zakładający w miarę możliwości regularny płodozmian i unikanie powtarzania kategorii. Dlatego teraz zajawka zbiorcza do trzech nowych notek:
– z Londynu o powrotach sportowców w sporcie paraolimpijskim,
– ze Szkocji o tym, jak śnić na granatowo, 
– i o tym, jak najlepiej jechać do Francji na Euro.  

Komentarze wyłącznie pod właściwymi notkami.

Nie całkiem oczekiwane powroty

Igrzyska Paraolimpijskie wydają się być pomyślane głównie dla tych, którzy nie mogą dołączyć do rywalizacji sportowców pełnosprawnych (chociaż już na przykład Oscar Pistorius i Natalia Partyka czynią to założenie nieadekwatnym). Nic jednak przecież nie stoi na przeszkodzie, aby w sporcie niepełnosprawnych kontynuować karierę, która z uwagi na stan zdrowia jest wykluczona wśród „zdrowych”. 

Na tegorocznych Igrzyskach w Londynie pojawiło się co najmniej (nie śledziłem szczegółowo list ze zgłoszeniami) dwoje zawodników, którzy swoje kariery w „normalnym” cyklu już zakończyli, a dziś spełniają warunki do startu w zawodach paraolimpijskich. Więc najpierw wspomnijmy o Ilke Wyludda, niemieckiej dyskobolce i (po trosze) kulomiotce, mistrzyni olimpijskiej z Sydney; jeszcze w roku 2000 była olimpijką w Sydney, lecz 10 lat później musiała poddać się amputacji nogi. Z kolei włoski kierowca Alex Zanardi startował w różnych seriach wyścigowych, włącznie z Formułą 1 (acz bez większego powodzenia), póki w roku 2001 nie uczestniczył w poważnym wypadku na torze, po którym uratował życie, ale nóg już nie; mimo niepełnosprawności przez kilka sezonów startował w zawodach samochodów turystycznych, wygrywając cztery wyścigi, po czym podjął rywalizację w wyścigach handbike (podobno nie ma dobrej polskiej nazwy na rowery napędzane rękami, najczęściej trójkołowe).

Ilke Wyludda na razie nie jest tak silna jak w swoich najlepszych czasach, ani bezpośrednią odległością, ani liczbą punktów (z uwagi na nierówność stopnia niepełnosprawności, nawet w obrębie danej kategorii nieraz przelicza się wynik na punkty przy użyciu indywidualnych przeliczników), paraolimpijskie zawody w rzucie dyskiem zakończyła na 9 miejscu, może z kulą pójdzie jej lepiej. Alex Zanardi został właśnie mistrzem w jeździe indywidualnej na czas (w swojej kategorii, w innej tytuł akurat zdobył nasz zawodnik Rafał Wilk), rozegranej na dobrze mu znanym torze wyścigowym Brands Hatch.

PS (bo nie pasuje mi do myśli notki, lecz nie chce się odczepić) W zawodach rzutu dyskiem udział wzięła – obok bohaterki notki – między innymi reprezentantka Konga. Odległości miała bardzo słabe, wynik punktowy wręcz przerażająco słaby (11 pkt przy 319 pkt następnej zawodniczki i 1004 pkt zwyciężczyni), może lepiej jej pójdzie za parę dni w biegu na 100 metrów. Jak widać w Igrzyskach Paraolimpijskich też wciąż udział się liczy.

Aaa, Blog Day 2012!

I jak zwykle, co roku (taka nowa świecka tradycja) niewiele brakowało, żebym zapomniał o Dniu Blogera czy też może od Dniu Blogowania czy tez może o Dniu Bloga (to raczej bym w urodziny obchodził), czyli całkiem swojsko o Blog Day. 

Na szczęście w tym roku jestem przygotowany – będzie do bólu i znudzenia monotematycznie, albowiem w tym roku polecać się będzie:
1. F1talks czyli o Formule1 w nieco innej formule – krótkie opowiastki, nieraz mocno techniczne, faszerowane solidnie zdjęciami, do tego dla chętnych podgląd Twittera na bieżąco,
2. James Allen on F1 czyli czołowy brytyjski komentator Formuły1,
3. Joe Saward czyli stary brytyjski dziennikarz zajmujący się Formułą1 od wielu, wielu lat (nazywany ostatnio złośliwie Caterham Joe z racji swej admiracji dla zespołu znanego obecnie jako Caterham F1, niegdyś jako Lotus Team, ogólnie poczuwający się do bycia kontynuatorem i troskliwym opiekunem niegdysiejszego zespołu Lotus),
4. Sokolim Okiem, czyli o Formule1 pisze Mikołaj Sokół, najlepszy polski były komentator F1, bliski przyjaciel Roberta Kubicy i kopalnia wiedzy o tym, co w Formule1 przez wiele lat się działo,
5. byłoby przesadą,  żebym wstawiał tu piąty blog poświęcony F1, więc tradycyjnie życząc przyjemności w czytaniu wszystkich blogów na blogrollu podpowiem, że jeden blog tam również…

I tak oto minął kolejny Blog Day, w tym roku będący zarazem pierwszym dniem pierwszego weekendu wyścigowego po letniej przerwie:)