Splątany

No i proszę, człowiek niby uważa na to co robi, a tu nagle trach! i jestem wplątany w jakiś łańcuszek. Wprawdzie na co dzień mam do takich rzeczy stosunek tak mocno olewniczy… nie, złe słowo w dzisiejszych czasach, powiedzmy więc zbutatraktujący, ale jakoś tak nie wypada sąsiadce, więc dla towarzystwa Cygan….

1. Żyjesz raczej rano, czy wieczorem?
Kiedyś na pewno wieczorem, dziś.. nie wiem. Nie wiem, czy to życie mnie zmieniło, czy starość, ale coraz częściej czuję, że łatwiej mi wstać o jakiejś 5.30 i zrobić, niż kończyć coś o 01.00. Zwłaszcza latem.

2. Gdy potrzebujesz  „dopalacza” czy „poprawiacza nastroju” sięgasz po…?
Jestem uzależniony od herbaty. Mam w domu specjalny kubek o pojemności mniej więcej pinty imperialnej, jest lekki i śliczny (w koniki, nie chce mi się robić zdjęcia), ma tylko jedną wadę: nie chce się sam zmultiplikować, przez co nie mogę go zabrać do biura (i cierpię jak Maria Peszek).

3. Podróż w nieznane, czy planowana z przewodnikiem – książkami – atlasami w ręku?
No kiddin. Dziś w nieznane?
(a poza tym z dzieckiem przedszkolnym czy wczesnoszkolnym się jeździ w planowane)

4. Potrawa (albo napój) który przyrządzasz najlepiej.
Herbata oczywiście:) Ciężkie pytanie, bo coraz rzadziej bywam w kuchni, musiałbym Juniora spytać, bo on najczęściej zjada to co przyrządzam, ale że potrafi kręcić nosem nawet na naleśniki francuskie z czekoladą, to nie jest wiarygodny. Więc.. niech będzie gazpacho (rzadko się robi, bo są pewne warunki wymagane)

5. Niezapowiedziani goście mile widziani, czy raczej „mój dom to moja twierdza”?
Zasadniczo nie miewam, więc problem lekko akademicki. Czy to nie oznacza wariantu drugiego?

6.  Miłe wspomnienie z dzieciństwa
Tak wiele różnych i przeróżnych było…

7. Jedno miejsce, w którym czujesz się jak w domu
Ten blog? :) Nie spędzam tyle czasu w jakimś miejscu poza domem, żeby je tak wyróżniać. W fajnym miejscu szybko mogę się poczuć jak w domu (o, tu, tu czy tu na przykład). No, prawie. 

8. Ty i muzyka. Jaką muzykę byś poleciła innym, czego koniecznie powinni posłuchać? I czy śpiewasz?
Najtrudniejsze dotąd pytanie:) Słucham nie nałogowo, lecz dla przyjemności, czasem obojętnie, czasem dobierając. Eklektycznie do bólu, czego kolejnym dowodem jest zawartość tagów muzyka i przyczepiło się niech leci – a jeden znajomy rzekł mi raz po cichu, że boi się zawartości mojej tablicy na Facebooku, bo tam to dopiero można dziwa znaleźć. 
Co bym polecił? Każdemu jego nutki, ale jak mus to powiem, że bez Dżemu*, R.E.M.u i Stinga to nie ma kompletności.
Śpiewać mi żona zakazała, tylko papieru na to nie mam. Ale gitary kiedyś nadużywałem, ciekawe czy dziś palce by udźwignęły. Przy czym skorzystam z okazji żeby zacytować Mistrza Poniedzielskiego – „korzystając z okazji że na sali nie ma gitarzystów zagram, a korzystając z okazji że na sali nie ma wokalistów zaśpiewam”.
*z Ryśkiem oczywiście 

9. Zwierzęta. Miałaś albo masz?
Żółwia wciąż mam. O zwierzętach przeszłych mówić nie chcę zbyt wiele. 

10. Twoja półka z przyprawami.
Jak już pisałem, w kuchni spędzam coraz mniej czasu, ale słoiczków z przyprawami wciąż w niej dostatek. I tak, wciąż pamiętam która do czego może posłużyć, ostatnio wciąż nadużywam kolendry mielonej.

11. Piszesz blog, bo….
…bo mi się nie znudził jeszcze, a piąty rok za pasem.

Nienasycenie magikami brzmienia

Czasami aż boję się włączyć ten utwór. Boję się, że chwyci i nie będzie chciał puścić, jak jakie licho (nie, nie powiem złe). 

Zagryzłem wargi i zmierzyłem się z nim systematycznie, żeby odnaleźć to trudno uchwytne Coś, co tak jak złapie to trzyma niczym zęby pasożyta. Nie jest to tekst, choć miejscami duszaszczypatielny (jeszcze na chwilę do niego wrócę). Nie chodzi też o charakterystyczne dla wykonawcy rozbudowanie, w innych utworach robią to jeszcze piękniej i sprytniej, ale to działa zupełnie inaczej. Nie chodzi tu chyba nawet o długą solówkę gitarową, bo wwierca się przez uszy do mózgu od samego początku, długo zanim pomyślimy o jej istnieniu.

Nie wiem, jak oni to zrobili, czy to kwestia doboru instrumentów, czy może magicznych sztuczek realizatora dźwięku, ale doprawdy nie pamiętam, żebym słyszał taką barwę i głębię klawiszy i gitar (wersje na żywo są oczywiście urocze, ale już to brzmienie nie jest aż tak magiczne). Za każdym razem, kiedy ich wysłucham, rodzi się w trzewiach pragnienie więcej i więcej, There is hunger still unsatisfied. Nie róbcie sobie wielkich nadziei, że tego unikniecie, Gilmour i spółka was dopadną.

Yeti

W mojej okolicy pojawił się Yeti. Świadczą o tym ślady bosych stóp na śniegu, jakie zobaczyłem dziś na dachu swojego garażu.

Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że te ślady mają jakiś związek z faktem, że kiedy dziś myłem okno w łazience, to szmata wypadła mi z ręki i spadła na zewnątrz. Okno w łazience jest nad wanną, więc żeby się nie pomoczyć, zdjąłem do mycia skarpetki. A że z tego okna na dach garażu jest tylko około metra…

Uwierzcie mi, nie chcecie zostać Yeti. Najchętniej wyraziłbym to dużo dobitniej, ale ponieważ znam kogoś, kto osiągnął w tym absolutne mistrzostwo, więc już zmilczę. 

Bałwanki i łosie

Rodzice udali się wspólnie na koncert charytatywny do szkoły Juniora. Koncert obejmował przeróżne rzeczy: występy wszystkich klas po kolei, gościnny występ przedszkolaków (chłopcy przebrani za łosie, pardon – renifery, imitujący machaniem Jingle Bells, a wokół nich tańczące Śnieżynki), nienastoletnie cheerleaderki, nauczycielkę-szansonistkę z zespołem, oraz gwiazdę jakiegoś telewizyjnego muzycznego show (personaliów Ojciec niestety dla notki, a na szczęście dla siebie, nie spamiętał). Gwiazda dała na siebie czekać, bo zabłądziła gdzieś w korytarzach szkoły, nie było to trudne, jakiejś trzyletniej dziewczynce też się udało, na scenie była nawet szybciej. 

Podczas koncertu Matka robiła furorę wśród młodzieży szkolnopodstawowej, bo pracowicie przerabiała porozkładane na krzesłach ulotki na stateczki i czapeczki; nie chciała robić samolotów, żeby nie rozpoczęły po sali lotów, ale młodzież poczuła się wystarczająco zainspirowana, żeby składać je we własnym zakresie. Ojciec tymczasem skupiał się na obserwowaniu widza z sąsiedniego krzesła, który aż stawał na krześle z wrażenia i nie przeszkadzały reflektory od czasu do czasu błyskające w oczy; kiedy stał na krześle, był od siedzącego Ojca wyższy o całe pół głowy, podtrzymywała go na tym krześle rodzicielka, dla trzylatka taki koncert to wciąż atrakcyjna rzecz. 

Junior wystąpił jako jeden z wielu w grupie, starannie zapamiętany przez Rodziców i pewnie nikogo więcej. Ojciec cały czas ma też w pamięci dziewczynkę z trzeciej klasy (integracyjnej), siedzącą na scenie na wózku inwalidzkim, która w wykonywaniu żywej i skocznej piosenki była w stanie uczestniczyć jedynie uśmiechami i lekkimi drgnięciami dłoni. 

Ja tu tylko blogaskuję i naprawiam prymus

Gdybym miał Ambicje, powinienem zacząć ten wpis od „My, Blogerzy polscy…”. Ale normalnie aż strach. Dowiedziałem się oto bowiem, że w blogowaniu nie chodzi tylko o stukanie paluszkami w celu przelania na bajty tego, co człowiekowi w duszy zagra – istnieje jakieś blogesse oblige czy noblesse bloge, że bloger to jest Ktoś.

Zaczęło się od tego, że pewna Znana Blogerka (jak literkowała na bloksie, to kiedyś nawet raz czy drugi zajrzałem, nieco zadarty nos IMHO miała, ale co ja tam wiem, naprawiam tylko prymus) napisała półżartem na fejsie, że zepsuł się jej aparat fotograficzny. Półserio odpisał jej zaraz przedstawiciel producenta, oferując bezpłatny serwis, więc przekazała mu aparat do bezpłatnego serwisu. A bezpłatny serwis ustalił, że jeśli chciałaby nadal sensownie korzystać z tego samego aparatu, to musiałaby wyskoczyć z jakiejś jednej trzeciej średniej krajowej (przy czym taki sam model, nie śmigany, kupiłaby za połowę kosztu naprawy). No i panie, zgroza, jak tak można (choć jeśli wierzyć opisowi, to sposób komunikacji ze strony producenta zasługiwał na osobne wyśmianie). Opis znajdziecie tutaj

A potem, śmiejąc się wciąż nieźle, trafiłem na tekst innej Jeszcze Bardziej Znanej Blogerki, która ogólnie opisała Etos Blogera i dlaczego jest nadużywany (lub niedoużywany). Właściwie nie mam siły go opisywać ni streszczać, niech sam tytuł powie za siebie: Jestę blogerę czy jestem blogerem?

Ech, proszę państwa, jak widać Bloger brzmi dumnie. Ponieważ ja z tych, co z patosu wolą się pośmiać (Facebook alert) niż się nim udławić, więc dla porządku deklaruję: nie jestem blogerę, nie jestę blogerem, ja tu tylko sprzątam, blogaskuję po cichu (i naprawiam prymus, oczywiście). 

O życiu z energią

W zimie energia, a zwłaszcza dobra energia, jest niezmiernie potrzebna. Bierzmy ją skąd się da, zawsze pomóc może dobra piosenka. Jest na przykład taka jedna, prosta w gruncie rzeczy – ale tak fantastycznie rozplanowana rytmicznie, że tylko chce się klaskać. Perkusja to tylko jeden z instrumentów rytmicznych, dzielnie sekundują jej gitara i fortepian, a do tego Amy McDonald wyśpiewuje tekst tak cudnie, jakby sama była odpowiedzialna za podawanie rytmu. To jest życie, proszę państwa.

Życie ma rzecz jasna niejedną stronę, więc i nie skończymy tu na jednej piosence. W tej może rytm aż takiego znaczenia nie odgrywa, zresztą mam wrażenie, że młodzież (jeśli tu wpada, przynajmniej płci żeńskiej) może nie wyczuć energii płynącej z ejtisowego syntezatora (ja stary człowiek jestem, sztuczna energia z syntezatora to dla mnie normalność), ale wciąż jakże fajnie gadają gadają o życiu

Żeby energii nie brakło, to uderzymy jeszcze i w inną nutę.Tym razem o życiu będzie z lekkim wykopem, na rockowo, ale za to z jaką uroczą historyjką, jak to w życiu trzeba sobie radzić z przeciwnościami, żeby osiągnąć cel w pięć minut. To też nasze życie?

A teraz, kiedy już wszyscy naładowani pozytywną energią, to przejdziemy do filozofii. Bo w końcu, wiecie, życie to jest życie, więc z tą myślą skoczcie sobie na parkiet, skandujcie i klaszczcie🙂

Chitalu, Messi, Wilimowski

Jeszcze niedawno, jedynie statystycy wiedzieli, jaki jest rekord strzelonych goli w sezonie we wszystkich rozgrywkach (dopóki nie należał do Messiego). 

Jeszcze niedawno, jedynie najstarsi statystycy wiedzieli, jaki jest rekord strzelonych goli w jednym roku kalendarzowym (dopóki Messi nie potrzebował nowego rekordu do pobicia).

Jeszcze wczoraj, jedynie najstarsi szamani wiedzieli, że rekord Muellera został pobity w 1972 roku przez Zambijczyka Godfreya Chitalu, który strzelił 107 goli we wszystkich rozgrywkach. 

Rafał Stec (który informacją o Chitalu niejako sprowokował mnie do tej notki) żałował później, że Messiemu zaczyna brakować rekordów do bicia (choć ten Chitalu, przyznaję, może być trudny do pokonania, pozostanie pewnie niczym rekord Sotomayora). Niezasadnie: czemu Messi nie miałby bić rekordów w jednym meczu? Wszak rekord pamięta II Wojnę Światową, właśnie mu stuka 70 lat (Stephan Stanis z meczu Pucharu Francji Racing Club-Aubry Asturies, 16 goli), dużo młodszy jest rekord w meczu reprezentacyjnym (Australijczyk Thompson trafił 13 razy do siatki Samoa Amerykańskiego ledwie w roku 2001). A gdzie choćby przebicie rekordu Wilimowskiego z 1939 roku, kiedy 10 razy wbił gola Union Touring Łódź?

Bo nie!

Jadę sobie drogą mocno zakręcającą między domami. Za którymś z 90-stopniowych zakrętów wyskakuje na mnie tablica reklamowa (?):

GZYMSY BONIE KOLUMNY

Zafrapowało mnie: czy to taki nowy trend jest na rynku, że teraz się zdobne gzymsy oferuje, a kolumny są passe (nie mam ani jednych, ani drugich, na zewnątrz ni wewnątrz), czy też tylko ten konkretny wykonawca (sprzedawca?) ma taką awersję do elementów pionowych i umiłowanie dla poziomych?

No jak bonie dydy, nie wiedziałem dotąd, że istnieje też taki element architektoniczno-budowlany jak bonie

Spędzać zimę w Nicei?

Pewna bliska mi osoba zwykle podkreśla, że najchętniej spędzałaby zimę w Nicei. Nigdy nie byłem w Nicei zimą, więc nie wiem jak tam jest, pewne obserwacje poczyniłem jedynie latem, ale że mamy w tej chwili u siebie zimę niewątpliwą, to odrobina południowej słonecznej aury na pewno nie zaszkodzi.

Nicea Nice Francja FranceNad Niceą faktycznie tu i ówdzie widać góry, jak to na Riwierze.

Nicea Nice Francja FranceZresztą orientacja „w górę” jest tam popularna, i nie chodzi wcale o wieżowce.

Nicea Nice Francja France Hotel NegrescoWspominałem Romaina Gary.. w tej okolicy mógł się szwendać.

Nice Nicea Francja France port
A morze, jak to morze. 

Nicea Nice Francja France
Z góry zawsze widać lepiej. A pod tymi markizami na dole sprzedają Lody. 

Aerodynamiczne właściwości warkoczy

Zima za oknem rozkręciła się na dobre, można poczuć, że nastał sezon sportów zimowych. Obejrzałem więc dziś sobie wreszcie zawody Pucharu Świata w skokach, na już wkrótce olimpijskiej skoczni w Soczi (RusSki Gorki się to chyba oficjalnie nazywa, strasznie pretensjonalne). W przerwie puścili krótki skrót (najlepsze skoki drugiej serii) z wcześniejszego konkursu pań, niestety nie mam obecnie Eurosport 2, więc nie mogłem obejrzeć „na żywo”. Zapamiętałem, że jedna ze skaczących (przepraszam, że słowo „skoczkini” czy „skoczka” tak trudno mi przechodzi przez palce) miała zwisające spod kasku całkiem pokaźne warkoczyki, widziałem ją na belce, jakoś nie zauważyłem, jak później wyglądały w locie (rosyjscy realizatorzy nie sprawują się najlepiej), a mocno mnie to zaciekawiło. 

Damskie skoki tego roku w ogóle są „w natarciu”, konkursy są zsynchronizowane z zawodami męskimi (pomysł mądry, jeśli nie wręcz oczywisty), nawet jeżeli na razie ograniczają się do skoczni średnich (zwanych też normalnymi). Przed pierwszym weekendem pucharowym pamiętam nawet entuzjastyczny tekst, że czołowe zawodniczki to już prawie takie gwiazdy, jak męska czołówka. Dobrym punktem porównawczym miał być pierwszy (w mojej pamięci przynajmniej) pucharowy konkurs drużyn mieszanych. Konkurs był i owszem, emocjonujący, skoki panie oddawały efektowne, ale wciąż nie sposób ukryć, że to trochę jak pojedynki seniorów z juniorami, w których ci ostatni dostają znaczące fory. Różnica ośmiu bramek startowych przekłada się w równych warunkach na plus minus 30 punktów, czyli tyle, ile dzieli miejsce w czołówce od zakwalifikowania sę do drugiej serii. Owszem, w konkursie mieszanym jeden ze skoków Sary Takanashi był (nawet po uwzględnieniu tej różnicy) na poziomie porównywalnym ze średnimi panami, ale to wciąż jednak zjawisko jednostkowe, dziś najlepsza w pierwszej serii Sarah Hendrickson pomimo zasługującej na szacunek odległości 103,5 m (przy odległości sędziowskiej 106 m) w konkurencji uniseks mogłaby co najwyżej postraszyć czwartego naszego reprezentanta Bartka Kłuska w rywalizacji o miejsce.. 47. Niemniej kiedy skaczą z tych bramek, które są im wyznaczane, to skoki te istotnie wyglądają imponująco, a przecież nie czepiamy się Carmelity Jeter, że jest wolniejsza od Usaina Bolta.

Dla porządku dodajmy, że te warkoczyki niewątpliwie nie spowodowałyby problemów z mierzeniem odległości. Nie tak jak na igrzyskach olimpijskich w Helsinkach, kiedy to Elżbieta Duńska (później znana lepiej jako Krzesińska), osiągnęła trzeci wynik, zweryfikowany jednak po proteście na jedenasty. Powód? Jej piękny, długi blond warkocz dotknął piasku o 60 centymetrów bliżej belki, niż stopa, i oficjalnie uznano, że warkocz jednak jest częścią ciała, a więc liczy się ślad warkocza.