Ruda i Zosiek

Nieszczęsnym przebojem tygodnia był tekst o bohaterach Kamieni na szaniec – o tym, jak to należy ich zdemitologizować, bo byli antysemitami, a przynajmniej obracali się w anstysemickiej rzeczywistości, a przynajmniej Kamiński nic nie napisał o problemie żydowskim (przynajmniej w wydaniu wojennym), oraz że Rudy z Zośką mieli romans. Kto nie czytał, niech wygugla (jeśli koniecznie potrzebuje).

Nie, nie zamierzam nawet przez chwilę zastanawiać się, czy mamy do czynienia z odkryciem Ukrytej Prawdy jak u Dana Browna, głowić się, czy Rudego odbijali dlatego, żeby przyćmić inne wydarzenia, czy też może dla ukojenia odchodzącego od zmysłów kochanka. Zadaję sobie tylko jedno pytanie: po co właściwie jest ten tekst? (Opcję „żeby zohydzić narodowi jego bohaterów” zostawiam prawicowym megalomanom.) I tylko dwa powody widzę, niewykluczające się: jeden to chęć zabłyśnięcia, drugi to wierszówka (lub inna forma honorarium).

Bo nie wiem, jak można czytać Kamińskiego i nie wyłapać kwestii elementarnej, oczywistej: że demitologizujące zarzuty nie mają żadnego wpływu na sens opowieści. Akcja z Kopernikiem, akcja z kotwicami, wszystkie inne akcje małego sabotażu i poważnej dywersji, zachowują ten sam sens. No i co zmieniałaby orientacja w tej patetycznej scenie z recytowaniem Słowackiego?

A poza tym zawsze wolałem Alka.

Oh, Django

Taki ze mnie odmieniec, że imię Django nie kojarzy mi się w pierwszej kolejności z Quentinem Tarantino, tylko ze starym poczciwym filmem z lat 60-tych (gdybym chciał zaszpanować, powiedziałbym że z pewnym gitarzystą jazzowym, ale nie będę przesadzał, słucham go po raz pierwszy w życiu pisząc te słowa, a o jego istnieniu wiem tyle, że chyba w przewodniku po Paryżu zauważyłem jego nazwisko z 15 lat temu). Django Unchained na razie bowiem nie widziałem, lecz myślę, że nie zrobiłby dużo większego wrażenia niż na nastolatku oglądana na wideo historia o facecie chodzącym z trumną, a w mrocznym finale na cmentarzu rozstrzeliwującym swoich wrogów z rewolweru mimo zmiażdżonych dłoni. 

Obrazy zapamiętałem, gorzej było z dźwiękami – i jestem dozgonnie wdzięczny Tarantino, że był uprzejmy mi je przypomnieć. W odróżnieniu od WO nie będę przy tym wybrzydzał na klasę śpiewającego piosenkę tytułową Rocky’ego Robertsa, bo on w tym utworze robi za paprotkę. Wystarczy bowiem posłuchać tego samego utworu w wersji czysto gitarowej, żeby zrozumieć, że należy się skupić wyłącznie na kompozytorze. 

Luis Bacalov, argentyński geniusz włoskiej muzyki. Django słucham niemal w kółko, w wersjach wszelkich. Nie poprzestaję oczywiście na tym jednym utworze (miłośnicy Tarantino radośnie przypomną też Grande Duel czy genialne Summertime Killer), całą notkę mógłbym zaspamować linkami do takich perełek jak Paranagua… A przecież jest jeszcze oscarowa muzyka do Listonosza

Oh, Django, oh, Quentin, dziękuję.

Kształty i kolory wiosny

Świecką tradycją tego bloga stało się uzupełnianie notek z wakacji, osobnymi notkami je obrazującymi przy pomocy sugestywnych zdjęć. Złożyło się tak jednak niedawno, że kiedy opublikowałem notkę nawiązującą wizualnie do tych luźnych refleksji, to wzbudziło to silne negatywne emocje licznych Czytelniczek (z powodu nazbyt rażącego kontrastu między światem na zdjęciach a światem za oknami). Drugie podejście do tematu będzie więc uwzględniać zarówno zmienność pory roku, jak i pogodę za oknem (oraz dzisiejszą datę).

van Gogh Irysy Irises Amsterdam Museum Muzeum
Irysy, Van Gogh Gallery, Amsterdam

Cezanne Vase bleu niebieski wazon Musee d'Orsay
Cezanne, Błękitny wazon, Musee d’Orsay, Paryż

Claude Monet Coquelicots Maki Musee d'Orsay
Monet, Maki, Musee d’Orsay, Paryż

Powyższych zdjęć sam nie robiłem, choć mogłem:)

Afrykańskie refleksje świąteczne

Przy śniadaniu Junior pokazuje na przepiórcze jajo i woła radośnie: O, patrzcie, tam jest Afryka! (istotnie plama przypominała).

Przy tymże śniadaniu Matka westchnęła, że właściwie to chętnie spróbowałaby kiedyś strusiego jaja (tu powinien być link do notki o wycieczce na strusią fermę, której raczej nie napisałem). Cóż… może przy okazji jakiejś dużej okazji rodzinnej.. na wesele Juniora albo coś…

Ojciec westchnął w duchu (zerkając na śnieżną pierzynę za oknem), że właściwie chętnie by powrócił do spędzania Wielkanocy na słonecznej plaży, jak to mu się w Afryce zdarzało. Pisanki na ciepłej plaży, to je ono.

Seksistowsko o drobiu

Jak delikatnie sugerowałem w poprzedniej notce, w tym roku na Wielkanoc wpadło mi do głowy, żeby zrobić kaczkę. Rozejrzałem się więc po markecie, znalazłem specjalistyczną chłodnię z drobiem. Pod tabliczką „kaczki” leżały co prawda indyki, ale jakoś nie dałem się zrazić, przesunąłem się w kierunku indyków i bez zaskoczenia odnalazłem tam kaczki. 

W sobotę kaczka została natarta tym i owym, odstawiona, następnie wypchana znów tym i owym (amatorów ścisłych receptur odsyłam do szkół gastronomicznych oraz na blogi stricte kuchenne), władowana do piekarnika. Nowość sytuacji (bo chyba jednak nie zauroczenie) sprawiała, że zwracałem mniejszą uwagę na drobiazgi, licząc z niecierpliwością na efekt końcowy (może jeszcze czas odgrywał też jakąś rolę). 

Upiekła się. Dziś została rozporcjowana i napoczęta, i – skoro spokojny dzień nastał – jakoś tam mankamenta zaczęły wychodzić na jaw. Muszę nie bez urazy przyznać, że rzeczona kaczka jakaś taka była… niedogolona, jak również – mówiąc językiem bez mała prostackim – płaska jak decha (choć tłuszczu z niej wytopiłem zarazem tyle, że do prawdziwej wiosny mi smalcu starczy). Chyba jestem przyzwyczajony do młodych, gładkich i bardziej piersiastych kurek. 

Niemniej, kaczka zostanie moja, świętujcie przy swoich!

Plejlista okołoświąteczna

Właściwie to po co najmniej dwudniowych przygotowaniach, prawie wszystko jest gotowe, coś tam jeszcze leniwie dochodzi w piekarniku (zagadka dla miłośników chaotycznej kuchni – co to może być takiego…), ale to już nic pilnego, na śniadanie nie będzie potrzebne (choć i tak będzie gotowe). Przypominam, żeby nic nie odkładać na rano, bo nam w nocy godzinę kradną i można rano nie zdążyć. 

Dokończywszy niezbędnych prac domowych, mogę się rozleniwić (zanim nadejdzie ten moment, w którym uświadomię sobie, że o czymś zapomniałem i będę musiał nerwowo gonić, żeby zdążyć). Czuję się już na tyle rozleniwiony, że pisać zasadniczo też mi się nie chce, i w związku z tym ograniczę się do zanotowania ku pamięci swojej i radości cudzej paru kawałków, które czepiają się mnie w ostatnich dniach niczym… eee, metafory mi się skończyły. W każdym razie najpierw będzie śpiąco, potem dynamicznie, a na koniec – ciepło, jak mi się zdaje, jeśli coś mi się pokręciło, to wybaczcie, pogodzie też się pokręciło. 

Nie gwarantuję, że jeszcze nie ponudzę w ten wydłużony weekend, ale jakby nie to już teraz wszystkim życzę Wesołych Świąt. 

Świątecznie

Nie mam nastroju na drażliwe tematy (a ostatnio tak się jakoś składało, że moją uwagę przyciągały tematy drażliwe, dyskusyjne, budzące emocje), więc nie będę próbował napisać czegoś wbrew sobie. 

Skoro zaś mamy Święta całkiem za pasem, to pozwolę sobie jedynie przypomnieć własną notkę sprzed czterech lat na temat znaczenia świąt dla sportowców – oraz życzyć wszystkim Wesołych Świąt i do zobaczenia na wiosnę!

Oświadczenie w sprawie kradzieży

W związku (mniej lub bardziej ścisłym) z napływającymi zapytaniami dotyczącymi opisanego w poprzedniej notce zdarzenia, niniejszym uroczyście oświadczam, że:
– śmieci nie stanowiły pamiątki rodzinnej,
– nie wiązał mnie z nimi żaden bliższy związek emocjonalny,
– absolutnie nie zamierzam poszukiwać ich aktualnych posiadaczy.

Jednocześnie dla precyzji oświadczam także, że:
– nie ukradziono mi pieca podobnego do bramy triumfalnej,
– nie ukradziono mi roweru,
– nie ukradziono mi księżyca (choć tu właściwie nie mam pewności, bo rzadko się ostatnio z księżycem widujemy). 

Ukradli mi tylko wiosnę, ale tu mam nadzieję, że jednak oddadzą.

Ukradziono mi śmieci

Wystawiłem wieczorem przed dom worki z sortowanymi odpadami. Około północy, robię to zwykle tak późno jak się da, kiedy już nic innego mi się robić absolutnie nie chce, a nie czekam do rana, bo wtedy zwykle człowiek się spieszy i dodatkowa robota tylko wprowadza niepotrzebną nerwowość.

W nocy wiało obrzydliwie mocno, więc rano wyjrzałem, jak tam worki ze śmieciami. Worek ze szkłem był na miejscu. Worek z plastikiem był przewrócony. Worka z makulaturą nie było. Worek z puszkami (i innymi metalowymi odpadami) wisiał na płocie. To znaczy prawidłowo byłoby powiedzieć: worek po puszkach wisiał na płocie, pusty.

Rozejrzałem się po sąsiednich domach, u tych sąsiadów, którzy wystawili worki (to wciąż w pełni dobrowolne, bez przymusu choćby ekonomicznego), też nie widziałem ani worków na metal, ani na makulaturę. Najwyraźniej zbieracze odpadów urządzili sobie nocną szychtę między dwunastą a szóstą. Mam tylko nadzieję, że firma zbierająca odpady zostawi mi nowe worki, bo inaczej już się mogę zdenerwować, następnym razem być może spakuję wieczorem, ale wystawię już rano. 

Znalazców moich śmieci uprzejmie uprasza się o ich nieoddawanie. 

Wice-Prezes

Rzeknę tak chłopsko-filozoficznie, że nasza liga jest jaka jest i grają w niej tacy piłkarze, jacy grają. Geniuszy trudno się spodziewać, kto zdolniejszy to zwykle szybko się wyprowadza, a jak pogra gdzieś na poważnie, to rzadko kiedy wraca. Trudno więc w tej naszej lidze spodziewać się zawodników wybitnie utytułowanych. 

Owszem, w zamierzchłych czasach, przed Bosmanem i Mazowieckim, występowało w tej naszej lidze dość paru medalistów mistrzostw świata (choć wszyscy z medalami za miejsce trzecie), jak również mistrzów i wicemistrzów olimpijskich (często to ci sami co poprzednio wymienieni). Turniej olimpijski cieszy się jednak w świecie futbolowym niezmiennie mniejszym poważaniem, kiedyś jako turniej dla amatorów (formalnie), dziś jako turniej dla młodzieży, zdecydowanie przegrywając z mistrzostwami świata czy nawet mistrzostwami kontynentów. Mistrzów świata jako żywo przypomnieć sobie w naszej lidze przypomnieć nie umiem, co najwyżej jeden mistrz świata przyjeżdżał do naszych sądów; wicemistrzów świata też skojarzyć nie umiem, mistrz Europy czy Ameryki Południowej też mi do głowy nie przychodzi…

Tej wiosny koszulkę Górnika Zabrze wciąż przywdziewa Prejuce „Prezes” Nakoulma. Jakby na to nie patrzeć, jest w tej chwili najbardziej utytułowanym w polskiej lidze zawodnikiem, jeśli chodzi o futbol reprezentacyjny. Nieoczekiwany (acz moim zdaniem w pełni zasłużony) tytuł wicemistrza Afryki to osiągnięcie, za którym daremnie wzdychają inni zatrudnieni w polskiej ekstraklasie. I jest on… prawie najbardziej utytułowanym w polskiej lidze kiedykolwiek (zachowując powyższą hierarchię). Prawie, bo jednak występował już w polskiej lidze zawodnik mający na koncie tytuł wicemistrza Europy, okraszony na dodatek jednym z europejskich pucharów; miał też szansę na medal mistrzostw świata, ale na drodze stanęli mu… Polacy. Któż to taki?