1984

Po losowaniu ćwierćfinałów Ligi Mistrzów wydawało się prawie pozamiatane (że papierowi faworyci przejdą bez problemu), po pierwszych meczach jeszcze bardziej (choć z faworytami już tak dobrze nie było). Dzisiejszych rewanżów z wielu powodów nie oglądałem, dyskretnie najwyżej śledziłem przez internet, ich wyniki przyjmuję z sympatią, jak większość, Rafał Stec pisał nawet, że Liga Mistrzów to jeden z najwspanialszych wynalazków w dziejach ludzkości (oraz że jednak niczego nie rozumie z futbolu, najwyraźniej Stambułu mu było za mało).

Zadumałem się przez moment. Dziś do półfinałów awansowały FC Liverpool i AS Roma, jeżeli los nie zetknie ich w półfinale, to możliwa będzie (teoretycznie) powtórka sprzed 34 lat. Wtedy to te same drużyny, w charakterystycznych czerwonych strojach, grały w finale (wtedy jeszcze) Pucharu Mistrzów (formalnie Pucharu Europy Mistrzów Krajowych, ale wszyscy mówili w skrócie). Mimo że mecz rozgrywany był w Rzymie (tak wyszło), zwycięsko wyszła ekipa z Anfield (nie piszę Anglicy, bo ci stanowili mniejszość w składzie złożonym z przedstawicieli całej Brytanii, jeśli nie Commonwealthu). 

Tamte rozgrywki byłyby szokiem dla współczesnego kibica. W finale zmierzyli się wprawdzie mistrzowie Anglii i Włoch, ale reszta przedstawicieli „wielkiej piątki” nie dotarła nawet do ćwierćfinału, czy to za sprawą niekorzystnego losowania, czy zwykłej słabości. W półfinale grały Dinamo Bukareszt (wyeliminowało wcześniej obrońcę trofeum – HSV) i Dundee United (ograli u siebie Romę do zera), w ćwierćfinale walczył mistrz NRD. A mistrz Polski? Tradycyjnie, w pierwszej rundzie…

Powtórkę finału z 1984 biorę w ciemno. Wiem, której czerwonej drużynie będę kibicował, ale najpierw niech się to stanie.

Liczyć jak Grant Thornton

Prawo. Prawo. Dużo prawa mamy. Mówią, że z każdym dniem przybywa coraz więcej i więcej. Jest nawet firma doradcza która zajmuje się zliczaniem, ile tego prawa dokładnie przybywa każdego roku (chciałem napisać, że każdego dnia, ale nie chciałbym przypisywać tego na wyrost). Podobno gdyby ktoś chciał czytać wszystkie przyjmowane w 2017 roku ustawy i rozporządzenia, musiałby na to poświęcić 3 godziny i 37 minut z każdego dnia roboczego (w sumie opublikowano w 2017 roku 27118 stron przepisów) – co przedstawia się jako straszliwą barierę biurokratyczną rozwoju gospodarki.

Wdałem się o poranku w krótką wymianę zdań z przedstawicielem firmy doradczej i postanowiłem zmarnować chwilkę na pokazanie jak to wygląda. Nie mam niestety dostatecznie długiej chwilki, żeby przeanalizować choćby miesiąc prawotwórstwa (w marcu w Dzienniku Ustaw dokonano 209 publikacji), więc ograniczyłem się do minimalnej próbki z dnia 1 marca roku. Tego dnia w Dzienniku Ustaw dokonano 11 publikacji, czyli powyżej średniej wynoszącej (przy 22 dniach roboczych w marcu 2018) 9,5 publikacji dziennie. Z tych 11 ogłoszonych aktów trzy to teksty jednolite – jednej ustawy i dwóch rozporządzeń (pomijamy bo to nie „nowe przepisy”, firma również je pomija w metodologii – plusik). Pozostałe osiem to rozporządzenia, liczące sobie 35 stron (wg Dziennika Ustaw, nie w przeliczeniu na maszynopis). Dużo? Jak sobie wyobrazimy „35 stron przepisów”, to wydaje się pokaźny stosik. Ale…

Rozporządzenia z natury swojej są aktami niższego rzędu, o charakterze wykonawczym, wydanymi na podstawie konkretnych ustaw i najczęściej służącymi uregulowaniu kwestii szczegółowych, o których przeciętny prawnik (a tym bardziej przedsiębiorca czy obywatel) nawet nieraz nie pomyśli, i z którymi – z prawdopodobieństwem przekraczającym 90% – nigdy się nie zetknie.

Przedmiotem 8 rozporządzeń opublikowanych w dniu 1 marca 2018 roku były kwestie:
1. zmiany szczegółowego wykazu czynności wykonywanych przez Oddział Celny w Małaszewiczach,
2. właściwości prokuratury we Włoszczowie,
3. dodania jednej pozycji w wykazie chorób zwierząt, których rozpoznawaniem zajmuje się jedno z laboratoriów Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach,*
4. liczby osób powoływanych na ćwiczenia wojskowe w 2018 roku (nieco ponad 2 tysiące, gdyby kogoś interesowało)
5. trybu wypłat związanych z Europejskim Funduszem Morskim i Rybackim,
6. sposobu ustalania tożsamości przy legitymowaniu przez Straż Ochrony Państwa (dawny BOR), czyli jakie dokumenty będą dla funkcjonariusza wystarczające,
7. zniesienia pełnomocnika ds. informatyzacji wymiaru sprawiedliwości,
8. ocen okresowych i opinii służbowych funkcjonariuszy Służby Celno-Skarbowej.
*żeby dokładnie się tego dowiedzieć, musiałem sięgnąć do głównego rozporządzenia, sama zmiana jest bardzo enigmatyczna („w załączniku w tabeli w Lp w kolumnie dodaje się…”

Z tych 35 stron, aż 25 stron przypada na rozporządzenie o ocenach i opiniach. Z czego 20 stron to wzory dokumentów. 

Teraz każdy sam sobie może w spokoju odpowiedzieć: gdyby przeglądał treść Dziennika Ustaw, to czy po zobaczeniu spisu treści zaglądałby głębiej. O ile oczywiście nie dokonuje transportów przez Małaszewicze, nie zajmuje się sprawami karnymi w okolicach Włoszczowy, nie ubiega się o dofinansowanie z Funduszu… Dla firmy doradczej Grant Thornton wszystkie te strony przepisów wyglądają tak samo.

Różowa bestia

Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły… a o poranku naszego – wciąż jeszcze zimowego – czasu rozpocznie się na dobre ściganie najpotężniejszych samochodów świata, w Australii będzie wtedy raczej pora five’o’clock, w sumie będziemy mogli wspólnie z nimi pić herbatę, tylko bardziej śniadaniową.

Pisałem poprzednio o charakterystycznym różowym samochodzie (z białymi wstawkami wygląda jak lizaczek). Dziś spoglądając podczas treningu na to jak te maszyny wyglądają w ruchu, patrzyłem na lizaczka z pewnym niedowierzaniem. Kiedy bowiem pokazywano go na prostej en face, mocno oświetlonego słońcem, to umocowane po bokach pionowe elementy aerodynamiczne tworzyły niespodziewany, groźny wzór.

Force India 2018 pink livery F1

Widzicie to coś pomiędzy kierowcą a lewym przednim kołem? No właśnie. Szukałem jeszcze potem dobrą chwilę na nagraniu treningu, i trafiłem na ujęcie z bliska. To dopiero zakapior się zrobił, różowiutki.

Force India 2018 pink livery F1

Pytanie tylko na ile będzie szybki.

Z czego dumny jest premier Morawiecki?

Premier Mateusz Morawiecki oznajmił że jest dumny z Marca 1968. Nawet na oficjalnym koncie twitterowym rządu o tym napisano.

Morawiecki Marzec 1968 twitter

Ciekawe z czego dokładnie. Dziady Dejmka zeszły z afisza jeszcze w styczniu, więc odpada. Ale zostało tyle innych możliwości:
– z relegowania Szlajfera i Michnika
– z pałowania studentów
– z pobicia Kisiela przez nieznanych sprawców
– z preparowanych materiałów telewizyjnych mających imitować poparcie narodu dla Partii
– z wyrzucenia z pracy Kołakowskiego, Baumana i innych 
– z represji wobec uczelni i studentów
– z przemówień Gomułki i Gierka
– z nawoływań do zrobienia porządku z syjonistami
– ze zmuszenia do emigracji tysięcy ludzi
– z masowych zatrzymań i procesów.

Różowy flaming

Zbliża się początek kolejnego sezonu Formuły 1. Jesteśmy już po pierwszych prezentacjach nowych samochodów, które magicznie z dnia na dzień zmieniały wygląd w miarę jak z fabryk wydostawały się kolejne nowe części, przeznaczone na ten właśnie sezon, a nie pożyczone z zeszłorocznych zapasów. Jesteśmy już także po pierwszej serii testów, solidnie utrudnionej przez mroźne podmuchy z Syberii, strasznie żałuję że nikt nie zrobił zdjęć kolorowych samochodów na tle zaśnieżonego toru w Barcelonie. 

Wygląd samochodów to jeden z głównych tematów, z jednej strony są kolorowe niczym wiosenne kwiaty, bardziej może nawet niż w zeszłym roku. Z drugiej strony bardzo rzuca się w oczy obowiązkowy element ochronny, nazywany halo, mający chronić kierowców przed nisko latającymi dużymi przedmiotami typu koło. Opinie o halo… te najżyczliwsze są rodzaju „wygląda to lepiej niż się spodziewałem”, tych nieżyczliwych nawet nie będę cytować.

Force India 2018 pink livery halo F1

W tym roku nie chce mi się robić przeglądu wszystkich samochodów (ciekawych odsyłam do Karola, nawet można sobie zagłosować który najładniejszy), zajmę się tylko tym jednym powyżej. Różowe barwy Force India to już prawie mała tradycja (drugi sezon…), moją uwagę przyciąga halo. Patrzyłem na nie na różnych zdjęciach i filmikach z przejazdów testowych, i nie umiałem powstrzymać skojarzenia z wygiętą, różową szyją flaminga, i bardzo mi się to podoba.

Co za pech że w jakiejś chwili udekorowali to jakimś ustrojstwem.

Białe klify

Ziąb za oknem taki, że człowiekowi tylko ciepłe w głowie, i sięga myślą do wspomnień dni ciepłych, cieplejszych i – najcieplejszych. 

Białe klify kojarzą się z Dover, które z kolei z ciepłem się nie kojarzy. W Dover nigdy nie byłem ani po tamtej stronie Kanału, klify nad Kanałem widziałem jedynie po normandzkiej stronie. Urokliwe były, acz też musiałbym skłamać mówiąc że było wtedy ciepło. 

Co innego inne klify. Gorący środziemnomorski lipiec, płyniemy promem z Santa Teresa di Gallura, zaczynają majaczyć na horyzoncie, rosną coraz potężniejsze. Patrzymy prawie urzeczeni, a prom tymczasem wcina się w zatoczkę, i otwieramy szeroko usta na widok białych wzgórz nakrytych zielonymi czuprynami. 

Bonifacio Korsyka Francja Corsica France

Bonifacio. Łazimy potem w upale i chłoniemy widoki, z góry i z dołu. 

Bonifacio Korsyka Francja Corsica France

Szkoda że tak szybko trzeba wracać, rozkład promów jest nieubłagany. Na szczęście z promu jeszcze można patrzeć.

Bonifacio Korsyka Francja Corsica France

Kim

Koreańskie igrzyska (właśnie zmierzające do końca) zawsze stały w złowrogim cieniu Kima: czy Kim zza nieodległej granicy będzie prowokował? czy będzie straszył wojną, czy też uszanuje olimpijski ekecheiria? I choć atmosfera ostatnich miesięcy była gorąca, to na czas igrzysk Kim wybrał sen zimowy, wysyłając do Pjongczangu swoje cheerleaderki i trochę sportowców, w tym hokeistki wepchnięte na siłę do reprezentacji Korei Południowej.

Ale ja o zupełnie innym Kimie. Ten ma 19 lat, metr siedemdziesiąt osiem wzrostu i siedemdziesiąt sześć kilo wagi. Nazwisko ma po matce Koreance, gabaryty po ojcu Norwegu. Urodzony w Korei jako Kim Magnus, mieszkający w Norwegii jako Magnus Boe, błyszczał na igrzyskach młodzieży i mistrzostwach świata juniorów, w seniorskim bieganiu sukcesów na razie nie odniósł. 

Dla Koreańczyków był jednak prawie nadzieją i wdzięcznym obiektem kibicowania, nie tylko dlatego że włosy wiąże w tradycyjną koreańską kitkę. W półfinale sztafety sprinterskiej szalał na pierwszej zmianie, doprowadzając koreańskich widzów do ekstazy, kiedy na stadion wpadał jako pierwszy (nawet jeśli na linii pomiaru czasu wyprzedził go Szwed), później się już nie musiał przemęczać, bo na kolejną zmianę ruszał już z miejsca dwunastego. W maratonie dobiegł na 47 miejscu (na 63 biegaczy którzy dotarli do mety), z kwadransem straty, ale na stadionie jechał kłaniając się widzom, na mecie widowiskowo wysunął nogę, jakby walczył narta w nartę, choć od rywali w obie strony dzieliło go pół minuty – wszystko dla lokalnych kibiców.

Nie wiem jak się Magnus będzie rozwijał i czy będzie szansą na koreańskie medale w biegach, na dziś wygląda na szansę porównywalną z tą, jaką dla nas stanowi Dominik Bury.

Moja dziewczyna

Jedną ze wspaniałych i zarazem okropnych cech YouTube (i całego internetu) jest to, że można tam znaleźć prawie (?) wszystko, w szczególności rzeczy których się człowiek zupełnie nie spodziewa. Szuka człowiek jakiejś konkretnej piosenki, a potem wychodzi z jej karaibskimi czy wietnamskimi coverami (mogłem już o tym pisać, nie chce mi się sprawdzać). 

Miałem kiedyś dzień, kiedy zapragnąłem posłuchać kawałka mojej ulubionej niegdyś Nirvany (dziś rzadko wracam, ale sentyment został, a poza tym jak się coś do człowieka przyczepi, to nie ma sensu się bronić). Ponieważ mam beznadziejną pamięć do tytułów, zacząłem szukać po wrytych w mózg otwierających słowach, i wtedy otworzyły się czeluści. Poznałem całą historię piosenki, sięgającą XIX wieku. Poznałem jej przeróżne wykonania z przeszłości. Poznałem jej klasyczną wersję bluesową. Poznałem jej klasyczną wersję bluegrassową. Poznałem jej wersję cajuńską. Ach, wręcz kusi mnie żeby te wszystkie wersje tu powrzucać… 

Ale nie. Daruję wam nawet odkrytego dziś wykonania Grateful Dead. Dziś będzie tylko ta niezapomniana wersja z MTV Unplugged. Nirvana, Kurt Cobain i Where Did You Sleep Last Night aka In The Pines (jak ktoś chce „czystej” muzyki, bez żarcików i pogaduch Kurta, to niech od razu przeskoczy o trzy minuty do przodu)

Stefan i inni

Stefan Hula był zawsze cichy i spokojny. W swoich słabszych latach nieraz robił za dyżurny obiekt odreagowania frustracji kibiców, bo nazwisko świetnie mu się nadaje do przekręcania na „Bula”, kiedy skakał w drużynie równo, to był tym raczej niewidzialnym członkiem drużyny. A potem w sezonie olimpijskim został znienacka mistrzem Polski, dobrze się pokazał w TCS, otarł się o indywidualne podium w Zakopanem… I w pierwszej serii na średniej skoczni w Pjongczangu (nieważne jak się sama wioska nazywa) poszybował na stojedenasty metr, a potem do końca serii stał na miejscu dla lidera. I cała Polska trzymała wtedy kciuki za odwołanie drugiej serii, zwłaszcza że Kamil był (ex aequo) na drugim miejscu, ale to Stefan zostałby ponownie Fortuną (nawet odległość się zgadzała, choć Wojtek na dużej skoczni).

Nie udało się, w drugiej serii minimalnie zabrakło do medalu (Wellinger nie dał szans na mistrzostwo), pomiędzy drugim a piątym miejscem różnica wyniosła 2,1 punktu, między trzecim a piątym 0,9 pkt. Przetrawiliśmy przez cały tydzień wściekłość na sędziów „że nie przerwali” (choć to mało sportowe), że „źle punktowali”, że „wskaźniki wiatru oszukują” i że w ogóle to doliczanie za wiatr jest bez sensu. Przeliczyliśmy pracowicie, że gdyby ten konkurs prowadzić „na starych zasadach” to medal byłby nasz (choć nie złoto, Wellinger latał najdalej), dyskretnie zapominając że z pierwszej piątki tylko Stefan skorzystał z dobrodziejstwa wyższej belki. Żal za utraconym medalem (jednym lub więcej) przysłonił nam fakt, że przede wszystkim nie udała się tak wspaniała historia olimpijska, gdzie mistrz (medalista) stanąłby po raz pierwszy w niekrótkiej karierze na podium konkursu indywidualnego (licząc ZIO, MŚ i PŚ oczywiście).

A takich historii w Pjongczangu nie brakuje. Nieoczekiwani medaliści w biathlonie to już klasyka (niestety najczęściej nie na naszą korzyść…), wczoraj w snowboardowym crossie nieoczekiwanie po medal sięgnęła najmłodsza w stawce 16-letnia Francuzka. Nic to jednak w porównaniu z dzisiejszym supergigantem. Kiedy czołówka zjechała i wydawało się, że można już przechodzić do ceremonii wręczenia maskotek (medale wręcza się później), na starcie stanęła czeska snowboardzistka Ester Ledecka (na nartach pożyczonych od zniechęconej faworytki Michaeli Shiffrin). Kiedy minęła linię mety w czasie o 0,01 sekundy lepszym od liderki, nie cieszyła się – długo wyglądała jakby nie wierzyła w poprawność wyświetlonego czasu. Na konferencji prasowej siedziała w goglach, bo – jak powiedziała – nie przewidziała takiej sytuacji i jest nieumalowana…

Za takie historie kochamy sport.

Piosenki z podtekstem

Kiedy słucha się piosenek napisanych i wykonywanych w rodzimym języku, można dostrzec podteksty i ukryte znaczenia. Kiedy słucha się piosenek wykonywanych w języku obcym, w zależności od stopnia biegłości w danym języku tekst przyjmuje się jako dodatkową warstwę, rozumie się go mniej więcej, a czasem nawet pojmuje się głębsze myśli i łapie podteksty. Czasem niezdolność do wyłapywania smaczków nie przeszkadza w zachwycaniu się utworem…

Dona McLeana pewnie nie każdy kojarzy, w końcu nie każdemu muszą się podobać folkowe songi z lat 60-czy 70-tych. Jestem ciekaw, czy jego najbardziej znany utwór jest bardziej znany z oryginału, czy ze skrótowego coveru Madonny – a tekst American Pie jest dla Amerykanów zagadką prawie tak wielką jak to kto zabił Kennedy’ego. Dziś napiszę jednak o zupełnie innej piosence…

Starry, Starry Night brzmi jak typowa ballada romantyczna o dość mrocznym klimacie i brzmieniu, o miłości raczej nieszczęśliwej. Wczytanie się w tekst prowadzi do myśli „hmm, co autor tym razem chciał powiedzieć…” – i wtedy zauważamy, że oficjalny tytuł piosenki to Vincent. Cała piosenka to opowieść o van Goghu, kto chce niech powie: hołd, w każdym razie najlepiej słuchać mając obrazy przed oczami