Niestety

Niestety, po wczorajszym meczu wciąż podobno mamy jakieś szanse na awans na brazylijski Mundial (w trakcie meczu przyjąłem bez sprawdzania niepoprawny optymizm, że znikną całkowicie). Nienawidzę bowiem tego czasu, w którym pracowicie analizuje się warianty i wylicza prawdopodobieństwa, uzależnione od spełnienia kilku warunków (jeśli X wygra z Y i jednocześnie Z zremisuje z V…), oddycham z ulgą, kiedy nawet wyższa matematyka nie pozwala się łudzić. Nie chodzi tu przy tym o to, by skazać z góry na klęskę wszelkie wysiłki, po prostu zbytnią wiarę pokładamy w slogan „dopóki piłka w grze”, odrywając go od realiów (wszak teoretycznie na początek eliminacji szansę na awans miały i Mołdawia, i San Marino). 

Niestety, sympatyczny trener (sympatyczny z urzędu, bo jakoś nie przypominam sobie sympatycznych przekazów z jego strony, może jest sympatyczny prywatnie, nie znamy się) niczym nie zaskoczył pozytywnie, w chwili powołania oceniałem go jako najlepszego kandydata wśród ogólnej mizerii, obawiając się jednak, czy sprawdzi się w pracy z reprezentacją, jakże odbiegającą od codziennej pracy w klubie.

Niestety, nawet komentatorzy telewizyjni dostosowują się do poziomu reprezentacji (a może odwrotnie?). Nawet nie chodzi mi o Dariusza Wiecznie Szpakowskiego, tylko o tego co z nim wczoraj siedział przy mikrofonie i nie potrafił się zorientować co się dzieje, zalecając w końcówce wspieranie defensywy siedzącemu już na ławce Polanskiemu.

Niestety, oglądałem ten mecz, co gorsza gdzieś od 30 minuty.

Geografia stolarska

W związku z kilkudniowym długoweekendowym wyjazdem Junior zyskał wiele nowych informacji geograficznych i równie wiele sobie odświeżał. Między innymi uznał za właściwe przypomnienie sobie tego i owego o parkach narodowych (ma w pokoju mapę Polski, kiedyś potrafił tych parków narodowych wymienić większość), bo do tej pory w Polsce jakoś się koło nich prześlizgiwał mniej lub bardziej świadomie (kiedyś jechaliśmy skrajem Karkonoskiego, innym razem spacerowaliśmy nieopodal Ojcowskiego…). Zaczął więc wymieniać niektóre górskie parki narodowe… popadł w namysł.. w końcu powiedział:

– ..i Park Narodowy Nóg Stołowych…

(Wielkie litery w nazwie dopisał Ojciec)

W kolejce

Pamiętam, jak wiele lat temu, w ubiegłym jeszcze tysiącleciu, szliśmy w kilku przez Orlą Perć w ogólnym kierunku Koziego Wierchu. Młodzi, sprawni, dynamiczni, przemierzaliśmy skalne ścieżki, na łańcuchy i podobne urządzenia spoglądając każdorazowo z lekko przekrzywionego łba, jakby myśląc, czy na pewno ich potrzebujemy. Mknęliśmy mijając ludzi, wyszliśmy na rozległą skałę (rzekłbym, że to Kozie Czuby, ale jak już podkreślałem, wiele wiosen już minęło…), siedliśmy.

Nie planowaliśmy wcale żadnego odpoczynku, ani nie była to pora posiłku. Widoki, owszem, cudne były, słoneczko przygrzewało, ale też nie to nas zmotywowało do postoju. Nie była to też nałogowa potrzeba przeglądania gazety, którą wówczas właśnie wyciągnąłem z plecaka… Przyczyna postoju była nader prozaiczna: otóż szlak przed nami był zajęty przez schodzących, których na pojedynczym łańcuchu minąć się nie dało, czekaliśmy dobre 40 minut, żeby móc pójść dalej (dziś ta zdaje się obowiązuje ruch jednokierunkowy, akurat w tym „naszym” kierunku).

Przypomniała mi się ta scena, kiedy sięgnąłem po najnowszy National Geographic i zobaczyłem w nim tekst o… kolejkach wspinaczy pod Everestem. Ludzie chodzący długim wężem jak pod Giewontem; zdjęcia łańcuchów świetlnych utworzonych przez czołówki tych, co wyszli nocą; grupy czekające na swoją kolej na Uskoku Hillary’ego. Jedyna różnica (względem tych ostatnich) była taka, że myśmy siedzieli o sześć i pół tysiąca metrów niżej i w temperaturze o parędziesiąt stopni wyższej. 

Na Orlej Perci od tamtej pory nie byłem, obiecałem sobie, że nie pójdę tam w sezonie, teraz śnieg pod Zawratem leży w najlepsze. Na Everest… właściwie też się nie wybieram.

O pracy niedzielnej

O planowanym zakazie handlu w niedzielę w ostatnich dniach powiedziano już chyba wszystko co było do powiedzenia, mądrego i głupiego, więc nie będę zaśmiecał Internetu swoimi własnymi rozważaniami na temat tego, czy taki zakaz jest słuszny, celowy i uzasadniony (zwłaszcza że nie do końca mam zdanie na ten temat, ale to zostawmy). 

W tej notce pominę więc prawie zupełnie opowieści o kasjerkach chcących do domu i zafrasowanych pracodawcach zmuszonych ze smutkiem wypowiadać im umowy. Bardziej mnie interesuje rzucona gdzieś motywacja* autorów ustawy (przynajmniej niektórych), że zakaz handlu wprowadzają w imię narodowych interesów gospodarczych, uosobionych w drobnych sklepikarzach. Problem w tym, że zasadniczo takiej ustawy za bardzo nie da się napisać…

Oczywiście, może nie doceniam talenty ustawodawcze posłów, ale przypuszczam, że koncept wzorowany będzie na przepisach zakazujących „pracy marketów”  w święta. Zacznijmy od tego, że tamta regulacja ani na jotę nie odwołuje się do działania dużych sklepów, tylko do możliwości wykonywania w nich pracy. Myśl – chytra w zamierzeniu może – jest przy tym taka, że właścielowi drobnego sklepiku nikt nie zabroni otworzyć i pracować w święto, komuś o większej wyobraźni przyjdzie rzecz jasna do głowy, że oczywiście (w placówkach średniej raczej wielkości) można zlecić wykonywanie czynności osobom na umowach cywilnoprawnych („śmieciówkach”), choć pewnie skonstruowanie umowy, która wytrzymałaby próbę ustalenia, że nie jest to zakamuflowany stosunek pracy, byłoby niełatwe. Podpowiem jednak od razu, że bardziej zdesperowany właściciel marketu znalazłby i inne zupełnie legalne rozwiązanie pozwalające na prowadzenie sprzedaży w niedzielę. Kodeks pracy przewiduje bowiem możliwość pracy w takim systemie, że pracownik pracuje wyłącznie „świątek, piątek i niedzielę” (jeszcze w soboty), a wtedy może spędzać w pracy nawet 12 godzin dziennie. Wystarczy więc się odpowiednio dogadać, i mimo wszelkich szumnych deklaracji, centrum handlowe będzie mogło w najlepsze działać w niedziele (i święta), dziś zapewne dla jednego dnia w miesiącu nikomu nie opłaca się kombinować. 

Pozostawię już na uboczu pytanie, dlaczego akurat handel zostanie uznany za bardziej dotkliwą formę pracy niż praca w gastronomii, usługach dla ludności czy wypoczynku (że ograniczę się do tego, co spotykamy w centrach handlowych), poprzestanę na stwierdzeniu, że nadal bardzo nie lubię przepisów, które starają się zakazywać czegoś selektywnie i nie wprost, bo zakazanie tego wprost okazałoby się niezgodne z normami prawnymi wyższego rzędu. 

Osobiście staram się zwyczajnie w niedzielę nie robić zakupów, chyba że jakaś nagła konieczność.

*wszystkich tych, którzy doszukują się w tej sprawie motywacji prokościelnych, uprzejmie proszę, żeby swoje przemyślenia opublikowali gdzie indziej

Co by było gdyby…

Finał Ligi Mistrzów za nami, transfer Lewandowskiego ewentualnie przed nami, nie ustają natomiast dyskusje na temat sędziowania w tymże finale, znów w kontekście Lewandowskiego. Chodzi przede wszystkim o niepokazane czerwone kartki – dla Francka Ribery’ego za rękoczyny (Lewandowski pomagał sobie ręką przy przepychaniu się z Francuzem do piłki, a ten solidnie się odmachnął łokciem w okolice twarzy Polaka) oraz dla Lewandowskiego za nadepnięcie Boatenga (który zaplątał – właściwie brakuje mi dobrego czasownika – swoje nogi w nogę rywala, a ten starając się oswobodzić…)

Osobiście powyższe mnie ani ziębią, ani grzeją, konsekwentnie powtarzam, że interesująca jest ta trzecia „kontrowersyjna” sytuacja, kiedy to Dante gapiowato dosyć wpadł nogami w korpus Reusa; jako że stało się to w polu karnym, to uwaga wszystkich skupiła się (niebezzasadnie) na rzucie karnym, przez co nikt za bardzo nie rozważał podobieństwa tej sytuacji do opisywanego wcześniej (i gorąco dyskutowanego) zdarzenia z udziałem Naniego i Arbeloy, nawet jeżeli dynamika faulu Dante była mniejsza, to miał on już na koncie żółtą kartkę i wyrozumiałość sędziowska miała olbrzymie znaczenie. 

I tu właśnie nadchodzi czas na znakomite dywagacje, które nigdy nie przyniosą choćby prawdopodobnej odpowiedzi. Wyobraźmy sobie, że sędzia sięgnął po jakąkolwiek kartkę po faulu Dante, i oprócz utraty prowadzenia Bayern utraciłby też środkowego obrońcę na ponad 20 minut przed końcem. Zupełnie bezpieczna zda się hipoteza, że Heynckes niezwłocznie puściłby w bój jakiegoś rezerwowego stopera, żeby nie grać z tyłu trójką – pytanie kogo by z boiska zdjął? Strzelca gola Mandzukicia? A może przyszłego (wtedy już niedoszłego) bohatera meczu Robbena, który zaliczył wtedy już asystę, ale tak pudłował niemiłosiernie? Jakąż piękną historię, ba: legendę, można było w ten sposób zepsuć….

Szaleństwo

Szaleństwo właściwie odbywało się przed meczem, bo trójka dortmundzka nakręciła emocje nad Wisłą do rozmiaru kompletnie irracjonalnego.

Szaleństwo było i na boisku, rozpętane od początku przez Borussię, a rywale, gdy złapali oddech, nie byli im dłużni. 

Szaleństwo będzie za chwilę, po dekoracji, na razie szaleństwem jest wrzosowy kostium Angeli Merkel, składającej gratulacje samym swoim (to dopiero fucha, co nie?).

Uwalniając się od szalejących myśli – to był najlepszy finał Ligi Mistrzów odkąd bloguję, a widziałem ten reżyserowany losem angielski, dwa popisy Barcelony, i dwie porażki Bayernu, tę próbną i tę tragiczną. Bez Neuera nic by się nie stało, co się stało, ale trzeba też oddać piłkarzom Borussi, że do najwyższego trudu go nie zmusili, choć w statystykach wyglądało to efektownie. Okazje Bayernu wyglądały lepiej (jak już zaczęli do nich dochodzić), Ribery był tam gdzie trzeba, a Arjen Robben wreszcie wyszarpał upragniony sukces, trzy lata temu w finale mistrzostw świata decydującą sytuację sam na sam z bramkarzem przegrał, tym razem już nie popełnił tego błędu. 

Dortmund nie dał rady Bayernu rozbić na początku, nie wiem czy Goetze by cokolwiek zmienił, Reus z Lewandowskim szaleli, może gdyby to nie był ich pierwszy finał od piętnastu lat, to sędzia nie oszczędziłby Dantego i końcowe dwadzieścia minut wyglądałoby inaczej; niemniej zabrakło w ich efektownej grze kropki nad i.

Niuanse

Czytam w gazecie w relacji z Cannes opis filmu (na marginesie: w wersji elektronicznej dostępna była tylko krótsza wersja tekstu, ograniczona do innych filmów), którego fabuła zaczyna się od następującego punktu wyjściowego:

Ewa jest Polką ze Śląska, która w latach 20. na statku wypełnionym emigrantami ląduje na Ellis Island, słynnej „wyspie kluczu” w pobliżu Manhattanu, przez którą przewinęły się miliony przybyszów do amerykańskiej ziemi obiecanej (Tadeusz Sobolewski)

Jako że pada słowo Śląsk, to nastawiam symboliczne słuchy, bo coś nie brzmi w tym opisie. Pierwsze pytanie brzmi: lata 20., to z której to ona części Śląska, ta Ewa (nazwiska filmowego Cybulski)? Z tej polskiej, która w państwie polskim była najbogatszym regionem? Z tej niemieckiej? A może jeszcze z obszaru plebiscytowego (jeśli by rzecz się działa na samym początku dekady), choć wtedy ludziom niekoniecznie emigracja była w głowie? Każda odpowiedź i tak uruchamia kolejne pytanie (bardziej drażliwe) – jaka to Polka? Z ludności czysto napływowej, osiadłej na Śląsku ledwo co, czy z mieszkającej z dziada pradziada? Ta kwestia znaczenie mieć mogła w dużej mierze dla tego, jak brzmiała jej polszczyzna, czy była bardziej wyrobiona, kanoniczna, czy z gwary napływowej, czy może typową śląską godką była. 

Pytania te stawiane są nie dla samego czepialstwa, tylko podyktowane są okolicznościami. Film, o którym mowa, nie jest bowiem filmem polskim, tylko amerykańskim, w obsadzie jeżeli nawet przewijają się polskobrzmiące nazwiska, to niekoniecznie towarzyszą polskowyglądającym postaciom. „Naszą” Ewę gra Marion Cotillard, która polskich kwestii nauczyła się tak jak brzmią (za korespondentem), nie znając języka jako takiego, pewnie brzmi to jak Gene Hackman grający generała Sosabowskiego w „O jeden most za daleko” i wydający komendy po polsku (jakoś nie umiem wygrzebać teraz filmiku). To może być niesamowite, słuchać jak ktoś nie znający polskiego wypowiada polskie kwestie, i zastanawiać się po akcencie, z jakich stron może pochodzić bohaterka. Jeszcze ciekawsze będzie, kiedy film trafi do Polski i zostanie zdubbingowany albo obsłużony przez lektora – polszczyzna „obcych” może być poprawniejsza niż „swoich”. 

Cztery drugie?

Robert Lewandowski zajął w Bundeslidze z Borussią Dortmund drugie miejsce. 

Robert Lewandowski zajął w tabeli strzelców Bundesligi drugie miejsce (wyrównał tym samym osiągnięcie Jana Furtoka z 1991 roku, choć strzelił od niego więcej goli).

Robert Lewandowski ma gwarantowane co najmniej „drugie miejsce” w Lidze Mistrzów.

Robert Lewandowski prawie na pewno zajmie co najmniej drugie miejsce w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów (może je stracić tylko w przypadku, gdy nie strzeli dwóch goli w finale, a Thomas Mueller trafi wtedy o trzy razy więcej). 

To tylko takie luźne rozważania, bo Rafał Stec popsuł mi plany napisania sensownej analizy szans Lewandowskiego na… co najmniej drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki FIFA.

Na drugie miejsce Lewandowskiego w eliminacjach mistrzostw świata jakoś się nie nastawiam…

Precz ze sprężystością

W tym roku strasznie próbują oszukiwać. Podróbki rozwinęli na tyle, że wielu ludziom wydają się naturalne, ceny też mocno podróbkowate, ale kiedy przychodzi do prawdziwego testu – bez pudła rozpoznaje się podróbkę; aż dziw bierze, że tylu ludzi te podróbki bierze za dobrą monetę, może to z tęsknoty i niedoczekania.

Ale przyszedł na czas na oryginały. Już pierwsza próba pokazuje (gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości), gdzie miejsce podróbek. Żadnego efektu gumowej sprężystości („cycki u nich gumiaste jak graca: jak nacisną, to wklęśnie, potem wraca”), który takim dysonansem chrzęści w zębach. Droższe, ale sezon dopiero się nieśmiało rozpoczyna.

Prawdziwe rodzime truskawki, jakiś tydzień później niż w zeszłym roku. Pyszności. Szampan i bita śmietana mogą poczekać.