Z tyłu stawki

Tegoroczny sezon F1 chyli się ku końcowi (wiem, że matematycznie to dopiero dwie trzecie, zostało sześć wyścigów z dziewiętnastu), bo losy tytułów są właściwie przesądzone – nikt nie patrzy, czy ktoś dogoni Sebastiana Vettela, tylko raczej się wszyscy zastanawiają, po którym wyścigu zapewni on sobie tytuł mistrzowski (czwarty z rzędu), sobie i zespołowi, powstrzymać go może tylko cud lub ortopeda. Ponieważ walka o drugie miejsca jest mniej zajmująca (choć o wygraną w poszczególnych wyścigach niezmiennie), postanowiłem spojrzeć w nieco szerszej perspektywie. 

Oczywiście, mógłbym pisać tu o walce o piąte miejsce w klasyfikacji konstruktorów (ma znaczenie mierzone kilkoma milionami dolarów wyższej nagrody na koniec sezonu), albo zastanawiać się nad tym, jak blisko tegorocznym debiutantom z Saubera i Williamsa do zdobycia pierwszego punktu w karierze (ocierali się parokrotnie). Zajmę się jednak rywalizacją toczoną na samym dole, między kierowcami dwóch najsłabszych zespołów. Najsłabszych, bo na palcach jednej ręki można policzyć przypadki, kiedy w tym sezonie kierowca silniejszego zespołu minął linię mety później niż którykolwiek z czwórki tych z tyłu (nie liczymy przypadków, kiedy zakończył wyścig nie dojeżdżając do mety, oczywiście).

Przyjrzałem się szczegółowo wynikom osiąganym przez kierowców zespołów Marussia i Caterham. Ponieważ nie zdobyli jeszcze oczywiście żadnych punktów w tym sezonie (żaden z tych zespołów nie zdobył choćby punktu w swojej historii..), o ich kolejności rozstrzygają zajęte miejsca. Jeżeli więcej niż jeden zawodnik zdobył dane miejsce w wyścigu, decyduje to, który ma tych miejsc więcej. Jeżeli mają po tyle samo danych miejsc – decydują kolejne najlepsze miejsca… i tak da capo al fine (czyli do ustalenia kolejności). I przyznam, że o kolejności między nimi decydują zaskakująco fascynujące drobiazgi.

Prowadzi Jules Bianchi z Marussi, dzięki zajętemu w jednym z wyścigów jednemu jedynemu trzynastemu miejscu. Pozostała trójka potrafiła – każdy po jednym razie – doskoczyć jedynie do miejsca czternastego, więc dalszą kolejność ustalamy na podstawie następnych najlepszych wyników. Niewątpliwie najsłabszy jest drugi zawodnik Marussi, Max Chilton, którego drugim najlepszym wynikiem jest jedno jedyne miejsce szesnaste, podczas gdy zawodnicy Caterhama meldowali się parokrotnie na miejscu piętnastym – każdy z nich po dwa razy. Patrzymy dalej – i Charles Pic, i Giedo van der Garde dojeżdżali dwukrotnie na miejscu szesnastym (a więc mają po pięć identycznych najlepszych wyników…) I dopiero potem nadchodzi rozstrzygnięcie – Pic cztery razy dojechał na miejscu siedemnastym, van der Garde – pięć razy na osiemnastym. A więc kolejność w formie tabelarycznej (w nawiasach liczby poszczególnych miejsc):
1. Bianchi    (1×13, 2×15, 2×16, 1×17, 3×18, 2×19)
2. Pic  (1×14, 2×15, 2×16, 4×17, 1×18, 1×19)
3. van der Garde (1×14, 2×15, 2×16, 5×18, 1×21)
4. Chilton  (1×14, 1×16, 5×17, 4×19, 2×20) 

Oczywiście, w klasyfikacji kierowców ta kolejność ma znaczenie li tylko honorowe. Ale te same miejsca decydują też o kolejności w klasyfikacji konstruktorów, i o możliwości uzyskania nagrody za dziesiąte miejsce w tejże… To jedno trzynaste miejsce Bianchiego może być warte miliony dolarów. Może być, bo wystarczy jeden wyścig pełen zawirowań (na starcie stają zwykle 22 samochody, a więc musiałoby być ze siedmiu pechowców), żeby tę klasyfikację odwrócić, walka będzie trwała do samego końca. W zeszłym roku Caterham wyprzedził Marussię w ostatnim wyścigu, kiedy w końcówce Witalij Pietrow w swoim Caterhamie wyprzedził Charlesa Pica (wtedy Marussia) w walce o jedno jedyne jedenaste miejsce w sezonie…

Notka opublikowana równolegle na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl

Rzymskie zakazy

Zaskoczył mnie Rzym rozplenieniem się rozmaitych zakazów tu i tam. O, na przykład przy fontannach pojawiły się kategorycznie brzmiące zakazy wchodzenia do nich, o ile pamiętam – ze względów bezpieczeństwa. Trzeba przyznać, że przy najbardziej znanych fontannach, jak di Trevi, Czterech Rzek czy na Piazza Spagna zawsze gdzieś plątali się carabinieri czy inni mundurowi, i nieraz dało się słyszeć karcący gwizdek. Oczywiście głównie wtedy i tam, gdzie się plątały rzesze turystów, przy uroczej fontannie z żabami w sercu dzielnicy Trieste jakiś bezdomny spokojnie stał sobie w wodzie, organizował ablucje, pranie i co jeszcze tylko, ale też było to niedzielne przedpołudnie.

San Pietro Vincoli Rzym Roma Włochy Italia

Wyjątkowo zafascynował mnie zakaz, który wypatrzyłem u Świętego Piotra W Okowach. Poszliśmy tradycyjnie odwiedzić rogatego Mojżesza, obejrzeliśmy z profilu i en face (wciąż taki sam), zerknąłem na tabliczkę informacyjną. Stało na niej „ZAKAZANE JEST STAWANIE PRZED FIGURĄ MOJŻESZA W CELU UDZIELANIA GRUPIE WYJAŚNIEŃ”. Cóż, Mojżesz był starannie odgrodzony linami z jakimś czterometrowym zapasem (więc zakaz wchodzenia za liny był dość oczywisty), najwyraźniej sam fakt, że przewodnik stanąłbym przy takiej linie pomiędzy grupą a rzeźbą, jest z jakiegoś powodu karygodny, w sumie niech sobie gada z daleka, a jeszcze lepiej przed kościołem.

zakaz postoju Rzym Roma Włochy Italia

Oczywiście wszyscy wiedzą, po co są zakazy. Dlatego zupełnie nie zdziwił mnie widok w jednej z wąskich, sympatycznych uliczek, gdzie generalnie miejsca do zaparkowania było niewiele (a nie każdy jest w stanie przerobić część parteru na garaż), kiedy wzdłuż muru jeden za drugim zaparkowane były samochody. Nie zdziwił, ale zauroczył fakt, że wszystkie stały pod zakazem postoju, najwyraźniej słowo „ciągły” traktując wysoce filozoficznie (skoro odjadę, to znaczy nie stoję na postój ciągły). 

Na głowie

Junior z Ojcem stoją przed monumentalnym Mojżeszem dłuta Michała Anioła. Junior dla kunsztu rzeźbiarskiego jeszcze wiele zrozumienia nie ma (wolno mu, Ojca zdaniem), więc Ojciec w ramach zachęty podpowiada Juniorowi, żeby się rzeczonemu Mojżeszowi nieco staranniej przyjrzał, i powiedział co tam nietypowego widzi, coś czego Junior nie posiada. Junior patrzy bez przekonania i mówi:
– Flagę.
[Ojciec nie do końca chce się zastanawiać o jaki wyrób flagopodobny mogło chodzić, więc delikatnie kieruje uwagę Juniora w stronę głowy]
– Brodę – rzuca Junior.
[Brodę Mojżesz istotnie ma imponującą, ale Ojciec cierpliwie – wciąż – podsuwa, że może ten Mojżesz ma na głowie coś czego nikt inny nie ma..]
Junior spogląda i mówi;
– Łyżki.

Mojżesz rogaty Michał Anioł Rzym Włochy

Cóż, historycy sztuki widzą raczej rogi (i potwierdzają to źródłami), ale każdemu wolno mieć własne zdanie, w końcu rogi u człowieka występują na głowie równie rzadko jak łyżki. 

Kto jest pracodawcą

Od jakiegoś czasu widzę takie głosy – dyskusją trudno to nazwać, bo są jednostronne – że tak właściwie to pojęcie „pracodawca” jest stosowane błędnie i powinno de facto oznaczać pracownika.    U podstaw tych głosów leży z natury lewicowe przekonanie, że skoro to pracownik wykonuje pracę, to właśnie on powinien być uznawany za tego, co daje, a nie na odwrót; jest to poniekąd zgodne z tzw. koncepcją świadczenia charakterystycznego (sformułowaną na potrzeby prawa prywatnego międzynarodowego). Z językowego punktu widzenia problem polega natomiast na tym że polszczyzna używa tego samego słowa na określenie kilku różnych pojęć – „praca” oznacza wszak równie dobrze zadanie do wykonania („mam dużo pracy”), jak i czynności składające się na wykonywanie tych zadań („pracuję”, „przeszkadzasz mi w pracy”) czy też wreszcie sam kontrakt przewidujący wykonywanie zadań na czyjąś rzecz w zamian za wynagrodzenie („mam pracę!”), że już pominiemy zupełnie terminologię czysto fizyczną. 

Postanowiłem się przyjrzeć temu pojęciu – a właściwie parze pojęć pracodawca-pracownik – od strony terminologii prawniczej. Nie ma ona swojego dokładnego odpowiednika w innych konstrukcjach, jeżeli patrzeć na samo brzmienie końcówek, to najbliższą parą są zastawca i zastawnik. Zastawca to jednak ten, który świadczenie charakterystyczne daje (oddaje swoją rzecz w zastaw), czasem nawet może otrzymać za to wynagrodzenie (ale niekoniecznie od zastawnika akurat), a zastawnik je przyjmuje (bierze rzecz w zastaw). Podobnie jest w przypadku zapomnianego już „wymownika” – otrzymywał on „wymowę”, czyli prawo mieszkania i utrzymania (czy występowało też słowo „wymowca”, dalibóg, nie wiem). Samo podobieństwo końcówki „-awca” to jednak trochę mało, gdyż nie pochodzi ona bezpośrednio od słowa „dawać” (choć oczywiście sugeruje wykonywanie czynności, jak w słowie „sprzedawca”).

Zwolennicy nazywania wykonującego pracę „pracodawcą”, odwołują się raczej do analogii z „usługodawcą” czy „świadczeniodawcą”, którym towarzyszą w odpowiednich parach „usługobiorcy” i „świadczeniobiorcy”. Są to jednak słowa obce są jednak tradycyjnemu słownictwu prawnemu (a nawet i prawniczemu), należą raczej do języka mediów i polityki (w terminologii prawnej najmocniejsze byłoby podobieństwo do „wykonawcy”). W języku prawniczym (i potocznym) występuje za to bliższe kodeksowemu pojęciu pracodawcy słowo „zleceniodawca” z dopełniającym parę „zleceniobiorcą” (w języku prawnym już nie, gdyż kodeks operuje co najmniej pięćdziesięcioletnimi pojęciami „dający zlecenie” i „przyjmujący zlecenie”), w którym ważniejszy jest element zadania, niż wykonania…

Nie umiem się oprzeć złośliwej sugestii, że jest to problem stworzony przez nowomowę, gdyż jeszcze nie tak dawno w prawie pojęcie „pracodawca” nie występowało, a tę bardziej złowrogą stronę stosunku pracy (dającą zadania i pieniądze w zamian za wkład osobisty) nazywano (co najmniej od 1974 roku) „zakładem pracy”. Mam podejrzenia, że chodziło o ułatwienie sobie tłumaczenia naszych pojęć ludziom z zagranicy, o stworzenie w polszczyźnie kalki angielskiej pary employer-employee, cieszę się, że uchowano nas od dalszym rozwojem nowomowy i przemianowania pracownika na „pracobiorcę”. Sięgnięcie do do historycznych zasobów języka też jednak przynosi niezbyt miłą niespodziankę, bo pracodawca okazuje się nowoczesnym odpowiednikiem niemile brzmiącego dziś „chlebodawcy”. Ludzie pracują jednak -jakby na to nie patrzeć – częściej na chleb, niż dla satysfakcji wykonywania pracy, przynajmniej dla kogoś za pieniądze.

Rozkazy z dołu

Czytam w dzisiejszej Wyborczej wywiad z Krzysztofem Wielickim (będzie płatny, więc nie linkuję), dotyczący właściwie wyłącznie słynnej wyprawy na Broad Peak, zarazem tragicznej i pomyślnej. Dziennikarz w kółko krąży wokół kwestii podejmowania właściwych decyzji o ataku szczytowym – czy powinni byli iść wszyscy, czy nie należało lepiej zadbać o łączność, czy nie należało wyznaczyć godziny powrotu, czy nie powinno być bardziej twardych zasad, ścisłych procedur postępowania.

Sięgam na półkę, po starą książkę Boningtona o brytyjskiej wyprawie na Everest z 1975 roku. Bonington odgrywał w niej podobną rolę jak Wielicki pod Broad Peakiem – był kierownikiem, niczym dowódca i szef sztabu zarazem planował nieustająco, kto w jakim dniu ma jaką pracę wykonywać, z którego obozu przejść do którego i w czyim towarzystwie (które to plany z dnia na dzień trzeba było dostosowywać do bieżących osiągnięć i trudności pogodowych czy ludzkich), przy czym brytyjska wyprawa liczyła znacznie więcej ludzi, niż ta polska. I podobnie jak w przypadku Broad Peaku, wyprawa osiągnęła smutny sukces – pięciu ludzi weszło na szczyt (nową drogą), jeden z nich (Mick Burke) z tego szczytu nie wrócił, nawet można powiedzieć: nie nadążył za dwójką idącą przed nim, choć dobrą chwilę na niego czekali na zejściu (latem, lecz kilkaset metrów wyżej), zanim ruszyli w dół ratować życie w załamującej się pogodzie. 

Znamienny jest ten fragment:
Bardzo stanowczo powiedziałem Martinowi [lider drugiego zespołu atakującego szczyt, musiał się wycofać z przyczyn sprzętowych], iż absolutnie się nie zgadzam, aby następnego dnia Mick szedł na szczyt. I chcę, aby wrócił na dół. (..) gdy zakończyła się łączność, zdałem sobie sprawę, że wydałem rozkaz zapewne niemożliwy do wykonania. Kiedy alpiniści docierają na Evereście do obozu szczytowego, stają się całkowicie niezależni, jeśli idzie o podejmowanie decyzji. Do tego momentu są członkami zespołu uzależnionymi od siebie nawzajem i podlegającymi ogólnej kontroli ze strony kierownika wyprawy, natomiast w przypadku ataku szczytowego jest inaczej. Jest to kwestia ich życia, za które sami odpowiadają, i tylko sami mogą podejmować decyzje co do sposobu działania.”*

Nigdy się nie dowiemy, czy w innej rzeczywistości, Berbeka z Wielickim kierowaliby atakiem jak wycieczką szkolną, Kowalski ruszyłby dalej z Rocky Summit, a Bielecki z Małkiem czekaliby na kolegów, być może w innej rzeczywistości nawet nie byłoby warunków żeby wyruszyć.

Bonington za wyprawę na Everest otrzymał tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego (CBE). Mick Burke w obozie szczytowym, słysząc że Bonington chce z nim rozmawiać przez radio na temat ataku na szczyt, miał odpowiedzieć „może się wypchać”.

*Chris Bonington, Everest- najtrudniejsza droga, tł. W.Adamiecki, Warszawa 1987

Romek

– Jakie ciekawe miasto, prawda?
– Messer, mnie się bardziej podoba Rzym.*

Chyba muszę się zgodzić z Azazellem, może dlatego, że Moskwy jak na razie nie znam, a z Rzymem jesteśmy starymi znajomymi, tak od ćwierci wieku. Oczywiście, nasza znajomość jest nieco niesymetryczna, to znaczy ja lepiej znam Romka niż on mnie, ale też pewnie dla niego ta znajomość ma ciut mniejsze znaczenie niż dla mnie, jakby na to nie patrzeć on jest trochę starszy (niewątpliwie ma też znacznie więcej friendsów i followersów). W każdym razie ja go lubię, a on póki co nigdy nie miał nic przeciwko mnie (a nawet jest trochę zadowolony kiedy przyjeżdżam), myślę że to już całkiem niezły układ, nie mam przesadnie wygórowanych oczekiwań.

Odwiedzamy się (eh, jak zabrzmiało) dość rzadko, teraz już momentami ulice zacierały mi się w pamięci (choć chodziłem już nimi wcześniej „na pewniaka”). Znalazłem wszystko co chciałem znaleźć, a nawet więcej (przywilej tych, którzy wiedzą co chcą gdzie znaleźć, łatwiej im dostrzec drobiazgi drugo- i trzeciorzędne, które neofita odpuszcza szukając celów pierwszorzędnych). Kawę Romek niezmiennie robi dobrą, lody też:)

Ale wkurzył mnie jednak w tym roku mocno, kiedy się okazało, że na próżno wybraliśmy się na Piazza Barberini, bo fontanna była w remoncie. No wiesz co? Tak, przyjadę znowu.

*oczywiście nieśmiertelny Michaił Afanasjewicz Bułhakow

Hobbit. To nie jest film dla.. leniwych

Minęły miesiące od premiery, film zszedł z ekranów, potem pojawił się na DVD… W ostatni weekend wypatrzyłem go w programie telewizyjnym, oczywiście na razie w stacji kodowanej i płatnej, pewnie gdzieś za rok pojawi się jako Megasuperhit powszechnie dostępny.

Pożyczyłem od znajomego DVD. Obejrzałem na monitorze laptopa… potem obejrzałem jeszcze raz podłączając do dużego telewizora. Pomyślałem sobie o tym, jak tenże znajomy (miłośnik Tolkiena) krzywił nosem na tę ekranizację.

Dziewięć miesięcy temu pisałem już o Hobbicie, wyliczając grupy potencjalnych niezadowolonych. Cóż, niezadowolony może być każdy, kto nie zdążył na seans do kina, i nie zobaczył majestatycznych scen z wnętrza Ereboru, na ekranie mierzonym w calach, a nie w metrach, zupełnie gubi się cała ich uroda. A bez tego magicznego zaklęcia, które czaruje nam oczy na początku, ogląda się trudniej.

Na Hobbita trzeba zdążyć do kina, przynajmniej raz (ja żałuję że nie zdążyłem drugi raz).

Nowe wyzwanie

Jak wiadomo, zwycięzca krajowej ligi aspiruje do gry w rozgrywkach dla zwycięzców lig (przynajmniej drzewiej tak bywało). Skoro więc wiosną wygrałem rozgrywki ligi blogerów w Wygraj Ligę, to zasadniczo nie wypadało odmówić na zaproszenie Rafała Steca do udziału w rozgrywkach Uefa Champions League Fantasy. Niestety, nie udało się jedynie zachować zwycięskiego składu Kiepsko Uczesanych, trzeba było zaciągnąć kredyt w UEFA (podobno można go spłacić kopaczami) i powołać nową zwycięską kadrę.

Bramki będą strzec – na zmianę lub wspólnie – ekskluzywny Manuel Neuer i ekonomiczny Łukasz Załuska. 

Obronę stworzą Mats Hummels, Giorgio Chiellini, David Luiz, Maxi Pereira i Adriano. Założeniem taktycznym obrony jest przekazywanie sobie miejsc na ławce.

Drugiej linii przewodzić będzie Franck Ribery, który podzieli się robotą z Mesutem Oezilem, Arda Turanem i Sergio Busquetsem. Musi też ustalić, czy Christian Poulsen będzie wiązać buty, podawać piłki czy zaskakiwać przeciwników nieoczekiwanymi wejściami.

Wreszcie w ataku mają przeciwników przytłoczyć Edinson Cavani i Mirko Vucinić, a Lima powinien uciec każdemu obrońcy zanim zauważą jego nazwisko w składzie. 

Pozostały mi tylko dwie kwestie:
– jaki fryzjer ma im zmienić fryzury,
– kto mi będzie przypominał o tym, żeby zrobić przegląd składu przed każdą kolejką? 

Być jak Hiszpanie?

Dzisiejszy (wciąż jeszcze, gdy piszę te słowa) mecz z San Marino dał okazję do wielu drwin, ale i do paru obserwacji. Analizami, szczegółami, niech się zajmą wykwalifikowani fachowcy, ja rozmyślam nad jakże ważną pozycją napastnika. Pechowym (?) zbiegiem okoliczności okazało się, że wszyscy trzej napastnicy powołani do reprezentacji – i ten jedyny, i ci dwaj rezerwowi – udali się na chorobowe (w futbolu winno się chyba mówić „kontuzjowe”), zastępców brano niemalże z łapanki. Paweł Brożek wyraźnie zaznaczył swój udział, psując każdą sytuację strzelecką, do jakiej doszedł, tak, pamiętam, że formalnie zaliczono mu też asystę przy golu Soboty. Wchodzący za Brożka znany jedynie koneserom ekstraklasy Marcin Robak… gdyby nie żółta kartka za faul, można byłoby mieć wątpliwości, czy w ogóle był na boisku.

A przecież strzeliliśmy sympatycznym kelnerom czy księgowym z włoskiego wzgórza aż pięć goli, nie uciekając się zasadniczo do stałych fragmentów gry. Co więcej, jak spojrzymy na naszego klasowego napastnika. to strzelił w tym roku w kadrze trzy gole – dwa z karnych, trzeciego wykorzystując nieudane podanie obrońców. Gola strzelonego po akcji zespołowej, podaniu do środkowego (czy to prostopadłym, czy wrzutką z mocarnych ponoć skrzydeł) nie uświadczyliśmy. Nasuwa się więc palące pytanie – po co nam napastnik, skoro i tak (zwalmy to na obowiązujące trendy taktyczne) biega osamotniony?

Dopiero co podobny problem rozważałem w przypadku reprezentacji Niemiec, choć tam punktem wyjścia byo bogactwo drugiej linii bardziej niż mizeria w pierwszej. Oczywiście, absurdem byłoby dla zasady rezygnować z Lewandowskiego, ale wciąż mam wrażenie, że ustawiany wiecznie w ten sam sposób, staje się naszą słabością, a nie siłą – a przecież końcowe minuty meczu z Czarnogórą przypomniały, jak groźny potrafi być, kiedy ruszy z akcją ze skrzydła. Sam nieraz błagałem w duchu, żeby dać szansę jego boiskowej inteligencji i pozwolić mu zagrać tuż za napastnikiem, żeby miał szansę i wyjść zza pleców, i uwolnić się od obrońców, i genialnie podać do przodu (eh, jak on się z Sobotą rozumiał przeciwko Czarnogórze!). Jedynym problemem zostawałoby może, kto ma zagrać przed nim, ale wariant z ruchliwymi Błaszczykowskim, Zielińskim, Wszołkiem zmieniającymi się na pozycji wysuniętego napastnika mógłby być ciekawy (przecież i Mierzejewski strzelając gola zagrał jak rasowy napastnik), zawsze mógłby tam biegać i nominalny napastnik, czymże dziwnym jest gra na dwóch napastników, a już na pewno – czymże mniej dziwnym, niż gra bez nominalnego napastnika?

Notka jest kopią notki ze śląsk.sport.pl

Deal with it

Podobno można poznać, że człowiek się starzeje, po tym, że coraz częściej przegląda nekrologi, czy też (gorszy wariant) bywa na pogrzebach. Pamiętam, że kiedyś uwagę na to, kto umarł, zwracałem głównie kiedy przy okazji 1 listopada publikowano długie przypominajki, kogo to pochowano w ciągu ostatniego roku. Pamiętam też, że kiedyś niedługo po Święcie Zmarłych zacząłem mieć wrażenie, że tych powiadomień o śmierci osób znanych zaczęło się robić więcej, przemknęła wtedy myśl, że jakiś pechowy rok się robi, czy coś takiego. 

Nie tak dawno umarł Mrożek. Spotkało się to z należną porcją żalów, rozumnych lub nie (ach, ileż było śmichów z powodu że jakaś blogująca celebrytka wspominając Wielkiego Pisarza Polaka nie potrafiła prawidłowo podać jego imienia, chyba pośmiertnie zrobiła z niego Stanisława), pogrzebano na zaszczytnym miejscu podkreślając rozmiar doznanej straty. Pamiętam (miałem napisać o tym na świeżo, ale jakoś nie złożyło się), że zadałem sobie pytanie „ale na czymże właściwie ta strata polega?”.

Mrożka ceniłem sobie i cenię niezmiernie, z niego cały jestem (na maturze Mrożkowskiego bohatera wzmiankowałem jako romantycznego*). Nie pamiętam jednak, by Mrożek w ostatnich leciech tworzył kolejne dzieła wybitne, ot, był sobie naszą Ikoną, raczej nieobecną w codzienności niż obecną.  Czy od jego śmierci zniknęły nam nagle Tango, Indyk czy Słoń? Czy straciliśmy szansę na nowe? (Co innego taki Cybulski, Baczyński, Hendrix czy Chopin, po których jeszcze można by się było zasadnie spodziewać jakichś korzyści dla ludzkości, gdybyż jej nie byli odumarli)

W tym tygodniu czytałem o Amerykaninie, który po 30 czy 40 latach małżenstwa, przeprowadził desperacką akcję poszukiwania dawcy nerki dla jego umierającej żony (zakończoną powodzeniem, jeśli kto ciekaw). Tak po ludzku go rozumiem, ale jednocześnie zastanawiam się, czy on się spodziewał, że w wyniku przeszczepu będą żyli długo i szczęśliwie (happily ever after)? Najwyraźniej ani do niego, ani do wszystkich opłakujących licznych zmarłych, nie dotarła ta jakże bolesna prawda: że śmierć jest nieodłącznym elementem, naturalnym i nieuniknionym końcem życia. Nieśmiertelności póki co się nie przewiduje.

*było to elementem odcięcia się od bohaterów romantycznych