Końskie święcone

Sobotnie popołudnie, pora poświęcić jajka. Przed kościołem nieco niespodziewani goście – w szeregu szóstka koni, jeźdźcy w wyrafinowanych strojach (panowie coś a’la mundury, panie bardziej typowe odzienie do konnej jazdy), trzymają w dłoniach koszyczki, worków z owsem dla koni nie zauważyłem.

Kiedy w kościele pojawia się ksiądz, na początku… przeprasza że jeszcze każe wszystkim zaczekać. Jak mówi: konie się zaczną niecierpliwić szybciej niż ludzie, więc od koni zacznie, a potem wróci do ludzi. Istotnie wraca po kilku minutach. 

Kiedy wychodzimy, stwierdzam, że kolejność była dobrym pomysłem. W międzyczasie zdążyło bowiem popadać, zmokły koń miałby jeszcze większe powody się niecierpliwić (a może dzięki tym paru minutom skończyło padać, zanim wyszliśmy). Nie wiem, czy zdenerwowane by hałasowały, zapewne mogłyby pozostawić więcej charakterystycznych stosików do posprzątania. 

Wesołego i zdrowego świętowania do końca dnia!

Szybki jak furmanka

Strasznie mnie ostatnio irytuje jedna reklama radiowa. Copywriter wymyślił sobie, że pewien model samochodu zareklamuje serią efektownych porównań typu silny jak.. etc. Zostawmy już kwestię pretensjonalności tej koncepcji, bo to reklama, a nie dzieło sztuki, ale pierwsze porównanie w tej reklamie brzmi „szybki jak.. autostrada do Łodzi”.

Jakby nie patrzeć, wylazł z copywritera stolicocentryzm. Nie wiem, czy jest warszawiakiem, słoikiem czy należy do „boat people” (czyli łodzian tłukących się codziennie do pracy w Warszawie i z powrotem), ale zupełnie nie rozumie realiów, w których żyje. Być może w Warszawie tak się mówi (łódzka autostrada, autostrada do Łodzi, nie wiem, nie znam się, nie mieszkam, nie korzystam), ale z punktu widzenia mieszkańców reszty kraju to pojęcie raczej prześmiewcze. Bo jakby nie patrzeć – z południa kraju autostrada jest w stanie wiecznego projektowania (nawet jak uwzględnić S8 jako naciąganą autostradę, to nadal nie jest ona przecież gotowa), z północy kraju – dokładnie to samo, w końcu przejazd przez Łódź dla każdego jadącego na linii północ-południe jest największą traumą. Ci jadący z zachodu niby mają lepiej, ale czy ktoś podróżujący od Poznania ma w ogóle Łódź „w rozumie”?

Reklamowanego auta w ogóle nie rozważałem kupować (to chyba dostawczak), więc mi to kompletnie obojętne, potencjalni nabywcy… jeżeli usłyszą tę reklamę, to chyba też się raczej zaśmieją, niż zachwycą. Oczywiście jest możliwość, że targetem reklamy mieli być wyłącznie odbiorcy okołowarszawscy, ale… jakoś w to nie wierzę.

Ustawa Shylocka

W ostatnich tygodniach dość sporo można było przeczytać czy usłyszeć o groźnych nowych przepisach dotyczących podatku VAT od samochodów osobowych – w największym skrócie, że kto zdecyduje się odliczyć podatek VAT od samochodu kupionego „na firmę”, temu grożą straszliwe sankcje (liczone w miliony) jeśli takim samochodem choćby raz pojedzie w sprawach niesłużbowych. Ma to oczywiście na celu utrudnienie ulubionego sportu nie tylko narodowego, jakim jest – powiedzmy – optymalizacja podatkowa, przez organa podatkowe oczywiście nielubiana, i też (jakby nie patrzeć) szkodliwa z punktu widzenia interesu publicznego (bo jednostka zarabia kosztem innych), a zarazem wrażliwa z punktu widzenia reguł unijnych, zgodnie z którymi VAT powinien być odliczalny co do zasady.

Jako że czas był najwyższy, by się z nowymi przepisami starannie zapoznać, sięgnąłem po tekst ustawy. Spokojnie przyjąłem szczegółowe wymagania związane z prowadzeniem specjalnych ewidencji dotyczących korzystania z samochodów… Spokojnie, gdyż nowe zasady łączą kij i marchewkę: grożą utratą prawa do odliczenia (ze wszelkimi tego skutkami wstecz), jeżeli właściciel samochodu postanowi odliczyć VAT w 100% – i są wręcz korzystniejsze niż dotąd, jeśli zdecyduje się na odliczanie jedynie połowy (korzystniejsze, bo pozwalają na odliczanie części VAT od paliwa, przypuszczam, że może to zrekompensować utratę połowy VAT od pozostałych wydatków), zachowując w ten sposób zasadę odliczania VAT.

Po przeczytaniu tego wszystkiego prawie poszedłem do półki z książkami. Prawie, bo niekoniecznie chciało mi się przepisywać z wydania papierowego, skoro w internecie znajdę wersję elektroniczną. Chwilę poszukałem i znalazłem w przekładzie Józefa Paszkowskiego:

Gotuj się zatem rżnąć mięso: nie przelej
Krwi ani kropli; pomnij też nie wyrżnąć
Ani mniej, ani więcej niż funt spełna;
Bo gdybyś wyrżnął mniej lub więcej trochę,
Niż funt okrągły, gdyby niedowyżka
Albo przewyżka miała, ściśle biorąc,
Być o dwudziestą część skrupułu lżejsza.
Lub cięższą; gdyby się różniły szale
Chociażby tylko o szerokość włosa:
Umrzesz, i mienie twe pójdzie w sekwester. 
/Kupiec wenecki, akt IV scena 1/

Shylock mógł rżnąć ciało Antonia zamiast przyjąć pieniądze. Firma może odliczyć cały VAT zamiast połowę. Ale czy warto?

Poszukiwacze zaginionego Boeinga

O zaginionym MH370 nadal nic nie wiadomo na pewno, choć w stosunku do stanu wiedzy sprzed czterech tygodni dziś właściwie nie ma innej możliwości, niż to, że samolot ni stąd, ni zowąd wykręcił na południe i leciał tak przez wiele godzin w kierunku Australii lub Antarktydy, by ostatecznie osiąść w wodach Oceanu Indyjskiego. Od wielu już dni poszukiwania są prowadzone wyłącznie na zachód od Australii, namacalnych dowodów wciąż brak (jedynie liczne fałszywe tropy), ostatnio pojawiają się kolejne komunikaty o wyłapaniu podwodnych sygnałów mogących pochodzić z „czarnych skrzynek”, z dokładnością wciąż do co najmniej dziesiątek kilometrów. 

Poszukiwania są prowadzone przy użyciu satelitów, samolotów, statków, pływających sonarów, wszyscy czekają tylko na dzień, kiedy do akcji wejdzie miniaturowa łódź podwodna (na tyle powolna, że nie ma co jej używać do przeszukiwania całej łąki, a jedynie konkretnego na niej stogu, że sobie pozwolę zaadaptować metaforę). Przy tej okazji zobaczyłem zdjęcie, które na tyle mnie zaskoczyło że aż sobie pomyślałem że komuś się coś pomyliło – ale podpis pod zdjęciem wskazywał, że jednak nie.

Australian Navy divers search MH370 Guardian
(Ryan Davis/AFP/Getty Images, za „Guardian„)

Obszar poszukiwań niedawno był określany jako „o powierzchni Polski”, teraz zmalał do ćwierci tej powierzchni, pod spodem cztery kilometry głębi (że Mont Blanc by niekoniecznie wystawał), a tu ludziska w maskach i płetwach. Aż chce się zapytać, to po co nam panie te technologie? No przydają się jednak.

Książki najważniejsze

Niedawno literat Jakub Żulczyk rzucił na swoim fejsbukowym profilu (nie żebym akurat śledził, nie znamy się nawet w sposób właściwy dla literata i czytelnika, znajomy wcześniej skomentował i mi podsunęło) hasło „jakie jest Wasze najważniejsze dziesięć książek”. Byłem w pozytywnym nastroju, więc zareagowałem pozytywnie, w ciągu paru minut wybrałem w myślach dziewięć, wpisałem…

Pomyślałem sobie potem, że właściwie to fajna zabawa, a na fejsie zniknie tak szybko, że nawet jeśli ślad po tym zostanie, to i tak nikt nigdy na niego nie trafi (na fejsie niczego znaleźć nie można, po tygodniu właściwie jakby przestało istnieć, chyba że ma się determinację archeologa). Pomyślałem sobie nad kluczem… i doszedłem do wniosku, że będą to książki które i cenię, i lubię, i które miały na mnie wpływ (względnie jakby były reprezentatywne dla grupy która taki wpływ miała); odrzuciłem też książki szczególnie śmieszne, pozostawiając je na osobną okazję. Uzbrojony w klucze do odsiewania, uzupełniłem listę, układając ją w kolejności… chronologicznej.

Polska Jagiellonów, Paweł Jasienica
Teatrzyk Zielona Gęś, Konstanty Ildefons Gałczyński
Mistrz i Małgorzata, Michał Bułhakow
Paragraf 22, Joseph Heller
Mugger, Ed McBain
Świat według Garpa, John Irving
Rok 1984, George Orwell
Dekameron 2000 czyli Miłość w Pradze, Vladimir Paral
Korzenie nieba, Romain Gary
Ulica Nadbrzeżna, John Steinbeck

Większość, oczywiście, komentarza nie wymaga (zarzuciłem myśl o pisaniu oczywistości), część pozycji (lub ich autorów) jakiś hołd tutaj otrzymała (niekoniecznie w jednej notce). Muggera opublikowano w Polsce, ale pod takim tytułem, że zgrzytam zębami i nawet nie chcę go przywoływać własnymi usty czy palcyma – a chyba tę z powieści McBaina lubię najbardziej (na tyle, że sam kiedyś zacząłem w kajeciku pisać przekład). Korzenie nieba… sam nie wiem, czy bardziej za tę staroświecką, acz zaskakującą poetyckość, czy jako reprezentant wszystkich wcieleń Gary’ego, podobnie jest z Paralem, przy którym mam jednak pewność, że to od MwP zaczęliśmy swoją znajomość.

Gdyby ktoś był ciekaw, z pierwotnej dziewiątki usunąłem jedną pozycję. Gdyby ktoś chciał, może zamieścić własną dziesiątkę.

Ułameczki i zaokrąglenia

W poprzedniej notce napisałem:
komputer wyrzuca notę liczoną z dokładnością setnych punktu, przez co różnice między zawodnikami mogą być „o włos”

Pisząc te słowa nie znałem jeszcze wyników rywalizacji w parach tanecznych, transmitowano bowiem akurat rywalizację solistek, a finał par pokazywano z odtworzenia parę godzin później. Zerknąłem dopiero dziś rano (podczas oglądania pokazów), i aż mi szczęka opadła. Czwartą parę od medalu dzielił niecały punkt. Różnica między trzecim a pierwszym miejscem wynosiła raptem sześć setnych (0,06) punktu…

W tym miejscu natychmiast przypomina się nasz olimpijski dowcip o długości bródki. Tam różnica między zwycięzcą a „przegranym” (w cudzysłowie, bo jednak mówimy o wicemistrzu) wynosiła mniej niż możliwości pomiarowe podstawowego zegara, ba! Holendrzy pisali nawet, że mniej, niż różnica czasu, przez który sygnał startera biegł do ucha ich zawodnika. Wtedy zastanawiano się, czy należało w ogóle sięgać do dodatkowego pomiaru leżącego poza granicą percepcji, czy też może przyznać ex aequo dwa pierwsze miejsca. Precedensem był bieg narciarski na 15 km na igrzyskach w Lake Placid, kiedy to Mieto przegrał z Wassbergiem o niezauważalne 0,01 sekundy, po czym podjęto decyzję o mierzeniu czasów z dokładnością do 0,1 sekundy (wtedy, dodajmy, były w zasadzie wyłącznie biegi indywidualne, więc fotokomórka nie mogła o niczym rozstrzygnąć).

Gdyby więc wyniki w konkurencjach łyżwiarskich zaokrąglano z dokładnością nie do setnych, tylko do dziesiątych części punktu, to trzy najlepsze pary miałyby ten sam wynik, po 175,4 pkt. Ponieważ jednak wszyscy wolą raczej, by rywalizującym przypisać miejsca indywidualne, to kolejność byłaby zapewne rozstrzygana przy pomocy kryterium dodatkowego. Nie sprawdzałem aktualnego regulaminu ISU, ale kiedyś decydujące znaczenie miało miejsce w programie dowolnym – co w tym konkretnym przypadku oznaczałoby, że mistrzowie zamieniliby się miejscami z brązowymi medalistami…

Dla porządku dodajmy jeszcze, że w zasadzie tylko w parach tanecznych były aż takie małe różnice – oprócz tego tylko męskie złoto rozstrzygała różnica 0,4 pkt, pozostałe różnice w strefie medalowej zaczynały się od trzech punktów, a w rywalizacji solistów między podium a resztą ziała przepaść trzydziestopunktowa.

O skakaniu u progu wiosny

Zima skończyła się definitywnie, drzewa kwitną, bociany przyleciały… więc pora symbolicznie zamknąć porę zimowych notek sportowych. Ostatnio jakieś takie skaczące te notki były:
Syn skacze za ojcem,
Skaczące cyferki.

 Właściwie to sam się dziwię, że po Igrzyskach nic o skokach narciarskich już nie napisałem…

PS Zapewne zauważyliście, że linkuję do „starego” bloga sportowego, który w założeniu służy jako backup. Mówiąc szczerze, zdecydowanie bardziej mi się podoba to stare wcielenie, bo nowe jest uproszczone do bólu, dziś notki piszę na starym, a gotowe przeklejam na nowy (i na nowym najpierw publikuję). Obiecałem to ciągnę na nowym miejscu…

Skaczące cyferki

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych reform sportowych w ostatnich latach była zmiana sposobu punktowania w łyżwiarstwie figurowym. Względnie prosty i elegancki system, w którym sędziowie podawali po prostu dwie oceny, jedną za wartość techniczną, drugą za wrażenia artystyczne, gdzie maksymalną notą była szóstka (ze stopniowaniem w dół o dziesiąte części punktu), zastąpiono systemem całego szeregu pojedynczych ocen, które następnie są pracowicie przeliczane na łączne noty „za wartość” i „za wrażenie”. Pretensje są różnego rodzaju – na gruncie tradycji (gdzież są niegdysiejsze szóstki), na gruncie „nie wiem jaki sędzia dał jaką notę” (słyszałem podczas tegorocznych Igrzysk z ust pewnej sędzi, aczkolwiek po skandalu z Salt Lake City lepiej byłoby akurat tego argumentu nie używać, w obecnym systemi punktuje bodaj dwunastu sędziów, po czym komputer losowo wybiera z nich siedmiu branych pod uwagę), wreszcie na gruncie „kompletnie nie wiadomo skąd się wzięły takie czy inne noty”.

Przyznam, że ten ostatni argument zawsze budził moje zdziwienie. Właśnie w systemie poprzednim nigdy nie byłem w stanie zrozumieć (choć szkolenia sędziowskiego nie przechodziłem), jak właściwie przekłada się jakość potrójnego salchowa na to, czy ostateczna nota będzie wynosiła przykładowo 5.2, czy 5.3. Dziś podstawowa wartość każdego elementu wynika z tabeli wartości punktowych (specjalny sędzia ocenia, jaki element został wykonany), do sędziów należy wyrażenie wyłącznie oceny o jakości każdego elementu w formie punktów dodatnich lub ujemnych, dodawanych do wartości podstawowej. Potem tylko trochę matematyki… i komputer wyrzuca notę liczoną z dokładnością setnych punktu, przez co różnice między zawodnikami mogą być „o włos”. 

Dziś rano włączyłem z głupia frant telewizor, na chwilę przełączyłem na Eurosport, akurat były skróty z mistrzostw świata. W lewym rogu ekranu zauważyłem nowość, niewielką tabelkę, w której podano notę (techniczną) liderów oraz napis „bieżąca” („current”). Pomyślałem sobie: czyżby w dobie wszechobecnych komputerów ktoś wreszcie pomyślał o podawaniu na bieżąco not wystawianych przez sędziów? I nie pomyliłem się: w trakcie przejazdu w okienku zaczęły się pojawiać cyferki, pokazujące aktualną sumę punktów przyznanych przez sędziów. Nie mam pewności, czy najpierw podawano wartość bazową, a potem korektę, ale na pewno dostarczono kibicom dodatkowych emocji, zarazem zwiększając przejrzystość (choć opóźnienie utrudnia ocenę, ile punktów akurat przyznano za tego potrójnego salchowa).

Który system jest lepszy, to będą jeszcze długo trwały spory. W nowym systemie można ustanawiać rekordy punktowe za coraz trudniejsze programy, ale rozumiem tych, którzy wzdychają za niepowtarzalnym widokiem rzędu szóstek.

Chodźcie

Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem (i losowy przegląd na YT właściwie skłania mnie do myśli, że nic w tym dziwnego, na trzy próbnie odsłuchane utwory żaden nie przypadł mi do gustu). Ten kawałek sprawia jednak, że ciary idą po plecach od pierwszej do ostatniej chwili, i właściwie nie wiem dlaczego.

Bo gitarki tną fajnie, ale ileż jest kapel gitarowych. Bo mają oryginalny (dosyć) koncept z akordeonem w składzie, ale przecież wcale go tam wiele nie ma (nie przez cały czas) i wcale nie jestem jakimś szczególnym fanem Mozila. Bo zaciągają w wolnych partiach jak Oasis, ale sam kontrast to za mało. Bo mają jakąś seksowną blondynkę w teledysku, ale przecież za pierwszym razem trafiłem na nich w radio…

No dobra: to kolejni, którzy mnie kupili perfekcyjnie rozplanowanym rytmem. A że piątek wieczór jest, to chodźcie teraz ze mną i Kongosami

Lepszy jastrząb z papieru niż gołąb na dachu

Stałem sobie spokojnie na korytarzu naszego lokalnego Pałacyku Sprawiedliwości. Słoneczko nastrajało optymistycznie, spojrzałem w dół na patio (na dachu parteru) wspominając rosnące tam w sezonie poziomki, obecnie chyba usunięte (zresztą nawet w taką zimę jak w tym roku by urosnąć nie zdążyły). Pokontemplowałem sobie nagrodową architekturę budynku. Popatrzyłem w górę…

Na dachu budynku coś się ruszało. Wyglądało jakby jakiś ptak się tam dostał i nie wiedział jak się wydostać zza wysokich płyt z pleksi. Ruszał się jednak jakoś dziwnie… Przyjrzałem się uważnie. Ruszał się dziwnie, bo był na uwięzi, i nie wiem, czy poruszał nim wiatr, czy jakiś zmyślny lub niezmyślny mechanizm, ale najwyraźniej miał na celu zniechęcać inne ptactwo do zapuszczania się na dach sądowy (nie sądzę przy tym, by chodziło o niebieskie ptaki). Sposób to może bardziej skuteczny, niż naklejanie na tych płytach z pleksi wizerunków ptaków drrrapieżnych, na pewno bardziej elegancki, niż mocowanie sterczących prętów zniechęcających do siadania (w biurowcu nieopodal zamontowano takie na najbardziej zaguanionych parapetach). 

Sąd Okręgowy w Katowicach ptak na dachu

Jeżeli nie widzicie, to musicie uwierzyć na słowo, że tam jest. Na pewno musicie uwierzyć na słowo, że się ruszał.