Chyb(ion)e pierwsze wrażenie

Tak mnie jakoś dziś wzięło i poniosło. Miałem po prostu wrócić do domu z miasta Bielska, ale zamiast jechać drogą prostą a zastawioną robotami drogowymi, lub inną drogą prostą lecz długą, podkusiło mnie na eksperymenty krajoznawcze w poszukiwaniu skrótu. Zjechałem więc sobie z ekspresówki, powlokłem się przez Jasienicę, między stawami Landka, z pewnym zaskoczeniem odnotowałem w pamięci Galerię Stracha Polnego w Rudzicy. A potem nadeszło Chybie i… zatrzymałem się.

Zatrzymałem się razem z całą kolumną pojazdów. Po minucie zorientowałem się, że stoimy przed przejazdem kolejowym (inny był kilometr wcześniej). Po kilku kolejnych minutach uznałem, że to nie wróży zbyt dobrze… a że tuż obok był parking pod sklepikiem, wykonałem ostry manewr w prawo i mogłem spokojnie wyjąć z bagażnika teczkę z kanapką i laptopem. Załatwiwszy co niezbędne wysiadłem z auta i rozejrzałem się. 

Na pierwszym planie miałem moknący w mżawce sznur aut, kończący się z jednej strony przed szlabanem, a z drugiej wydający się nie mieć końca (w zasięgu wzroku). Zacząłem zwiedzanie. Na wstępie zaciekawił mnie „SALONIK FRYZJERSKI” (nie zaglądałem do środka, czy istotnie malutki), po drugiej stronie placu widniał zresztą już całkiem duży Salon Fryzjerski. Dalej były sklepy, na drzwiach „marketu” zaintrygowała mnie „WĘDZONKA Z ŁYSYCH”, nie dowiedziałem się o niej nic więcej, gdyż (co było jeszcze bardziej zaskakujące) market działał tylko do godziny 15.00. Na szczęście ciut dłużej działał barakowóz z pieczywem, nabyłem w nim dwie ostatnie bułki cynamonowe – niestety raczej jałowe, z cynamonem bardziej w dawce zapachowej niż smakowej. 

Jako zmotoryzowany nie wstąpiłem do karczmy, więc nie mogę potwierdzić, czy „okrutnie liche piwsko w tej Końskowoli”, niemniej pierwsze wrażenie Chybie zrobiło mocno takie sobie (może gdybym był z drugiej strony przejazdu, byłoby ciut lepiej). Nie spodziewam się, bym tam jeszcze zawitał, nie dlatego bym się do mieściny zraził, po prostu droga niewarta zachodu (zwłaszcza myśl o przejazdach kolejowych, to linia na Wisłę), a nic szczególnie wartego wycieczki nie zauważyłem (nie zachęca mnie nawet „kościół zabytkowo-pielgrzymkowy”, jak głosił przydrożny drogowskaz). Już lepiej do sąsiedniego Strumienia

Ustawowa lichwa, czyli odsetkowy galimatias

Się narobiło. W tym tygodniu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe NBP, w tym stopę kredytu lombardowego – co spowodowało między innymi obniżenie przewidzianej w kodeksie maksymalnej stopy odsetek jakie mogą wynikać z czynności prawnej (powyżej teoretycznie zaczyna się lichwa). Od czwartku stopa ta wynosi 12% rocznie (art. 359 par. 2[1] k.c.). 

No i powstał galimatias, ponieważ inny przepis tego samego artykułu (paragraf 2) stanowi zarazem, iż jeśli wysokość odsetek nie jest w inny sposób określona, należą się odsetki ustawowe. Te zaś zgodnie z paragrafem 3 są ustalane w drodze rozporządzenia Rady Ministrów. Aktualne odpowiednie rozporządzenie obowiązuje od sześciu lat i przewiduje prawo wierzyciela do żądania odsetek w wysokości 13%. W momencie jego uchwalania odsetki maksymalne wynosiły 31% rocznie… 

Powstaje pytanie, którą stopę stosować? Pojawiają się różne koncepcje – że odsetki maksymalne dotyczyć powinny tylko tych sytuacji, gdy strony umowy ustalają między sobą wysokość odsetek (zarówno za korzystanie z pieniędzy, jak i za opóźnienie), jako że „opóźnienie nie jest czynnością prawną”; że nie ma wyraźnego zakazu aby odsetki ustawowe były wyższe niż maksymalne; że odsetki ustawowe dotyczą też zobowiązań nie wynikających z czynności prawnych i w tym zakresie oczywiście pozostają w mocy, natomiast w zakresie czynności prawnych należy stosować ustawowe.. Być może któregoś dnia będzie to rozstrzygane przez sądy – teoretycznie to tylko jeden procent, ale przy milionie złotych zrobi to dużą różnicę. Na pewno zaś rząd powinien przy najbliższej możliwej okazji zmienić rozporządzenie (tradycyjnie zwykle po prostu wydawał nowe), aż się prosi ze wsteczną mocą obowiązującą (ale tu mogliby zaprotestować ci, którzy otrzymaliby te wyższe odsetki i wsteczna moc zapewne zostałaby uznana za niekonstytucyjną).

Przy okazji warto wspomnieć o jeszcze jednej powszechnie stosowanej stopie odsetek – od zaległości podatkowych. Tutaj akurat konfliktów nie ma, gdyż konstrukcja tej stopy też jest oparta na stopie kredytu lombardowego (więc spadła). Dysonans pojawiłby się w przypadku gdyby stopa kredytu lombardowego spadła jeszcze bardziej (poniżej 2% rocznie) – stopa odsetek od zaległości podatkowych to dwukrotność stopy lombardowej plus dwa punkty, obecnie 2×3+2=8% rocznie, i zgodnie z ustawą jest to najniższy dozwolony pułap. 

Swoją drogą, właściwie fascynujące jest, jak wysokość zobowiązań między obywatelami jest determinowana aktami rangi podustawowej, nawet jeśli wydawanymi przez organy konstytucyjne.

MIL

Przyglądam się MILionowej powtórce dośrodkowania Piszczka. Widzę, że w ostatniej chwili próbował je przeciąć nominalny napastnik (tak wynikało z ustawienia) Thomas MUELler. Nie dał rady i piłka pofrunęła na głowę Arkadiusza MILika (jak ja się cieszę że ta reprezentacja zagrała z dwoma napastnikami w pierwszym składzie). 

A potem Lewandowski postanawia nieMILe zaskoczyć swojego byłego klubowego kolegę (choć ten zupełnie nie powinien być zaskoczony sposobem gry Lewego) i kończy akcję idealnym wyłożeniem do MILi. A ja mam nieodparte wrażenie, że prawy słupek bramki Neuera (patrząc od strony bramkarza) jakoś się z naszymi umówił i wysyłał fluidy pokazujące gdzie dokładnie posłać piłkę (przy obu bramkach piłka wpadała niemal dokładnie w to samo miejsce przy słupku, lądując w bocznej siatce).

Taki mecz jak na razie zdarzał się nam raz na MILion lat. Dobrze było go oglądać, nawet jeśli bez tej wiary.

Trzy próby Aleksandra

Zdobycie fotela w bolidzie F1 nie jest łatwe, w tej chwili jest ich w końcu tylko 22, trzeba się legitymować niebagatelnymi walorami w postaci talentu lub gotówki (lub odpowiedniej kombinacji tychże). Niektórym zespołom zdarza się niemal otwarcie handlować miejscami, mówiło się, że za jedyne 300 tys. euro można spędzić weekend wyścigowy w barwach Caterhama (pamiętając jednak o ograniczeniach regulaminowych dotyczących liczby kierowców jaką jeden zespół może zgłosić w trakcie sezonu oraz o wymogu posiadania superlicencji F1), a w tylko jednym piątkowym treningu – jeszcze łatwiej. 

Alexander Rossi, jedyny obecnie Amerykanin w stawce F1, pierwszą swą próbę zaliczył w czerwcu, kiedy w barwach Caterhama jako oficjalny kierowca rezerwowy jeździł w piątkowym treningu w Kanadzie. Otwarcie pisano, że pojedzie też w treningu na ojczystej ziemi w teksańskim Austin. Cóż, w lipcu zmienił się właściciel zespołu i Rossi… dostał wolną rękę.

Zaczepił się w Marussii. W sierpniu – w atmosferze wielkie zamieszania – miał spędzić na torze cały weekend wyścigowy w Belgii, był już formalnie zgłoszony, po czym dosłownie następnego dnia okazało się, że problemy z kontraktem Maxa Chiltona jakoś się cudownie rozwiązały (czytaj: znalazł się jakiś przelew) i Rossi wypadł z listy startowej z powrotem do grona rezerwowych. 

Wczoraj wpisano go na listę zgłoszeń przed wyścigiem w Rosji w miejsce leżącego nieprzytomnie w szpitalu Julesa Bianchiego. Wpisano go, gdyż regulamin i umowa z organizatorem nakazują zgłoszenie w określonym terminie dwóch kierowców. Mówi się jednak (raniutko się będzie można dowiedzieć, pierwszy trening o ósmej), że Marussia może pojechać tylko jednym samochodem przez wzgląd na Bianchiego właśnie. Osobiście jestem zdania, że Rossi powinien jechać, w końcu Coulthard miał znacznie gorzej kiedy z marszu zastąpił za kierownicą tragicznie zmarłego Sennę, a i debiut w F1 Vettela zastępującego po wypadku Kubicę na pewno nie był wymarzonym. Jeśli jednak nie pojedzie – to chyba będzie oznaczało, że F1 go nie chce…

Jak zmieniać, żeby nic się nie zmieniło

W historii mojego blogowania sport zawsze odgrywał istotną rolę. Przez pierwsze cztery lata z haczykiem – jak kiedyś podliczyłem – popełniłem notek o sporcie blisko ćwierć tysiąca (i zgodnie z kategoryzacją nie wliczam do tego notek o Formule 1). Potem zostałem namówiony, aby to sportowe blogowanie wydzielić do osobnego tworu na chwałę serwisu śląsk.sport.pl., założyłem bloga sportowego na Bloksie i rok sobie to jakoś hulało. Po kolejnym roku informatycy dokończyli organizowania technikaliów i zyskałem nowy adres, już docelowy, to jakby zacząłem się tam przenosić…

Właściwie to powiedziałbym: przeniosłem się, ale nie zadomowiłem. Interfejs Bloksowy nie jest doskonały, tak uprzejmie powiedzmy, ale możliwości nowego produktu nazwanego dyskretnie Blox-lite były od początku nader skromne. Szybko się wkurzyłem, kiedy się okazało, że zeżarło mi (z powodu chwilowej utraty połączenia) prawie gotową notkę, poprawiłem, kiedy zrozumiałem, że raz opublikowanej notki nie mogę wyedytować. Zacząłem więc pisać projekty notek na „starym” blogu (i gotowe kopiować)… i tak coraz bardziej czułem się na nim jakbym go nigdy nie opuszczał. A na dodatek jeżeli ktokolwiek wpadał coś powiedzieć na temat tego co napisałem, to robił to wyłącznie na starym blogu. Przez 13 miesięcy napisałem ponad 50 notek, uwierzycie, że na nowym blogu mam raptem cztery do nich komentarze? Wszystkie własne, zastępujące właściwie edycję. 

Ten nowy blog to poniekąd fikcja (nie będę się zastanawiał czy 30 tysięcy odwiedzin w okresie nieco ponad roku to dużo czy mało), z czym mi takse. Dumałem nad tym ostatnio i doszedłem do wniosku, że przestanę udawać – „stary” blog sportowy oficjalnie staje się miejscem, w którym piszę o sporcie. „Nowy” blog będzie istnieć dalej, po staremu będę przeklejać tam notki, ale to on będzie kopią, de facto wyłącznie realizacją obietnicy, że będę tam pisać. A jeśli się coś tam zmieni… to najwyżej zmienię znowu.

Niby do plebiscytu daleko…

Kolarski mistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego.
Mistrz świata w siatkówce, MVP mistrzostw świata.
Mistrzyni Europy i rekordzistka świata w rzucie młotem. 
Mistrzyni świata (w sztafecie) i dwukrotna wicemistrzyni świata w kajakarstwie.
Zwycięzca dwóch etapów Tour de France, zdobywca koszulki najlepszego „górala” Touru.
Król strzelców piłkarskiej Bundesligi. 
Mistrz olimpijski w łyżwiarskim wyścigu na 1500 metrów, medalista w drużynie.
Mistrzyni olimpijska w biegu na 10 km (ze złamaną kością stopy). 
Dwukrotny mistrz olimpijski i zdobywca Pucharu Świata w skokach.  

Mamy dopiero koniec września, a wymienieni powyżej sportowcy w niejednym roku za swoje osiągnięcia śmiało mogliby liczyć co najmniej na podium plebiscytu na najlepszego sportowca roku. A gdzie inni medaliści olimpijscy, mistrzowie Europy w lekkoatletyce (wiem, że mistrzostwa Europy mniej ważą), gdzie zwycięzca lekkoatletycznej Diamentowej Ligi, gdzie tenisistka wygrywająca wciąż duże turnieje, gdzie koszykarz prowadzący swój zespół do półfinału konferencji NBA… A jeszcze przed nami mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów, i brydżowe mistrzostwa świata, i jeszcze jest szansa na wygranie Rajdowych Mistrzostw Europy czy żużlowego Grand Prix (i jeszcze pewnie niejeden sukces, który uchodzi w tej chwili mojej mocno nadszarpniętej uwadze lub z trudem zasługuje na porównanie z wyliczanką z pierwszego akapitu).

Doprawdy, nie pamiętam kiedy mieliśmy taką kibicowską klęskę urodzaju, kiedy tyle łez wzruszenia cisnęło się do oczu. I wiecie co? Podoba mi się. Obyśmy tylko takie problemy mieli.

I niech mi „Kwiatek” wybaczy, że w taki nietypowy sposób komentuję jego Sukces.

Listopad

Kiedy byłem dzieckiem wczesnoszkolnym, wmawiano mi że nazwa „listopad” pochodzi od tego, że akurat liście opadają (wiecie, na zasadzie że „sierpień” to od machania sierpem i podobne). Wtedy to jakoś nie przeszkadzało, ciągle coś nowego w dziecięce głowy wtedy starali się wcisnąć, bardziej fascynowało co to są te paździerze, które pojawiały się w czytankach o starych wiejskich zwyczajach.

Mamy wrzesień, a ja trzeci weekend z rzędu spędzałem godzinkę wokół domu grabiąc i zamiatając liście. Jarzębina i akacja (oraz jakieś pnącze napłotne) dbają o to, żeby mi roboty nie brakowało, czasem coś zaleci jeszcze z oddali, w październiku pewnie bzy się postarają dołączyć. Jak tak sobie pomyślę, to w czasach szkolnych chodziło się na prace społeczne (polegające zwykle na grabieniu trawników) we wrześniu-październiku, więc niewiele się w kwestii opadania liści zmieniło, nawet na zmiany klimatyczne nie ma co tego zwalać (bo co nie spojrzeć, to powinno powodować późniejsze opadanie liści, a nie wcześniejsze niż w listopadzie).

Może listopad pochodzi w istocie od miesiąca, w którym wszystkie liście już opadły i na ziemi leżą? 

Siatkarskie (złote) myśli

W zasadzie nie jest chyba żadnym zdziwieniem, że skoro w naszych rodzimych halach trwała wielka impreza siatkarska, i to jeszcze jak miło zakończona, to nablogowałem coś o siatkówce na blogu sportowym?
Siatkarska reklama,
Guma,
Wizje.

Po drodze też popełniłem coś o naszych innych sukcesach…
Niech się święci Pierwszy Majka

…oraz o porażkach czy może kompromitacjach (czyli o futbolu (czyli o Legii)):
Dywagacji czar,
Oczekiwanie.

Wizje

Gdzieś w toku tego turnieju miałem wizję, że w finale mundialu zlejemy w Spodku Rosjan, jak w 1976 roku hokeiści. Ale Rosjan ograliśmy w Łodzi kilka dni wcześniej i do Katowic już nie przyjechali. 

Gdzieś przed finałem wymyśliłem sobie, że ostatnią akcję finału skończy Mika z drugiej linii. Nawet nie wiem, w którym miejscu był w tej akcji – piłka poszła symbolicznie do Wlazłego, żeby mógł po raz ostatni w karierze przebić się przez brazylijski blok, pokazać że zasłużył na MVP, zakończyć karierę reprezentacyjną przypieczętowaniem tytułu mistrza świata.

Gdzieś w tych ostatnich godzinach zastanawiałem się, czy Drzyzga jest w stanie zapracować na tytuł najlepszego rozgrywającego (niektórzy rozważali go nawet jako MVP). Ale w drugim secie finału przygasł i zastąpił go Zagumny, który pociągnął drużynę do końca, wieńcząc w najlepszy możliwy sposób swą długą karierę.

Gdzieś przed półfinałami pomyślałem sobie, że jeśli zagramy w finale, to pójdę pod Spodek. Ale uświadomiłem sobie, że w tym tłumie niewiele zobaczę, a jeśli swą obecnością zapeszę – to będę wyjątkowo wściekły. 

Ale wizja, że jesteśmy w stanie ten tytuł zdobyć, okazała się słuszna.

Guma

Cztery razy grał na Igrzyskach Olimpijskich. Cztery razy grał na Mistrzostwach Świata. Cztery razy grał na Mistrzostwach Europy (te wszystkie liczby mogłyby być wyższe przy odrobinie szczęścia, wszak gra w reprezentacji od osiemnastu lat). Wybierany najlepszym rozgrywających tych największych turniejów, nawet kiedy reprezentacja obywała się smakiem (wobec mnogości rozgrywek siatkarskich już pominę te pozostałe, które nie mają nazw właściwych czempionatom).

W tym roku nie gra już roli pierwszoplanowej, chyba te 37 lat na karku daje znać o sobie – zwłaszcza w późniejszych setach zdarzały mu się wystawy kompletnie chybione co do tempa, kierunku czy wysokości; zagrywką też już nie straszy, choć zawsze grał wyłącznie flotem. Dziś wchodził tylko chyba raz na podwójną zmianę, nie wydaje mi się, żeby miał szczęście zdobyć punkt, w ostatnich meczach grę ciągnie wyłącznie o trzynaście lat młodszy Fabian Drzyzga. 

Nic jednak nie odbierze dziś Pawłowi Zagumnemu miana najbardziej utytułowanego polskiego siatkarza XXI wieku (wszech czasów raczej nie, bo jednak mistrzowie z lata 70-tych mają na koncie mistrzostwo świata i olimpijskie oraz pakiety medali mistrzostw Europy). Złoty medal mistrzostw Europy, dwa medale mistrzostw świata (o kolorach dziś nic nie mówię, na to pora przyjdzie jutro). 

Dziękujemy i prosimy o więcej.