Czytam ostatnio sporo (względnie) młodej polskiej prozy (nazywanej miejską). Być może muszę to zwalić na karb pewnej przypadkowości selekcji, ale głównym jej wspólnym mianownikiem jest pewna drapieżność języka, mieszanie slangów młodzieżowych z intensywną wulgarnością, z domieszką turpizmu, a nawet skatologii. Nic w tym w sumie zaskakującego, młodzi literaci zwykle starali się przebić łamaniem rozmaitych tabu językowych czy kulturowych, to tylko kwestia na jaki poziom w danym momencie trzeba się wspiąć.
Zacznę od książki autora, o którym w momencie zakupu nic jeszcze nigdy nie słyszałem (ale był to pakiet, więc opcji nie było, miałem zresztą wrażenie że sprzedający nie wiedzieli o nim wiele więcej). „Nie karmić zwierząt” Pawła Ziętka prowadzi nas do Poznania i jest mieszanką zwykłej realistycznej opowieści, odrealnionych ciągów imprezowych i scen głęboko surrealistycznych. Jeżeli pamiętacie „Lot nad kukułczym gniazdem„, to wyobraźcie sobie, że sny Wodza pisane przez Keseya po peyotlu… zajmują połowę książki, a otrzymacie obraz powieści Ziętka, z reszty połowa to sceny imprezowe, a druga połowa to bliższa normalności reszta (proporcji nie mierzyłem suwmiarką, ale tak z grubsza). Podczas czytania często gęsto wzdychałem straszliwie, bo o ile koniec końców doceniam zamysł konstrukcyjny i trafiające się ładne zdania i sceny (scena w domu Artysty, mniam, cały wątek jego żony był zresztą świetny), to jednak dominującym odczuciem jest brak pomysłu na wypełnienie treścią całych dwunastu czy trzynastu rozdziałów pomiędzy tymi udanymi fragmentami; ot, młody literat miał pomysł na to co do trailera, i na nic więcej.
Całkowicie inne odczucia towarzyszyły lekturze „Pawia królowej” Doroty Masłowskiej. Spotkałem się z opiniami, że ta książka jest nieczytalna – i całkowicie je rozumiem. Żeby móc ją czytać, trzeba na początek zmierzyć się z barierą formy. Najpierw trzeba się wczuć w jej strukturę, kto nie da rady ten ma mocno pod górę, bo to jest jak niekończąca się hiphopowa piosenka, trzeba to poczuć, dać się ponieść, nie pękać, czytał Sydnej Polak, Liroj albo Eminem, jeśli to złapiesz to ze słowami popłyniesz, przypomina mi się jak raz w podstawówce koleżance tłumaczyłem co to znaczy średniówka, bo ona czytała heksametr bez średniówki, przez co z manifestu się jej robiła ballada, co później z tą laską to długo by opowiadać, ale za daleko już uciekam w dygresji, bo przecież mieliśmy o Masłowskiej prozy pieśni, w której tyle samo prozy jest co poezji, przy czym flow Masłowskiej jest jednak w odbiorze trudniejszy. I kiedy już czytamy tę książkę jako piosenkę (autorka też tak o niej mówi, MC Doris, he he), to zaczynamy widzieć w niej literaturę, cieszymy się frazami, zagłębiamy się w różne światy, ich zderzenia, zderzenia światów i wyobrażeń o światach, mieszamy drwinę z celebrytów z realiami ulicy Brzeskiej. Doceniamy aluzje, śmiejemy się z żartów czując się lepszymi, żeby w kolejnej iteracji żartu zrozumieć, że żart był bezczelnie zastawioną pułapką i zmieniamy się z odbiorcy drwiny w jej przedmiot. Mnie kupiła całkowicie, penis pochwa, rewelka.
Mógłbym jeszcze napisać o Ziemowicie Szczerku („Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B„), ale on nawet rzucając kurwami piękny jest.