Czasem nie rozumiem ludzi na Facebooku

Bo nie rozumiem. To znaczy mogę się domyślać różnych mniej lub bardziej podstępnych i niegodziwych motywacji, ale nie rozumiem. 

Chodzi mi o proponowanie znajomości. Ni stąd, ni zowąd ktoś się pojawia i proponuje mi znajomość. Mogę zrozumieć, kiedy przeglądając informacje o takim apsztyfikancie (nie, to nie błąd tylko celowa pisownia) zaczynam się domyślać, że czyta wiadomości/komentarze na takiej czy innej stronie i może mu się spodobało coś co napisałem. Mogę zrozumieć, kiedy taki zainteresowany ma ze mną wspólnego znajomego (wiem skąd się mógł wziąć) – aczkolwiek kojarzę taką jedną, o którą zapytałem wspólnego znajomego, a ten podrapał się w głowę i wyznał, że nie ma pojęcia kto to jest, ot zaprosiła go do znajomych… Obiło mi się o uszy, że niektórzy zwyczajnie „kolekcjonują” znajomych, a im wyższa ilość, tym lepiej (paru takich mógłbym, jak sądzę, wymienić, i śmiało ze znajomych wywalić, ale zwyczajnie mi się nie chce). W pewnej chwili napisałem nawet obszerne ostrzeżenie dla kolekcjonerów, kogo i na jakiej zasadzie do znajomych przyjmuję (zgadliście: nie pomogło). 

Przypadek który skłonił mnie do napisania tej notki był jednak jeszcze bardziej specyficzny. Objawiła się z zaproszeniem jakaś panienka, której ja dotąd widu ni słychu, ani jej historia, ani zainteresowania, ani znajomości niczego zupełnie nie pokazywały (nawet pachniało to świeżo założonym kontem). Adnotacja o przebiegu nauki sugerowała co najmniej studentkę, choć zdjęciu dałbym najwyżej liceum. Użyłem magicznej formuły „znajdź obraz w Google”, parę mylnych tropów doprowadziło mnie w końcu do tego samego zdjęcia (zacnego, nie zaprzeczę) zamieszczonego cztery lata wcześniej na jakimś niemieckim profilu ze zdjęciami (co, oczywiście, nie przesądza czy pożyczyła sobie zdjęcie z internetu, czy internet pożyczył sobie przed laty jej zdjęcie). Moje podejrzenia krążyły wokół „fałszywy profil wycelowany w męską próżność, który później będzie służył do uwiarygadniania moim nazwiskiem jakichś gównianych ofert sprzedaży”. Z ciekawości zajrzałem ponownie do listy jej znajomych – i zdębiałem. Moje „facebookowe” personalia są po części dość pospolite, choć zarazem nie nader popularne. Na jej liście potencjalnych znajomych były też cztery inne osoby o tym samym imieniu i nazwisku… Kolekcjonowała też osoby o tym samym imieniu, lecz nieco odmiennym nazwisku. Cóż… 

Ja po prostu nie rozumiem ludzi. Stary jestem, czy co.

Plebiscytowe przekomarzania

Odbył się kolejny plebiscyt Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca Polski. Wygrał piłkarz Robert Lewandowski, w ostatnich tygodniach poważnie rozważany jako kandydat jeśli nie do Złotej Piłki, to przynajmniej do czołowej trójki tej imprezy (nie wnikam czy w miejsce Neymara, czy Cristiano Ronaldo).

Rafał Stec skomentował na fejsie, że kiedy (poprzednio) plebiscyt wygrywał piłkarz Zbigniew Boniek, reprezentacja Polski była na trzecim miejscu w świecie (Espana’82), a piłkarz Lewandowski wygrywa, kiedy reprezentacja Polski awansowała na 24-drużynowe Euro (z drugiego miejsca w grupie, nie dodał). Zerknąłem sobie na wyniki plebiscytu z 1982 roku – piłkarz Boniek zostawił wtedy w pokonanym polu mistrzynię Europy w biegu przez płotki oraz mistrzów świata w zapasach i podnoszeniu ciężarów (oraz tenisistę Fibaka). Piłkarz Lewandowski pokonał mistrzynię świata i rekordzistkę świata w rzucie młotem, mistrza świata (i Uniwersjady) w rzucie młotem i zwycięzcę rajdu Dakar na quadzie (oraz tenisistkę Radwańską).

W dyskusji pod komentarzem Rafała Steca pojawiła się odpowiedź „a w 1996 roku piłkarz Citko wygrał z mistrzami olimpijskimi”. Tyle że piłkarz Citko wygrał w konkursiku telewizyjno-radiowym, w plebiscycie Przeglądu Sportowego zajął miejsce 10, za kompletem mistrzów olimpijskich (i dwójką wicemistrzów).

Samego wyniku nie komentuję już, podobnie jak Złotej Piłki.

Kary Pastora na Maxa

W Formule 1, jak pewnie w każdym sporcie, funkcjonuje system kar za rozmaite przewinienia przeciwko przepisom. Katalog kar jest dość urozmaicony – oprócz karnych sekund w trakcie wyścigu czy też obowiązku zjechania do boksów, są też kary przesunięcia na polach startowych, kary finansowe, możliwość skasowania niektórych wyników, dyskwalifikacji, zawieszenia oraz co jeszcze przyjdzie do głowy i zostanie uznane za właściwe (to ostatnie w oparciu o ogólny kodeks sportowy federacji). Do tego od dwóch sezonów funkcjonuje system przyznawania punktów karnych (podobny do znanego zwykłym kierowcom) – za przewinienie można dostać do trzech punktów, uzbieranie dwunastu w ciągu dwunastu miesięcy powoduje zawieszenie na jeden wyścig (nie trzeba ponownie zdawać egzaminu na prawo jazdy). 

W minionym sezonie w pewnej chwili z czystej ciekawości zacząłem podliczanie kierowcom różnych nakładanych na nich kar. Pominąłem przy tym kary nakładane za przekroczenie limitów wykorzystania skrzyni biegów (powinna wytrzymać sześć weekendów wyścigowych) oraz silników (cztery na sezon, temat rzeka, ilość dowcipów dotyczących kar za silniki w mclarenach już przekroczyła masę krytyczną), jako dotyczące sfery czysto technicznej. Pominąłem również kary za przekroczenie prędkości w boksach podczas treningów i kwalifikacji, gdyż są to kary czysto pieniężne, nie wpływające na przebieg wyścigów (natomiast rozmaite inne przewinienia w treningach czy kwalifikacjach kończyły się zarówno punktami karnymi, jak i karami pogarszającymi pozycję w wyścigu). 

Z takimi zastrzeżeniami, doliczyłem się w sezonie 2015 nałożenia na zawodników 40 kar. Asortyment przewinień był spory, aż 15 różnych rodzajów – dominowało „spowodowanie kolizji” (aż 12), oprócz tego po cztery razy karano za wyjazd poza tor w sposób dający przewagę oraz za przekroczenie prędkości w boksach. Z ciekawszych przypadków wymieniłbym także ukaranie za zajęcie niewłaściwego miejsca na polach startowych (takie proste, wydawałoby się, a dwa razy się zdarzyło…) oraz za zbyt wolną jazdę na rozgrzewce (nie widziałem sytuacji, więc nie będę próbował opisywać).

Napisałem już za co karano, pora napisać – kogo. Otóż spośród 21 kierowców, jacy wystąpili w wyścigach, ukarano aż siedemnastu (jak ktoś chce, może zgadywać skład czwórki „niewinnych”), z czego piętnastu zarobiło punkty karne. Rekordzistą jest uznany za objawienie sezonu „nieletni” Max Verstappen, który został ukarany aż sześciokrotnie, przy czym za każdym razem za coś innego (w tym za dość idiotyczne zachowania jak zatrzymanie niesprawnego bolidu na linii szybkiej jazdy oraz za ignorowanie niebieskich flag nakazujących przepuszczenie dublującego zawodnika), a na dodatek zgromadził za to osiem punktów karnych (czy to ma jakiś związek z faktem, że „cywilne” prawo jazdy zrobił dopiero podczas sezonu? chyba nie, bo będący w podobnej sytuacji Daniił Kwiat został ukarany tylko raz). Niemal rzutem na taśmę przebił w ten sposób wyniki „legendy” wyścigowego pitawalu Pastora Maldonado, który również zaliczył sześć kar, ale „tylko” za sześć punktów karnych; „Crashtor” w minionym sezonie dwukrotnie został ukarany za spowodowanie kolizji, ale – niejako wbrew swojej reputacji – nie spowodował tym wycofania żadnego rywala z wyścigu, za to kilkakrotnie był zmuszony zakończyć wyścig w wyniku ekscesów rywali, obaj mistrzowie świata z McLarena powiększyli przez to swoje konta punktowe (o punkty karne było im łatwiej niż o te mistrzowskie). 

O tym, że przewinienie przewinieniu nierówne, nie będę się rozpisywał, ale rozmiary kary zależały zarówno od okoliczności zdarzenia (kary za spowodowanie kolizji wahały się od 5 sekund i 0 punktów dla Alonso za popchnięcie Hulkenberga w Monako, aż do kary postoju w boksach i 3 punktów dla Raikkonena za zdemolowanie Bottasa na ostatnim okrążeniu w Soczi) oraz surowości składu orzekającego (z trzech kar za przekroczenie prędkości za samochodem bezpieczeństwa każda była inna). Na uwagę zasługuje fakt, że z tych 40 kar aż dziewięć nałożyli sędziowie na Hungaroringu, natomiast w czterech wyścigach skład sędziowski postanowił się w ogóle nie fatygować karaniem. Można powiedzieć: jak w sądzie. Można powiedzieć: jak w życiu…

Gwiezdne dorastanie

Dobra. Od premiery prawie trzy tygodnie (i dwa seanse w moim przypadku), najwyższa pora zakończyć okres ochronny dla tych, którzy jeszcze nie widzieli i jakimś cudem nie natrafili jeszcze na sto pińdziesiont opowieści o tym co jest w filmie. Dla porządku jednak – jeżeli jeszcze nie widzieliście filmu Gwiezdne Wojny: PRZEBUDZENIE MOCY (TFA), a chcecie zobaczyć nie wiedząc co jest w środku, to dalej czytacie na własną odpowiedzialność, Ciemna Strona Mocy na was czeka.

Zacznę od ogólnej refleksji, że nowe Gwiezdne Wojny dzielą los wielu filmów kręconych współcześnie: stara historia jest układana w zupełnie nowy sposób, łącząc stare pomysły z nowymi. Tak robi od dekady Disney z pirackimi opowieściami, tak zrobił Universal pod batutą Jacksona z Hobbitem, tak zrobił Warner z dinozaurami. Jednym się to podoba, innym się może nie podobać (ja należę do tych pierwszych). Mamy więc z grubsza szkielet fabularny najstarszych Gwiezdnych Wojen (ANH), pomysły z innych, i prawie kompletny zestaw starych znajomych, ze szczególnym uwzględnieniem duetu Chewie-Han. Ale oczywiście to nie o nich film jest, najważniejsi są młodzi bohaterowie.

Kluczowe słowo: młodzi (i nie o metryki chodzi). Finn, zbuntowany szturmowiec o gadce jak Eddie Murphy (dobra, przesadziłem). Tak naprawdę to dzieciak, wyrwany za młodu z rodzinnego domu (przymusem, inaczej niż młodzi adepci Jedi czy klony od probówki hodowane), całe życie tresowany na wiernego żołnierza, próbuje uciec od tego wszystkiego, żeby zapomnieć. Potrzebuje innego wstrząsu, żeby zrozumieć że ucieczka niczego nie tworzy. Kylo, chyba najstarszy z nich (zrazu Adam Driver wydawał mi się błędem obsadowym). Ten stara się dorosnąć na skróty, choć wciąż jest dzieciakiem rozdartym między wielkimi ambicjami a uczuciami, nad którymi nie panuje. Rey, dziewczynka, którą (dla jej bezpieczeństwa?) rodzice zostawili samą (prawie) na nieprzyjaznym zadupiu, nauczyła się być twardą i ciężką pracą walczyć o przeżycie – ale tak naprawdę wewnątrz została małą dziewczynką, która wierzy w powrót rodziców. Bolesne zrozumienie jest jednym z kluczowych kroków w jej drodze do dorosłości. Czy dzięki niej dorośnie jej Mistrz – tego dowiemy się dopiero z kolejnych części…

A widzowie? Dla nich lepiej, by – na te dwie godziny z hakiem – wyłączyli swoją dorosłość. W nieśmiertelnych słowach Johna Hammonda, te filmy są po to, by dzieci je oglądały z otwartymi buziami (będąc na tyle dużymi, żeby zrozumieć co się dzieje na ekranie). Czego i Wam życzę.

Galareta z kaczki

Na wstępie tak zwany disclaimer, czyli ostrzeżenie dla tych, których zwiódł tytuł lub Gugiel źle skierował: TO NIE JEST BLOG KUCHNIARSKI, nie pretenduję do bycia Brillat-Savarinem czy choćby absolwentem Akademii Cordon Bleu – cokolwiek znajdziecie poniżej, może przez kogokolwiek zostać wykorzystane na własną odpowiedzialność, lecz nie stanowi Sprawdzonej Tajemnej Receptury. Jeżeli więc szukacie Niezawodnego Sposobu Na, to idźcie szukać gdzie indziej.

A teraz wracając do naszej kaczki (nie, to także nie blog polityczny!). Jak zdawnabywalcy może zauważyli, od czasu do czasu zdarza mi się piec kaczkę. Pieczenie kaczki powoduje nieraz powstanie tak zwanych produktów ubocznych, a wobec powtarzalności pewnych zjawisk kuchenny eksperymentator próbuje je rozwijać celem lepszego wykorzystania.

Punktem wyjścia w naszych czarach-marach będzie więc upieczenie kaczki. Nie mam i na to żadnej superreceptury, czasem po prostu nabywam zestaw „kaczka gotowa do upieczenia”, w przyprawach, a nawet z jabłkiem w środku (jak kupuję zwykłą patroszoną, to wtedy jakaś tam sól, pieprz, czosnek, majeranek, co tam komu pasuje). Kaczkę ładuję do sporego naczynia żaroodpornego (kaczka większa od naczynia piecze się moim zdaniem tak sobie, sprawdzone info), szczelnie przykrywam, wstawiam do piekarnika na jakieś 160 stopni (może być na początku nagrzany bardziej) i trzymam zgodnie z zasadą 1 kg na 1 godzinę lub trochę dłużej. Ostatnio tak mi zwykle wychodzi, że ta kaczka nieomal pływa mi w sosie własnym (pytania, czy ona jest wtedy upieczona, uduszona czy ugotowana uważam za niestosowne, bo i tak jest pyszna). 

I teraz następuje clou. Jeśli tegoż sosu własnego jest dużo (jak jest mało to szkoda zachodu…), to kaczkę ostrożnie wyjmujemy, odkładamy (można na przykrywkę). Następnie bierzemy odpowiedniej wielkości miskę, i ostrożnie zlewamy cały sos (jak ktoś lubi kaczkę podlaną sosem, może oczywiście trochę odlać osobno). Sos odstawiamy do wystudzenia, a następnie schłodzenia (w międzyczasie kaczce oddajemy naczynie żaroodporne, chyba że idzie od razu na stół), im mocniej tym lepiej (choć niekoniecznie w zamrażalniku). Efektem schłodzenia powinno być rozdzielenie się sosu na frakcje – na wierzchu zostanie pyszny smalec (a.k.a. confit), a pod spodem – galareta, jednakowoż taka… jałowa. Pora więc powrócić do kaczki. Zakładam, że w jakimś momencie dokonujemy aktu jej porcjowania, zwłaszcza jeśli o pierś chodzi. Po wycięciu uroczych porcji do nałożenia na talerz, na pewno zostaną rozmaite drobne ścinki, jakieś małe kawałki trzymające się kośćca – wszystko to skrzętnie zbieramy, można do tego jeszcze dorzucić drobno posiekane skóry. Smalec odłożyliśmy już na bok, teraz możemy całą „galaretę” podgrzać, by się rozpuściła (oczywiście jak ktoś zdążył rozporcjować kaczkę przed pierwszym wystudzeniem, to może pominąć etap podgrzewania, ale wtedy może się okazać, że część drobnicy przyczepi się do tłustego), wrzucamy wtedy wszystko co pozbieraliśmy w poprzednim zdaniu, mieszamy, doprawiamy co łaska, schładzamy na powrót… Rrrany, wiecie ile się tym obżarłem w Święta?

Jak komuś to śmierdzi kuchnią kawalerską, to też go kocham.

Czy 78 to co najmniej 52?

Nie, nie wymyślam nowej matematyki. Przyszedł po prostu czas podsumować okołonoworoczne wyzwanie „przeczytam 52 książki w 2015 roku”. Szkopulik w tym, że zasady ustaliłem samodzielnie – liczyły się wyłącznie książki przeczytane po raz pierwszy, skończone w 2015 roku bez względu na to kiedy zacząłem czytać (bo miałem parę zaczętych i nie chciało mi się ich pomijać, czytać od początku ani odkładać ad calendas Graecas, a potem w ramach motywacji doczytałem sporo książek kiedyś zaczętych i odłożonych…). W efekcie sam nie wiedziałem, czy te 52 książki to będą „uczciwie” policzone (z drugiej strony nie liczyłem szczegółowo tych powtórzonych, bez kozery powiem że było ich co najmniej pińć).

Wcześniej już cztery razy podawałem jak mi idzie, ale żeby rzecz całą zamknąć elegancko, to poniżej pełna lista 78 książek skończonych.

1. Lisa See, Sieć rozkwitającego kwiatu
2. Leonie Swann, Triumf owiec
3. Jakub Żulczyk, Zrób mi jakąś krzywdę /e/
4. Terry Pratchett, W północ się odzieję /p/
5. Mario Vargas Llosa, Dyskretny bohater
6. Terry Pratchett, Kapelusz pełen nieba /p/
7. Radek Teklak, Piórkiem i mięsem /e/
8. Sławomir Koper, Życie towarzyskie elit PRL
9. Karolina Pochwatka, Post /e/
10. Terry Pratchett, Ostatni bohater /p/
11. Alicia Gimenez-Bartlett, Wysłańcy ciemności
12. Stephen Clarke, Paryż na widelcu. Sekretne życie miasta
13. Michał Brzostowicz, Maciej Przybył, Jacek Wrzesiński /red./, Targi, jarmarki i odpusty  /p/
14. Terry Pratchett, Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury /p/
15. Ernest Hemingway, 49 opowiadań
16. Michael Connelly, Piąty świadek
17. Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Bohater z cienia. Losy Kazika Ratajzera
18. Kurt Diemberger, Góry i partnerzy
19. Paweł Ziętek, Nie karmić zwierząt /e/
20. Donna Leon, Mętne szkło
21. Alicia Gimenez-Bartlett, Puste gniazdo
22. Dorota Masłowska, Paw królowej /e/
23. Janusz Zajdel, Lalande 21185 /e/
24. Adam Pluszka, Mysz na młynku /e/
25. Jean-Noel Fenwick, Maria i Piotr Curie. Rad i… wielka miłość
26. Ziemowit Szczerek, Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli Historie z Europy B /e/
27. Janusz Zajdel, Prawo do powrotu /e/
28. Kristina Ohlsson, Niechciane
29. Janosch, Szczęśliwy kto poznał Hrdlaka
30. Terry Pratchett, Potworny regiment /p/
31. Fannie Flagg, Babska stacja
32. Marcin Przybyłek, CEO Slayer. Pierwszy raz /e/
33. Orhan Pamuk, Nazywam się Czerwień
34. Angela Bajorek, Heretyk z familoka. Biografia Janoscha
35. Marjorie Price, Dar z Bretanii
36. Alex Bellos, Futebol. Brazylijski styl życia /e/
37. Kazimierz Brakoniecki, W Bretanii
38. Polina Daszkowa, Rosyjska orchidea
39. Lee Child, Poszukiwany
40. Oksana Robski, Szczęście nadejdzie jutro
41. Wawrzyniec Podrzucki, Uśpione archiwum /e/
42. Wawrzyniec Podrzucki, Kosmiczne ziarna /e/
43. Wawrzyniec Podrzucki, Mosty wszechzieleni /e/
44. Joanna Dziwak, Gry losowe /e/
45. Adam Wiśniewski-Snerg, Robot /e/
46. Terry Pratchett, Łups! /p/
47. Daniel Kot, Kierunkowy 22 /e/
48. Adam Wiśniewski-Snerg, Nagi cel /e/
49. Jerzy Żuławski, Na srebrnym globie /e/
50. Anne Tyler, Święty Być Może 
51. Szczepan Twardoch, Drach
52. Alice Munro, Widok z Castle Rock
53. John Burdett, Detektyw z Bangkoku
54. Michael Connelly, Oskarżyciel
55. Jeronimo Tristante, Tajemnica domu Arandów
56. Ostatnia karczma. Zbiór opowiadań /p/
57. Jeffrey Archer, Pierwszy cud
58. Michał Bułhakow, Biała gwardia
59. Jeronimo Tristante, Zagadka ulicy Calabria
60. Mariusz Czubaj, 21:37
61. Laurence J. Peter, Raymond Hull, Zasada Petera /p/
62. Jean-Christophe Grange, Las Cieni
63. Graham Greene, Pożycz nam męża, Poopy
64. Tragedia Górnośląska 1945. konferencja /p/
65. Ziemowit Szczerek, Siódemka /e/
66. David Lagercrantz, Grzech pierworodny w Wilmslow
67. Donna Leon, Dzika zachłanność
68. Anna McPartlin, Ostatnie dni Królika
69. Radek Teklak, Miecz żenady /e/
70. James Patterson, Cross
71. Emelie Schepp, Naznaczeni na zawsze
72. Michał Protasiuk, Struktura /e/
73. Barbara Gruszka-Zych, Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara
74. Sławomir Shuty, Zwał /e/
75. Haruki Murakami, Mężczyźni bez kobiet
76. Przemysław Słowiński, Kamienne biografie
77. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz
78. Alfred Szklarski, Adam Zelga, Tomek w grobowcach faraonów

Wyjaśniająco: książką jest wszystko co ma numer ISBN. Symbol /e/ oznacza ebooka, /p/ – czytanie z PDFa, brak symbolu – staromodną książkę papierową. Książki pochodzą z zakupów, prezentów, wygranych w konkursach, okazji do ściągnięcia, z czeluści półki (gdzie leżą od Bóg wie kiedy), z bibliotek tudzież od znajomych.

Myślę – patrząc na listę – że tych książek zaczętych przed Nowym Rokiem było z tuzin, czyli dałem radę. W tym roku czytam już bez liczenia i na pewno bez wyzwań, w sumie z ciekawości podjąłem.

Katowicki sylwester z Polsatem

No więc nowy rok zacznę od przyznania się: oglądałem wczoraj wieczór sylwestrowy Polsatu czy też z Polsatem. Znakomity to koncert był. Zmuszony jestem jednakowoż podkreślić słowo „oglądałem”, gdyż niezwłocznie po pierwszym utworze wyciszyłem głos w telewizorze i zacząłem puszczać muzykę z laptopa (bo lepsza). Patrzyło się zaś znakomicie na futurystyczną scenę iluminowaną stale zmieniającymi się we wzorze i kolorze światłami. Od czasu do czasu kamera robiła odjazd ze sceny do szerszego planu, wtedy całość kosmicznych kształtów sceny z przyległościami było dobrze widać we względnej ciemności nocy, a kiedy jeszcze zaczynało być widać lekko podświetlony kształt katowickiego Spodka oraz niepodświetloną pustkę po świeżo wyburzonej DOKP, to na usta nasunęło się: IT’S NOT KATOWICE, IT’S A SPACE STATION!

A na scenie, ach. Przystojni panowie w eleganckich strojach, piękne panie w wytwornych kreacjach, aż mnie zdziwiło że jedna cały czas w tej samej, a nie co godzina w nowej (miała takie charakterystyczne srebrem szamerowane epolety*, że aż zapamiętałem). Do tego tradycyjnie ubrane czy nieubrane tancerki, cudacznie poubierani artyści (w poprzednim zdaniu było o prowadzących), długonogie wokalistki (jak nie słychać to piszę o tym co widać). I tylko czasem dysonansem był ktoś w puchowej kurtce…

Fakt, tu muszę zwrócić uwagę na jeden istotny czynnik. Od czasu do czasu było widać, jak oddechy zamarzają w powietrzu (o poranku mój domowy termometr pokazywał -11). Cały czas się zastanawiałem, czy na tej scenie mają jakiekolwiek ogrzewanie, choćby w postaci termowentylatorów umieszczonych pod sceną czy zakamuflowanych tu i ówdzie koksioków; pamiętam tylko, że raz któryś wykonawca miał coś płonącego ustawione na fortepianie. Oczywiście, być może jak się tańczy, śpiewa i skacze, to wcale się bardzo nie marznie, ale jednak te stroje na cienkie wyglądały…

Nikogo znajomego w TV nie wypatrzyłem (choć ten i ów się wybierał, a niektórzy nawet zdjęcia pokazywali), ale przecież to jeszcze nie dowód że ich tam nie było.

*a może to było coś innego, who cares

 

O tym jak przez brak zaufania do technologii zmarnowałem kartkę papieru

Wybierałem się do kina. Jako że seans wypadał późną nocą, a nie wiedziałem jaka jest dostępność biletów, zachowałem się jak człowiek XXI-wieczny, wszedłem na stronę kina, przeklikałem całą procedurę zakupu biletu, łącznie z płatnością kartą kredytową (wiedzieliście, swoją drogą, że niektóre kina pobierają 1 zł tytułem „kosztu dostawy biletów”?). Dostałem maila z potwierdzeniem…

I tu oczywiście pojawia się kwestia, że mail z potwierdzeniem to jeszcze nie bilet. Oczywiście, mogłem przyjąć, że stanę do kasy i podam tylko numerek zamówienia, ale przecież nie po to kupuję przez internet (i płacę złotówkę za koszt dostarczenia maila), żeby stać w kolejce do kasy. Mogłem też – teoretycznie – wprowadzić sobie na smartfona fotokod biletu (QR, jak sądzę), ale tak się składa, że w zasadzie smartfona nie używam (to znaczy używam takiego, który ma większość funkcjonalności smartfona, ale bez wielkiego ekranu po którym się maże paluchem, tylko z normalną oldskulową klawiaturą komórki). Mogłem też zapisać w telefonie przesłanego mi PDFa z QR (czytnik PDF w telefonie mam), ale obawiałem się, czy na ekraniku dwuipółcalowym zostanie on właściwie odczytany. Zamyśliłem się…

Wyciągnąłem phablet, którego używam jako tablecik. Przerzuciłem nań PDFa po Bluetoothu, upewniłem się, że otwiera prawidłowo („zawsze sprawdzaj”). Po czym włączyłem drukarkę i wydrukowałem bilet, tak na wszelki wypadek (po części dlatego, że nie miałem zaufania, czy w jakiś sposób nie będą weryfikować biletu po numerze telefonu, z którym phablet nie ma nic wspólnego).

W kinie pokazałem PDFa z phableta i wszedłem. Kartka złożona w czworo czekała w kieszeni i tam pozostała. A dzięki phabletowi czas przed seansem – aż do rozpoczęcia filmu – spędziłem na czytaniu, gdyż czytanie współczesnej polskiej prozy jest jednakowoż lepsze niż oglądanie trailerów współczesnych polskich komedii.

W 2016, moi drodzy, bądźcie eko i nie marnujcie papieru. I ogólnie niech się Wam darzy!

Takie tam o kinach

Kiedyś kino to była po prostu sala z zaciemnieniem, ekranem i krzesłami, większa lub mniejsza (pamiętam zarówno oglądanie filmów w malutkich salkach a’la DKF, jak i w wielkich halach widowiskowo-sportowych, nie wyłączając zakładowych domów kultury). Z czasem kina zamierały, inne inwestowały, zaczęły się pojawiać wielosalowe molochy, w których najważniejszy zdaje się być punkt sprzedaży popcornu.

Dziś w mojej szeroko rozumianej okolicy multipleksy się mocno rozpowszechniły i zakorzeniły, w samych Katowicach jest ich cztery, a piątego należy się spodziewać jak postawią nowe centrum handlowo-wszystkomające. Z pewnym takim zaskoczeniem odnotowałem jednak, że i w miastach z pozoru nie za wielkich też już gdzie nie staniesz, tam multipleks za rogiem. Bielsko-Biała, Bytom, Dąbrowa Górnicza, Gliwice, Ruda Śląska, Rybnik, Sosnowiec, Tychy, Zabrze – to miasta niemałe (czy jest jakiś przelicznik wielkości miasta na liczbę multipleksów lub sal kinowych…), ale w Jaworznie czy zwłaszcza Czechowicach-Dziedzicach to już była pewna niespodzianka jak dla mnie. W innych miastach – zwłaszcza takich, gdzie nie ma kina tuż za każdą granicą – wciąż się jeszcze trzymają stare poczciwe kina z jedną salą (choć w ośrodku kultury w Jastrzębiu-Zdroju muszą mieć dwie).

I właśnie kiedy tak sobie przeglądałem leniwie przy porannej kawie zamieszczony w papierowej gazecie repertuar kinowy, uderzyło mnie, że w większości tych małych, jedynych kin w miasteczku – w Żywcu, Żorach, Zawierciu, Raciborzu – grają wyłącznie Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy. W Jastrzębiu przeznaczają na to jedną salę, i tylko Knurów jest strefą gwiezdnie zdemilitaryzowaną. No, ale stamtąd do Gliwic rzut beretem.

Tak, to notka właściwie o niczym, nawet nie o tym czy chcę się dziś na Przebudzenie.. wybrać.

Świąteczne podziękowania

Z okazji rozpoczynających się Świąt Bożego Narodzenia, niniejszym pragnę serdecznie podziękować wszystkim, którzy mi dobrze życzą, zwłaszcza tym, którzy mi przysyłają, przysłali lub przyślą życzenia (bo może się zdarzyć że nie odpiszę albo co).

Dziękuję także tym, którzy życzą mi „z automatu”, w tym:
– Polskiej Akcji Humanitarnej,
– kolejom francuskim (nie wiem, czy nie czytali moich kąśliwych uwag, czy wręcz przeciwnie)
– dealerowi samochodowemu, z którym się pokłóciliśmy jakiś czas temu,
– włoskiej kompanii promowej Tirrenia,
– księgarni internetowej publio.pl, z której biorę chyba tylko darmowe ebuki, 
– wypożyczalni samochodów, z której nie pamiętam czy ostatecznie skorzystałem,
– portalowi Interia,
– (szkoda że mój ulubiony hotel w Lignano Sabbiadoro przestał mi przysyłać życzenia, być może to znak, że już zbyt dawno u nich nie byłem…)

A poza tym oczywiście życzę wszystkim Wesołych Świąt, byście zapomnieli o wszystkim złym, co za nami, i mieli się czym cieszyć przynajmniej przez ten najbliższy czas.