Tamburynista

Ta piosenka odruchowo kojarzy się z Dylanem, ale ja wersji Dylana zwyczajnie nie lubię. Jest taka rozłażąca się, niby przy gitarze, ale prawie jak a capella, ta gitara jest jakby obok. Najwyraźniej nie jest to ten okres twórczości Dylana, który do mnie trafia.

Zdecydowanie wolę wersję nagraną i opublikowaną raptem trzy miesiące później przez Byrdsów. Jest zupełnie inaczej aranżowana i instrumentalizowana, dynamiczna i rytmiczna, sixtiesowa. Może nie ta sama poetyckość, ale jingle-jangle brzmi jak ta lala.

A ponieważ mnie znów się czepiło i brzęczy we wszystkich zakamarkach w głowie, więc terapeutycznie się podzielę. Hey, Mister Tambourine Man, play the song for me

Tylko koni żal

Jak się już było wspominało, Dobra Zmiana pracuje w pocie czoła nad zmianami w prawie (i nie tylko, ale to inny temat), niekoniecznie sobie radząc z opracowaniem ich dobrze (pun intended), jak również z pojmowaniem skutków wprowadzanych regulacji (to takie trochę „zabijajcie jak leci, Bóg rozpozna swoich”).

Odnotowałem dziś podpisanie przez Pana Prezydenta kolejnej ustawy. Ustawa jest krótka, obejmuje wszystkiego drobne (ilościowo) zmiany w trzech ustawach i trzy artykuły z przepisami przejściowymi. Zasadniczym celem ustawy jest ukrócenie obrotu gotówkowego poprzez wzmocnienie obowiązku dokonywania rozliczeń między przedsiębiorcami za pośrednictwem rachunku bankowego, poprzez z jednej strony obniżenie pułapu bezgotówkowego do 15 tysięcy złotych, z drugiej zaś poprzez wprowadzenie sankcji polegającej – w skrócie – na wyłączeniu możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodu wydatków poniesionych z naruszeniem tego zakazu.

I tu niestety zaczynają się schody. Mądry Ustawodawca postanowił bowiem zabezpieczyć się przed ewentualnym obchodzeniem przepisu i nie tyle zakazał płatności gotówką, ile bezwzględnie nakazał rozliczanie się poprzez rachunek, bez wyjątku. Oznacza to – lege non distinguente – także przypadek, kiedy strony mają między sobą wzajemne rozliczenia, które mogłyby uregulować w formie potrącenia ((„ja ci jestem winien, ty mi jesteś winien, jesteśmy kwita”), w epoce zatorów płatniczych rozliczenia takie były podnoszone do rangi sztuki, kiedy dokonywano wielostronnych rozliczeń; jeżeli jednak po 1 stycznia strony spróbowałyby takiego manewru, to ucierpią na tym dość poważnie, bo powstaną im zupełnie wirtualne przychody do opodatkowania. To tylko jeden przykład (chyba najbardziej oczywisty), na razie się luźno zastanawiam nad przypadkiem dokonywania zakupów finansowanych kredytem, który byłby uruchamiany bezpośrednio z rachunku kredytowego, który w rozumieniu ustawy nie będzie „rachunkiem płatniczym”, bardziej zamożnym zapewne zdarzało się dokonywać czasem płatności takich kwot kartą kredytową – co również w świetle nowej ustawy będzie wątpliwe… Wiadomo, życie nie stoi w miejscu, może jeszcze przed końcem roku pojawią się specjalne rozwiązania, konstrukcje i oferty pozwalające (za drobną opłatą zapewne) na dokonanie rozliczeń w sposób zgodny z ustawą, ale znów będzie to marnowanie energii na rozwiązywanie problemów stworzonych przez głupotę.

Czemuż tak narzekam? Bo czytałem też dziś o rodzącym się w bólach podatku od supermarketów, który ma w dużej mierze starać się zrekompensować budżetowi podatki dochodowe nieuzyskane m.in. w wyniku pewnych mniej lub bardziej prostych sztuczek optymalizacyjnych, poczynając od opłat licencyjnych na rzecz zagranicznych spółek-matek. I wzdycham: dlaczego nie zabierają się do sprawy od najbardziej oczywistej strony, czyli tnąc koszty niematerialne, tylko grzebią w tym, co wielkich zysków nie przyniesie?

Tylko koni, tylko koni, tylko koni żal…

Grand Prix Monaco

Znów jak co roku legendarny wyścig na targowisku próżności. Monaco to miejsce znakomicie wyglądające o każdej porze roku, zwłaszcza gdy marina jest cała wypełniona większymi jachtami (mniejsze też są, tylko trudniej je dostrzec). I pomiędzy tymi wszystkimi hotelami, kasynami i pływającymi pałacami „ci wspaniali mężczyźni na swoich latających maszynach” rozpędzają się miejscami do prawie 300 km/h. Historia wyścigu zna i fale zalewające drogę, i samochody wpadające do zatoki, zwykłych wypadków – choćby i spektakularnych – nikt nie zliczy. 

Z punktu widzenia kibica żądnego akcji ten wyścig może być jednym z najnudniejszych w sezonie, z kolejnością często ustaloną jeśli nie na starcie, to po pierwszym zakręcie, zmiany pozycji to obecnie najczęściej wynik jakiegoś zagrywki strategicznej lub ordynarnego błędu raczej niż błyskotliwego manewru na torze. Trzeba jednak uświadomić sobie – można przy pomocy dowolnego symulatora – jak wiele możliwości popełnienia błędu czyha w każdej sekundzie. Jeden z mistrzów powiedział o wyścigu w Monaco, że to jak jeżdżenie rowerem po mieszkaniu. Samo utrzymanie się na nierównej (jak na standardy wyścigowe) nawierzchni może być wyzwaniem, a co dopiero mówić o precyzyjnych dohamowaniach i pokonywaniu zakrętów z prędkością godną autostrady o centymetry od barier. To dwie godziny unikania błędów i liczenia na cudzy błąd (zbyt wolna jazda to też błąd). 

Chciałbym kiedyś samemu przejechać tę trasę samochodem, nawet nie w tempie wyścigowym. Wciąż zakładam, że któregoś dnia pojadę obejrzeć ten wyścig, ale jednak nie w tym roku.

Fiu fiu fiu

Tak ze dwa lata temu Ojciec chwalił się, że w konkursie matematycznym dla uczniów Junior uplasował się w czołowym procencie (górnym centylu) w regionie – ale nie na podium.

Dziś Matka zapodała wyniki (wstępne) tegorocznej edycji. Tym razem dla odmiany Junior wskoczył na podium (w regionie).

To Ojciec sobie teraz trochę pogwiżdże i pobędzie dumny. A co.

Piwo w pociągu

Niektórzy, zwłaszcza starsi nieco, na pewno mają skojarzenie z panem, który wskakiwał na stacji i z dużą torbą przemierzał wagony recytując mantrę „piwo jasne, piwo jasne” (zwykle na większych stacjach, gdzie zdążył mimo wszystko wysiąść, albo na takich, gdzie następna była blisko). Dziś jednak nie o tym zupełnie. 

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Jest sobie taka knajpa (restauracja oficjalnie), która pokryta jest siecią torów kolejki. Tory biegną koło każdego stołu (bo to adekwatniejsza nazwa niż stolik) i przy każdym stole jadące po torach pociągi mogą się zatrzymać, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czyli – jeśli przy danym stole ktoś zamówił coś do picia. 

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Pomysł został już zdaje się powielony w różnych miejscach (a może i tu był powieleniem, jakież to ma znaczenie), ale widoku na Vaclavske namesti powielić się nie da.

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Jedzenie zaś przynoszą kelnerzy. Na talerze potrzebne byłyby zupełnie inne tory…

Co by tu jeszcze zmienić, panowie…

Formuła 1 ma problemy z ilościami. Zbiera (i stara się zbierać) coraz więcej pieniędzy, śrubując w tym celu opłaty licencyjne (dla niektórych stają się one zbyt wysokie). Stara się „otwierać na nowe rynki”, organizując wyścigi w coraz to nowych miejscach, aż do granic wytrzymałości samochodów, kierowców, fabryk i mechaników. Zbierając więcej pieniędzy, nie dzieli się odpowiednio z uczestnikami (zespołami), przez co tym coraz trudniej zebrać budżet na cały sezon (w tym na prace rozwojowe). Z braku nowych uczestników (nawet jeśli mamy wyjątek w tym roku) nie rośnie liczba startujących kierowców – bo każdy zespół zatrudnia dwóch (co do zasady), z możliwością wprowadzenia jedynie dwóch dodatkowych, ale dotychczasowe asy bynajmniej nie spieszą się na sportowe emerytury.

W tym roku liczba wyścigów przekroczyła psychologiczną barierę dwudziestu (wielu kibiców twierdzi, że optymalną była liczba 16). I tak sobie dumając nad różnymi aspektami, zadałem sobie pytanie: a co by było, gdyby… zwiększyć liczbę wyścigów do 24 (nie byłoby z tym problemu, Katar przebiera nogami, opowieści o kolejnym wyścigu w USA są stałym elementem dekoracyjnym, wyliczanie krajów, o których się mówi, że są zainteresowane, trwałoby równie długo jak wyliczanie krajów, które w ostatnich latach przestały organizować wyścigi) ale jednocześnie wprowadzić zasadę, że kierowca nie może wystartować w więcej niż 16 wyścigach w sezonie? Od razu mówię, że nic w tym ograniczeniu nienaturalnego, podobny system funkcjonuje w rajdowych mistrzostwach WRC2 (także wtedy, kiedy wygrywał je Robert Kubica), a przecież jeszcze do czasów Senny funkcjonowała zasada, że do klasyfikacji nie wliczało się wszystkich uzyskanych wyników, tylko ileś tam najlepszych

Dla zespołów rywalizujących w pełnym cyklu oznaczałoby to wprowadzenie co najmniej trzeciego kierowcy (mógłby osiem razy zastąpić jednego, a osiem drugiego), lub też – przy oczywistym założeniu zwiększenia limitu kierowców na zespół – możliwość „zaciągania” lokalnych kierowców (z dodatkowymi budżetami) na poszczególne wyścigi. Najlepsi z najlepszych (bo zawsze tacy są) mogliby dostać „na osłodę” jakieś dodatkowe trofea w stylu „pucharu regionalnego”, „mistrzostwa wyścigów klasycznych” czy też ekstrapremie za zwycięstwa tu czy tam (plus możliwość uniknięcia wycieczek do Baku czy gdzie tam komu niewygodnie, i startu w wolnej chwili w Le Mans czy w Indy 500) – a o ileż łatwiej byłoby wtedy wpuścić do kokpitów na wyścig Stoffela Vandoorne’a, Estebana Ocona, Alexa Lynna, Siergieja Sirotkina czy Oliviera Rowlanda, dać wreszcie szansę Robinowi Frijnsowi czy Antonio Felixowi da Coście, wypromować jakichś Amerykanów, Japończyków czy Włochów bądź jakieś panie… Kto wie, może przy takich zmianach udałoby się i wymyślić formułę (nomen omen), w której w pojedynczych wyścigach startowałyby ekipy, których nie stać na pełen cykl startów (choć zasadniczym problemem byłoby samodzielne zbudowanie samochodu spełniającego wszystkie wymogi, w tym wymóg nieodstawania zbytnio od reszty, nie chodzi o wpuszczenie samochodów klienckich).

Tak się jakoś rozmarzyłem. Po części w następstwie nieustającej dyskusji o tym, jakie zmiany obsadowe nastąpią przed przyszłym sezonem (ze szczególnym uwzględnieniem kadrowego szaleństwa, które właśnie rozpętało się w zespołach spod znaku czerwonego byka), po części w następstwie ogólnej (jeszcze bardziej nieustającej) dyskusji o problemach F1. Ale pewnie zostanie jak zawsze.. (choć już kiedyś udało mi się wymyślić coś, co w podobnym kształcie zostało w F1 wprowadzone).

Najbardziej przenoszona notka świata

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze sypałem notkami jak z rękawa (bo to wczesne lata a nawet miesiące Zapisków… były), miałem przez chwilę zwyczaj zapisywania sobie tematów do dalszych notek w formie ich szkiców (na blogu). Przeszło mi kiedy się zorientowałem, że kiedy zapiszę sobie szkic, to notka zostanie później opublikowana z datą zapisania szkicu, a nie opublikowania notki (wtedy zacząłem pomysły zapisywać w specjalnym pliku, a potem… wcale).

Przypomniało mi się ostatnio, że miałem kiedyś pomysł na notkę i nawet zapisałem go w szkicu. Zajrzałem do bloksowej przegródki „Szkice” i się zadumałem. Szkic został zapisany 28 września roku pańskiego 2008… Tematem przewodnim notki miała być, mówiąc ogólnie, pewna piosenka, która ma u mnie przyczepioną łatkę „najbardziej przejmującego utworu świata (lub jednego z)”, kiedyś nawet wyraziłem myśl, że powinno być zakazane puszczanie jej w radio, kiedy prowadzę samochód (gdyby moja reakcja była podzielana, to konieczny byłby całkowity zakaz puszczania jej w radio, albo jakieś ostrzeżenia jak zapowiedzi bloków reklamowych).

Dziś jednakowoż będzie o innej piosence, która czepia się mnie ostatnio okrutnie. Obie pochodzą z tej samej płyty, którą zapoznałem wieki temu na pożyczonej od przyjaciela kasecie. Kasetę w końcu oddałem (kupiłem własną), pamięć o piosenkach została, reakcje na nie – również. Po latach dowiedziałem się, że wersja kasetowa nie zawierała jednej piosenki, ale szczególnie nie żałowałem, When Tigers Broke Free i tak znikłaby wśród innych (a może to był utwór bonusowy…nieważne). Pamiętam, że kaseta była przewinięta do początku strony B, i dlatego słuchanie rozpocząłem od Fletcher Memorial Home, który obecnie powraca do mnie zaraźliwie frazą „did they expect us to treat them with any respect„, teledysk to już zupełny bonus. Zostawiam specjalistom od Pink Floyd kręcenie nosem na watersowatością płyty Final Cut, ja się przyznam otwarcie – żadnej innej nie znam tak dobrze jak tej i dobrze mi z tym.

Wypadałoby dodać, że piosenka, od której ta notka się zaczęła, to Gunner’s Dream. Kiedy na minutę przed końcem czujemy szaleństwo w wyśpiewywanych przez Watersa słowach „night after night going round and round my brain, his dream is driving me insane„, to czujemy je fizycznie. Ale to już dziś każdy we własnym zakresie.

Dzień wolności podatkowej

Kwiecień to tradycyjnie miesiąc, w którym myśli się o rozliczeniu podatkowym za ubiegły rok (wiem, można wcześniej, zwłaszcza się jak ma podatek do zwrotu). Symbolicznie dniem wolności podatkowej jest więc ten dzień, w którym się podpisze zeznanie, spojrzy na podsumowanie i w zależności od okoliczności uśmiechnie na myśl o zwrocie (czasem fajnie dofinansowuje wakacje) lub ze skrzywioną miną wyśle przelew, a zeznanie złoży (klikając, drepcząc na pocztę lub do okienka w urzędzie skarbowym, jak kto lubi).

Ponieważ ostatnie detale w zeznaniu dopieszczałem do ostatniej chwili, z nadejściem Weekendu Majowego miałem pod ręką pozbierane wszystkie informacje. Zastanowiłem się, wykonałem jeszcze parę operacji w arkuszu kalkulacyjnym i wyszło mi, że od każdej zarobionej przeze mnie stuzłotówki* oddałem na rzecz dobra wspólnego 34 złote i 78 groszy (PIT, NFZ, ZUS, VAT). Zastanowiłem się raz jeszcze i przeliczyłem to na dni – wyszło mi, że do 7 maja 2015 roku pracowałem „na cudze”, a od 8 maja „na swoje”.

Każdy może sobie to w łatwy sposób policzyć – wystarczy policzyć łączny przychód, zsumować wszystkie zapłacone „podatki”, podzielić odpowiednio, pomnożyć efekt przez 365 i sięgnąć po kalendarz.  Będziecie wtedy mieć porównanie do „oficjalnej” wersji, która jest liczona o bardziej abstrakcyjne wskaźniki – w zeszłym roku wyszło na 11 czerwca. 

Liczcie sobie, jak chcecie, a ja się tymczasem będę dalej zastanawiał, co zrobiłem z tymi 65,22% zarobionych pieniędzy, które zostały dla mnie…

*od złotówki 34,78 gr

Kobiety na banknoty, czyli problem

Wiadomością jest, czy może było od wczoraj (nie licząc tego, że w lokalnym bagnie politycznym, że ktoś umarł, że jakaś katastrofa i w ogóle), że Amerykanie wyrzucą z jednego ze swoich banknotów (z dwudziestaka zdaje się) osadzonego tam prezydenta, który z dzisiejszej perspektywy niczym pozytywnym się nie wyróżnił. Zastąpi go wizerunek wybranej w głosowaniu kobiety, spośród kilkunastu kandydatek ostatecznie padło na XIX-wieczną działaczkę abolicjonistyczną Harriet Tubman, proszę nie szukać na polskiej Wikipedii dopóki nie rozbudują wpisu. 

Gdzieś przy okazji na fejsie mignęło mi westchnienie „czemu u nas tak nie ma” (spośród wielu standardowych rodzajów polskich banknotów, jakie przez dekady przewinęły się mi przez ręce, jedynie Skłodowska reprezentowała płeć niemęską), i jeśli mnie percepcja nie zwiodła, z sugestią że przecież mogłyby być różne wersje tego samego banknotu. I jakoś tak mnie wtedy natchnęło, że przecież to byłoby prostsze niźli się wydaje. 

Bo proszę popatrzeć (w wyobraźni, ewentualnie banknotów szukać we własnych portfelach): mamy na ten przykład dychę z Mieszkiem. Każde dziecko – zwłaszcza tego roku – kojarzy nierozerwalnie Mieszka z Dobrawą, więc jak znalazł. Ze stówy dzielnie patrzy na nas Jagiełło, co za problem zastąpić go jego pierwszą żoną Jadwigą (UJot na rewersie podziękuje wtedy za darmową reklamę). Na dwusetce mamy Zygmunta Starego, to aż się prosi o królową Bonę (na rewersie wtedy włoszczyzna). Są podobno plany banknotu pięćsetzłotowego z Sobieskim, to od razu zrobić też wersję z Marysieńką (nic sobie proszę nie wyobrażać, na rewersie będą Listy, może bez znaku Poczty Polskiej).

Śmichy chichami, ale problem zostaje otwarty: co z dwudziestką i pięćdziesiątką? Żony Chrobrego się jakoś szczególnie nie zapisały w pamięci, a wzięta w.. jasyr księżniczka ruska Predysława, cóż, powiedzmy że mogłaby urażać różne uczucia braci z Kijowa. Ale to wszystko blednie przy Kazimierzu Wielkim i jego ekscesach, poczynając od węgierskiej dwórki Klary Zach, przez cztery żony (w warunkach bigamii czy nawet trigamii), aż po legendarną Żydówkę Esterkę. A przecież jak już robić, to od początku do końca.

To kogo byście proponowali na zmianę z Bolkiem i Kazikiem?

Worek na trzech

Już wkrótce dwa lata, jak obligatoryjnie sortujemy śmieci (ja dość dobrowolnie sortuję już ponad pięć lat). Już się chyba wszyscy w miarę przyzwyczaili, zarówno sortujący, jak i odbierający, już chyba wiadomo co i gdzie działa źle, już chyba to i owo udało się poprawić (ja w każdym razie jakoś szczególnie nie narzekam).

Pamiętam, że w początkowym okresie dość mocno narzekałem na ilość wydawanych worków, specjalnie jeździłem do Punktów Obsługi Klienta Śmieciowego (nie, to nie jest oficjalna nazwa) i brałem dodatkowe worki. Furgonetka, która zabierała sortowane odpady, zostawiała bowiem zwykle dokładnie tyle worków, ile odbierała, zarówno ilościowo, jak i jakościowo, więc jeśli jakiś worek zapełnił się zbyt szybko… to trzeba było sobie radzić (stąd swego czasu mój lament nad ukradzionymi śmieciami). Przy tej okazji przeanalizowałem sobie lokalną uchwałę rady miasta o zasadach odbioru odpadów sortowanych – i dowiedziałem się, że ilość worków przydzielanych na gospodarstwo domowe zależy od liczby domowników, przy czym takie domostwo jak moje, z trzema osobami na pokładzie, może liczyć po jednym worku na każdą frakcję na raz. Co rodziło istotny problem, gdyż jeden worek na plastiki zapełniamy w dwa tygodnie, a na papier – w góra trzy (a gazet już niewiele kupujemy); taka u nas intensywność sortowania i struktura odpadów, bo szklanych i metalowych u nas jak na lekarstwo, nawet i worek na kwartał by chyba wystarczył – a sąsiedzi pełne wory takich wystawiają. Wiem, to pewnie po to, żeby zniechęcić różnych cwaniaków do przywożenia do domu śmieci „z firmy”…

Na szczęście problem udało się w ramach poprawiania systemu o tyle rozwiązać, że odpady sortowane zaczęli u nas odbierać zamiast raz na miesiąc, to raz na dwa tygodnie (tak, pewnie mogliby obniżyć opłatę…), i było to przed Dobrą Zmianą.