Formuła 1 ma problemy z ilościami. Zbiera (i stara się zbierać) coraz więcej pieniędzy, śrubując w tym celu opłaty licencyjne (dla niektórych stają się one zbyt wysokie). Stara się „otwierać na nowe rynki”, organizując wyścigi w coraz to nowych miejscach, aż do granic wytrzymałości samochodów, kierowców, fabryk i mechaników. Zbierając więcej pieniędzy, nie dzieli się odpowiednio z uczestnikami (zespołami), przez co tym coraz trudniej zebrać budżet na cały sezon (w tym na prace rozwojowe). Z braku nowych uczestników (nawet jeśli mamy wyjątek w tym roku) nie rośnie liczba startujących kierowców – bo każdy zespół zatrudnia dwóch (co do zasady), z możliwością wprowadzenia jedynie dwóch dodatkowych, ale dotychczasowe asy bynajmniej nie spieszą się na sportowe emerytury.
W tym roku liczba wyścigów przekroczyła psychologiczną barierę dwudziestu (wielu kibiców twierdzi, że optymalną była liczba 16). I tak sobie dumając nad różnymi aspektami, zadałem sobie pytanie: a co by było, gdyby… zwiększyć liczbę wyścigów do 24 (nie byłoby z tym problemu, Katar przebiera nogami, opowieści o kolejnym wyścigu w USA są stałym elementem dekoracyjnym, wyliczanie krajów, o których się mówi, że są zainteresowane, trwałoby równie długo jak wyliczanie krajów, które w ostatnich latach przestały organizować wyścigi) ale jednocześnie wprowadzić zasadę, że kierowca nie może wystartować w więcej niż 16 wyścigach w sezonie? Od razu mówię, że nic w tym ograniczeniu nienaturalnego, podobny system funkcjonuje w rajdowych mistrzostwach WRC2 (także wtedy, kiedy wygrywał je Robert Kubica), a przecież jeszcze do czasów Senny funkcjonowała zasada, że do klasyfikacji nie wliczało się wszystkich uzyskanych wyników, tylko ileś tam najlepszych.
Dla zespołów rywalizujących w pełnym cyklu oznaczałoby to wprowadzenie co najmniej trzeciego kierowcy (mógłby osiem razy zastąpić jednego, a osiem drugiego), lub też – przy oczywistym założeniu zwiększenia limitu kierowców na zespół – możliwość „zaciągania” lokalnych kierowców (z dodatkowymi budżetami) na poszczególne wyścigi. Najlepsi z najlepszych (bo zawsze tacy są) mogliby dostać „na osłodę” jakieś dodatkowe trofea w stylu „pucharu regionalnego”, „mistrzostwa wyścigów klasycznych” czy też ekstrapremie za zwycięstwa tu czy tam (plus możliwość uniknięcia wycieczek do Baku czy gdzie tam komu niewygodnie, i startu w wolnej chwili w Le Mans czy w Indy 500) – a o ileż łatwiej byłoby wtedy wpuścić do kokpitów na wyścig Stoffela Vandoorne’a, Estebana Ocona, Alexa Lynna, Siergieja Sirotkina czy Oliviera Rowlanda, dać wreszcie szansę Robinowi Frijnsowi czy Antonio Felixowi da Coście, wypromować jakichś Amerykanów, Japończyków czy Włochów bądź jakieś panie… Kto wie, może przy takich zmianach udałoby się i wymyślić formułę (nomen omen), w której w pojedynczych wyścigach startowałyby ekipy, których nie stać na pełen cykl startów (choć zasadniczym problemem byłoby samodzielne zbudowanie samochodu spełniającego wszystkie wymogi, w tym wymóg nieodstawania zbytnio od reszty, nie chodzi o wpuszczenie samochodów klienckich).
Tak się jakoś rozmarzyłem. Po części w następstwie nieustającej dyskusji o tym, jakie zmiany obsadowe nastąpią przed przyszłym sezonem (ze szczególnym uwzględnieniem kadrowego szaleństwa, które właśnie rozpętało się w zespołach spod znaku czerwonego byka), po części w następstwie ogólnej (jeszcze bardziej nieustającej) dyskusji o problemach F1. Ale pewnie zostanie jak zawsze.. (choć już kiedyś udało mi się wymyślić coś, co w podobnym kształcie zostało w F1 wprowadzone).