#HUNPOR czyli notka pisana Twitterem

Kiedy zakładałem konto na Twitterze, wątpiąco pytałem po co. Trzeba jednak przyznać, że w porównaniu z fejsem na Twitterze rzeczywiście działają #hasztagi, przynajmniej ktoś czasem je przegląda.

Wrzucam na Twittera krótkie (limit znaków obowiązuje) spostrzeżenia dotyczące Euro. Dziś podczas oglądania meczów decydujących o układzie grupy F (Islandia-Austria, Węgry-Portugalia) zacząłem podświadomie układać z nich notkę, w końcu cztery lata temu ułożyłem notkę z jednozdaniowych wpisów na fejsie. Voila!

Haldorsson lepszym bramkarzem niż obrońcą #ISL #AUT 

Tylko tagi pokasowałem, bo rozwalały układ.

Co mówi historia

O stylu nie mówmy. Pewnie, lepiej się ogląda efektowne, pewne, wysokie zwycięstwa, ale liczy się to co na koniec dnia, nieważne czy od zaciskania bolą nas pięści, zęby czy coś jeszcze innego. Cel minimum osiągnięty, gramy w drugiej rundzie, skład taki jak dziś się raczej nie powtórzy.

Dwa zwycięstwa, remis, bez straconego gola. Porównałem to z innymi wielkimi imprezami – wiadomo, z żadnymi mistrzostwami Europy nie ma co, igrzyska olimpijskie to też nie do końca ta para kaloszy, z mundiali mamy jednak solidną próbę porównawczą. Przynajmniej tych z XX wieku…

W 1986 roku w Meksyku w grupie skończyliśmy laniem od Anglików, wyszliśmy, ale co to za wyjście.
W 1982 roku w Hiszpanii w grupie nie przegraliśmy, ale zaliczyliśmy dwa remisy, straciliśmy gola. 
W 1978 roku w Argentynie w grupie ograliśmy 1-0 słabą drużynę, bezbramkowo zremisowaliśmy z Niemcami (federalnymi), skończyliśmy zwycięstwem, choć ze stratą gola.
W 1974 roku w Niemczech pracowicie ograliśmy wszystkich.

Niech każdy oceni, do której imprezy nam bliżej. Ćwierćfinał jak w 1978 wcale nie byłby zły, czy z Hiszpanią, czy z tym kimś, kto Hiszpanii da odpór.

Euro, raj dla matematyków

Nie lubię tego systemu rozgrywek, jaki mamy w tym roku na Euro (wcześniej mieliśmy go na mundialach). W ogóle zresztą nie lubię tych systemów, w których liczba uczestników nie jest potęgą dwójki – wolałem Euro z 16 uczestnikami i dlatego pasuje mi mundial z 32 uczestnikami.

System ten powinni natomiast kochać fani matematyki – próba ustalenia kto ma szanse awansować, z jakiego miejsca, i (zwłaszcza) z kim będzie grać, jest daleka od możliwości percepcji przeciętnego kibica. Na razie wiadomo na pewno, że odpadły dwie drużyny (po dwóch kolejkach i zakończeniu trzeciej w jednej tylko grupie). Reszta będzie się wyjaśniać z każdą minutą, wiadomo, że niezmiernie niskie są szanse na odpadnięcie Polski, ale nie jest to niemożliwe (jak słusznie zauważył Rafał Stec – odwrotnie niż zazwyczaj, kiedy liczyliśmy szanse i zdarzenia niezbędne do tego, by zostać w grze). 

Policzyłem dziś rano, że Polska może odpaść, jeśli spełnią się łącznie następujące warunki:
– Słowacja wygra lub zremisuje z Anglią,
– Walia przegra lub zremisuje z Rosją,
– Polska przegra z Ukrainą,
– Niemcy przegrają z Irlandią Północną, 
– Hiszpania wygra z Chorwacją,
– Czechy wygrają z Turcją,
– Belgia zremisuje ze Szwecją,
– Irlandia wygra z Włochami,
– Portugalia wygra z Węgrami,
– Austria wygra z Islandią.
W takim układzie we wszystkich grupach od B do F na trzecim miejscu znajdzie się drużyna z czterema punktami i będzie decydować różnica bramek. Jaka jest szansa na to, że różnica bramek spowoduje spadek Polski na trzecie miejsce w grupie i na piąte miejsce w tabelce pomocniczej? Nie wiem i nie będę próbował zgadywać. Na szczęście już dziś wieczorem wyniki w grupie B mogą ją zmniejszyć do zera (choć i tak zakładam, że ten najważniejszy warunek chłopaki załatwią we własnym zakresie).

 

Łaska kibica na darmowym koniu jeździ

Tydzień temu – w początkach Euro – pisałem o finansowych rozterkach kibica pragnącego oglądać Euro 2016. Płacenie 75 zł uznałem za nieopłacalne, choć i tak miałem – jako klient Cyfrowego Polsatu – zniżkę, klienci innych platform musieli dać stówę. Przypuszczam, że podobnie uznało wielu kibiców, także tych pozbawionych choćby szczątkowej (w tej fazie) oferty Polsat Sport.

Kiedy pisałem poprzednią notkę, nie wiedziałem jeszcze, że dzięki dekoderowi tegoż Polsatu będę mógł te same mecze oglądać na kanałach niemieckiej telewizji publicznej (co po części wykorzystuję). Od kilku dni platformy zablokowały jednak dostęp do tych kanałów, czy też precyzyjniej: usunęły je z listy udostępnianych. Fala oburzenia przypominała tsunami, co sprytniejsi szybko jednak znaleźli obejście i oglądają dalej, na tych samych dekoderach (w tym, nie ukrywam, ja); inni wylewają pomyje (zwłaszcza na Polsat), grożą procesami i zapowiadają zrywanie umów, wzdychając do „cywilizowanych krajów”.

W ostatnich latach podobną retorykę można było napotkać wśród fanów F1, kiedy na tydzień przed sezonem nie było wiadomo czy ktokolwiek będzie transmitował wyścigi. Zastanawiam się, ilu kibiców jest w stanie dostrzec związek pomiędzy umiarkowaną chęcią stacji telewizyjnych do płacenia milionów (euro) za prawa do transmisji a umiarkowaną chęcią kibiców do płacenia za możliwość oglądania tychże transmitowanych wydarzeń. Że nie wspomnę o płaceniu abonamentu…

Głowonogi

Stare piłkarskie porzekadło mówi o piłkarzu który „wsadzał głowę tam gdzie inni bali się wsadzić nogę”. Nie da się ukryć, w futbolu głowa i nogi to podstawa.

Euro 2016 picture found on twitter

Na obecnym Euro fenomenalnej gry głową na razie nie zauważyłem, parę ładnych strzałów głową może i owszem, nawet dających gole, ale bez przesady, znacznie więcej jest używania głowy do podejmowania decyzji. No i – nie da się ukryć – zestaw głów belgijskich, wstrząsający i niezapomniany, w składzie Afro Witsel – Wielkie Farbowane Na Blond Afro Fellaini – Irokez Nainggolan, nie oglądajcie Państwo tego nie mając jakiegoś wsparcia w okolicy.

Jeżeli chodzi zaś o używanie nóg – jest dużo szybkiego biegania, są urokliwe podania, piękne strzały, na zagrania piętą i przysłowiowy drwal się pokusi. Wspominam z wczesnych lat 90-tych, jak dziennikarz Piłki Nożnej pisał o rosyjskich (radzieckich? wspólnotoniepodległopaństwowych?) napastnikach, że mogliby wiązać krawaty nogą. Mówiąc szczerze, na tym Euro uderza mnie różnorodność miejsc i sposobów, w które zawodnicy wsadzają nogi, bez związku z dotykaniem piłki: uda, pachwiny rywali, nawet ktoś pokusił się o złapanie „nożycami” tułowia przeciwnika. Chyba pozazdrościli Ibrahimovicowi treningów sztuk walki…

Na Thora!

Miałem pisać zupełnie inną notkę, ale to jest zbyt piękne, by to odpuścić. Islandia zadebiutowała na Euro i po pięknym meczu Dawidssona z El Goliatem zremisowała 1:1 z Portugalią. Tak, do tej pory nie do końca wierzę, w trakcie meczu notowałem, że szczęścia na długo nie starczy, planowałem żarciki w przerwie, że za remis do przerwy się pół punktu powinno należeć (nie byłoby) – a jednak stało się, obecna na stadionie jedna czterdziesta narodu islandzkiego przeżywa szczęście niemal absolutne.

Oczywiście, nie byłoby tego wyniku, gdyby nie pycha portugalskiego Lokiego. Sporo było zagrywania piętą, pieszczenia akcji, przekonania że w końcu wpaść musi (tak jak wpadła pierwsza bramka). Islandzki bramkarz z początku bronił niesamowicie instynktownie, później to był zbiorowy wysiłek defensywny, bramkarzowi słabły ręce, a Loki w dalszym ciągu wierzył w sztuczki.

Wiadomo, że ostateczną bronią na Lokiego jest Mjolnir. Na ponad 20 strzałów Portugalczyków Islandczycy odpowiedzieli czterema – wszystkie celne, wszystkie bite z pola karnego. Trzy zostały efektownie odbite, ale jedno uderzenie Mjolnira powaliło Lokiego na tyle, że pojedynek zakończył się remisem, dla Islandczyków – zwycięskim. Operatorem Mjolnira został Bjarnason, tak czy owak gracz meczu (obok bramkarzy), Cristiano Ronaldo… prawie nie istniał.

Na marginesie: zły to wynik dla Austriaków, gniew Lokiego spadnie na nich w meczu ostatniej szansy.

Orlando i inne

Cztery lata temu w Aurora w Colorado strzelano do ludzi oglądających film w kinie.
Cztery lata temu w szkole Sandy Hook w Connecticut strzelano do dzieci w szkole.
W lipcu udaremniono próbę ataku na pasażerów pociągu z Amsterdamu do Paryża.
W listopadzie w Paryżu strzelano na ulicach do ludzi siedzących w restauracjach i kawiarniach.
W listopadzie w hali Bataclan strzelano do ludzi, którzy przyszli na koncert.
W listopadzie na St.Denis próbowano ataku na kibiców zgromadzonych na meczu.
W grudniu w San Bernardino w Kalifornii strzelano do urzędników.
W kwietniu w Brukseli wysadzono w powietrze metro i korzystających z niego ludzi.
W niedzielę w Orlando na Florydzie strzelano do ludzi bawiących się w klubie (w którym sprawca wielokrotnie bywał).

Co łączy te wszystkie zdarzenia? Są ohydnymi zbrodniami (popełnionymi na dodatek na Bogu ducha winnych ludziach). Dlaczego więc w tym ostatnim przypadku mówi się o szczególnej homofobiczności mordu, pomimo iż sprawca nie zdradził się w żaden sposób z takim motywem?

Ofiary w Orlando były Amerykanami (chyba że trafił się i ktoś inny, nie sprawdzałem listy). Były ludźmi jak my wszyscy. Współczucie należy się im i ich bliskim dlatego, że są ofiarami, a nie ze względu na swoją orientację seksualną.

PS Jeżeli ktokolwiek próbuje odnaleźć w tym wpisie jakiekolwiek usprawiedliwienie dla zbrodniarza lub podstawę dla homofobii, biję w mordę bez pardonu.

Młode koguciki

Właściwie nie mam siły śmiać się z Anglików. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że profesjonalni dziennikarze i blogerzy zrobią to znacznie lepiej, fachowiej i zjadliwiej, przedsmak tego już widzę na Twitterze. Bo można stracić gola w doliczonym czasie gry, ale czemu w archetypicznie angielskim stylu, po dośrodkowaniu i strzale głową? W efekcie w tabeli Anglia jest za Walią.

Właściwie strata tego gola nie była żadnym zaskoczeniem. Od początku meczu defensywa Anglików była pojęciem dość teoretycznym, jak się udało wybić na oślep to potem już jakoś było. Bramkarz kultywował tradycję (święta rzecz) baboli, tym razem trafienie piłką w dupę własnego obrońcy przy wykopie nie skończyło się źle, pozwolenie na przejęcie przez Rosjanina piłki podczas „kontrolowania jej wyjścia poza linię” już mogło. Nie przeczę, radosna ofensywa (w mało angielskim stylu) mogła przynieść wiele goli, brakowało solidnego wykończenia akcji kreowanych przez Dele Alli i zwłaszcza Kyle Walkera, piątka z Tottenhamu zdobyła wreszcie gola po błędzie bramkarza, który za wolno ruszył się przy mocnym, ale mało precyzyjnie bitym wolnym Diera. Rosjanie… nie pokazali prawie nic, rutynę stoperów i parę eleganckich akcji, wynik załatwił im bramkarz (i ta angielska akcja w doliczonym czasie).

Właściwie to jedyny mecz jaki dziś obejrzałem w całości, popołudniowy Albania-Szwajcaria tylko w dwóch trzecich. Szkoda mi Albańczyków, ale wyglądają jak drugoligowcy, Szwajcarzy albo ich zlekceważyli prowadząc od piątej minuty i prawie godzinę grając w przewadze, albo sami wyglądają jak… czołówka drugiej ligi. W każdym razie Szwajcarów boję się mniej niż Rumunów (chyba że to ich turniejowa maskirowka).

Cena futbolu

Rozpoczęło się piłkarskie Euro, teoretycznie święto dla fana. Teoretycznie fan powinien starać się wchłonąć ile wlezie i zrobić wszystko, żeby mogło wleźć jak najwięcej. 

Oczywiście, mało kto może sobie pojechać do Francji (nie wspominając, że tam też nie byłby w stanie przeskakiwać ze stadionu na stadion), chłonąć można dzięki dobrodziejstwu telewizji. W tym roku mistrzostwa Europy to aż 51 spotkań, ale tylko 24 z nich można obejrzeć w telewizji otwartej, na pozostałe 27 trzeba wykupić pakiet specjalny za 75 czy 80 złotych. Wychodzi niespełna trzy złote za mecz. Dużo? Nieszczególnie.

Pojawia się jednak pytanie: czy warto. Patrzę w specjalną rozpiskę znalezioną w gazecie i wychodzi mi, że pakiet obejmuje tak naprawdę trzy mecze 1/8 finału i 24 fazy grupowej, których wartość jest w istocie porównywalna z meczami eliminacyjnymi, hitów się wśród nich zbyt wielu nie uświadczy. 

80 złotych za 40 godzin oglądania piłki. Jeśli nie zapłacę, będę miał 40 godzin na inne zajęcia.

Nec Chiriches contra plures Premieres

Z rumuńskim futbolem pierwszy kontakt miałem podczas poprzedniego francuskiego Euro. Strasznie się wtedy śmialiśmy z padających z telewizora nazwisk: Ungureanu, Iorgulescu (po trzydziestu latach nadal je pamiętam bezbłędnie), przekręcaliśmy w dziecięcy sposób. Dziś też momentami rumuńskie nazwiska wywołują uśmiech, na przykład kiedy na boisku wchodzi Chipciu. 

A przecież śmianie się z Rumunów to samobójstwo, bo piłkarsko są znakomici, nawet jeśli obecna generacja wolna jest od talentów porównywalnych z tymi, które sięgały w krajowym składzie po Puchar Mistrzów czy wyrzucały z Mundialu Argentynę. Dziś napędzili Francuzom sporo stracha, niektórymi zagraniami ostrzegając wszystkich przyszłych rywali; niestety, możemy należeć do ich grona, na pewno nie przestraszą się Lewandowskiego.

Dziś jednak polegli w starciu z przedstawicielami przebogatej Premier League. W decydującym fragmencie na boisku było siedmiu zawodników ligi angielskiej, w tym tych trzech najważniejszych: napastnik Giroud, defensywny pomocnik Kante i absolutny czarodziej tego meczu, zdobywca przecudnej bramki na minutę przed końcem, Dimitri Payet.