Przeczytałem dzisiaj w "Gazecie" tzw. list otwarty posłów lewicy w sprawie emerytury generała Wojciecha Jaruzelskiego. Pozostawiam na uboczu punkt wyjścia tego listu, o którym się wypowiadać tu nie będę, napisać chcę o czym innym. Otóż list ten czytałem z rosnącym niedowierzaniem, pomimo czytania go jeszcze i jeszcze raz. Nie da rady inaczej, trzeba zacytować:
"(..) Dwudziestodwuletni porucznik Wojciech Jaruzelski wysłał swojego najlepszego przyjaciela na rozpoznanie pozycji wroga. Widział go tego dnia po raz ostatni.
(..) Porucznik Wojciech Jaruzelski w wieku 21 lat z orderami za dzielność na mundurze kopał okop, gdy po morderczej przeprawie przez Odrę hitlerowską artyleria przygwoździła jego pluton na drugim brzegu rzeki."
Coś nie pasuje? No nie pasuje. Sięgnąłem do dostępnych w sieci życiorysów generała. Urodził się 6 lipca 1923 roku, Odrę forsował w kwietniu 1945 roku (co jest zgodne z wiedzą historyczną, jaką powinien posiadać każdy uczeń). Gdzie i kiedy potrzebował więc rozpoznać pozycje wroga dwudziestodwuletni porucznik Jaruzelski? Na jego oficjalnej stronie znajdujemy odpowiedź: na przełomie roku 1945/46 na ziemi hrubieszowskiej. Wrogiem były "bandy zbrojnego podziemia" i nacjonaliści ukraińscy.
Bez względu na to, czy ktoś ma do generała Jaruzelskiego stosunek wiernopoddańczy, pełen nienawiści, czy też oparty na szacunku – powoływanie jako "zasługi" walki z nieszczęsnymi patriotami z czasów wczesnej PRL jest po prostu uwłaczające. Dla tych, co walczyli za Polskę, dla nas wszystkich i dla samego generała – o autorach listu nie wspomnę.
Przy okazji jeszcze jedna wątpliwość. Otóż kiedy czytam w Gazeta.pl tekst o tym liście, to porucznik Jaruzelski wysyłając przyjaciela na rozpoznanie jest już porucznikiem dwudziestoletnim, co mogłoby sugerować koszmarną pomyłkę redaktora publikującego ogłoszenie. Jednakże, w wieku 20 lat Wojciech Jaruzelski był co najwyżej chorążym (podporucznikiem został w wieku 21 lat i 4 miesięcy), a ponadto w okresie lipiec 1943 – lipiec 1944 nie uczestniczył w żadnych działaniach bojowych, więc i tą drogą autorzy listu nie wybronią się przed kompromitacją (swoją drogą, któryś z redaktorów dał ciała).