Lekcja historii współczesnej

Przeczytałem ostatnio, że dla młodzieży stan wojenny to taka sama abstrakcja, jak bitwa pod Grunwaldem. Ponieważ nadeszła kolejna rocznica odebrania dzieciom Teleranka, postanowiłem przybliżyć młodzieży tamte czasy, używając w miarę nowoczesnych metod. Czyli piosenką historyczną w wersji multimedialnej.

Niech się junta wystrzela,
trafi szlag Jaruzela,
Orła WRON-a nie zdoła pokonać!

Wtedy wolni związkowcy,
ekstremiści, KOR-owcy,
na premiera wybiorą Kuronia.

Będą tańczyć wśród zgliszczy
Gwiazda, Jurczyk i Michnik
wokół trumny Siwaka Albina.

Na wieść o tym sam Breżniew
tak potężnie się zerżnie
że rozpadnie się mumia Lenina.

Potem wszystkich czerwonych
hen za Ural się zgoni,
a gdy Polska odrodzi się nowa

Chińczyk gorszy od Berii
każe im na Syberii
aż do śmierci komunę budować.

(Maciej Zembaty, Hymn internowanych ekstremistów – w wersji, jaką zapamiętałem)

Grafika WRON-y to fragment kartki wielkanocnej z 1984 roku.

Głos Fiata

Ojciec idzie z Juniorem na spacer. Podążają boczną drogą, mniej uczęszczaną (i co ważniejsze, chwilowo nie będącą w remoncie), ale też pozbawionej chodnika czy nawet porządnego pobocza, więc Junior w najlepszym wypadku idzie skrajem asfaltu, a najchętniej po przydrożnej trawie. W pewnej jednak chwili stanowczo uskakuje na bok i po chwili wyjaśnia:
– Junior usłyszał głos Fiata Punto..

Za chwilę rzeczywiście jechało punto. I Ojciec sam nie wie, co bardziej podziwiać – słuch Juniora, jego wiedzę o samochodach, czy urodę wypowiedzi?:) 

Zwierzę na zebrze

Wracam dzisiaj samochodem do domu, przejeżdżam przez centrum wsi. Wzdłuż drogi biegnie jakiś kundel, zwalniam. Słusznie, bo kundel po chwili dobiega do przejścia dla pieszych i szybko przedostaje się na drugą stronę drogi. Normalnie jakby wiedział, do czego służą pasy:)

Przypomina mi to inne zdarzenie, które mnie bawi już od paru lat. Jechałem wtedy przez centrum Katowic i zwolniłem przed "zebrą" na skrzyżowaniu Słowackiego z Chopina. I wtedy zobaczyłem, że po tym przejściu idzie.. gołąb. Najnormalniej w świecie szedł sobie po pasach, niepodfruwywał. Do dziś nurtuje mnie pytanie, jak należało postąpić:
a/ zwolnić, żeby się przestraszył i odleciał,
b/ przyspieszyć i dobrze trafić, żeby był na rosół (wariant dla hardkorowców),
c/ zatrzymać się i potraktować go jako uczestnika ruchu?

Stabilność formy

W ten weekend nasi przedstawiciele sportów związanych z nartami popisywali się stabilnością formy, uzyskując w kolejnych dniach zbliżone lokaty. Tomasz Sikora – miejsce 2 i 1 (oklaski!). Magdalena Gwizdoń – miejsce 11 i 16. Justyna Kowalczyk – miejsce 7 i 9 (w sztafecie:D). Którego zatem miejsca należało się spodziewać w niedzielę po Adamie Małyszu, w sobotę 25? A jakże – miejsce 27..

Wprawdzie to początek sezonu (najlepszy Adamowy sezon w karierze rozpoczął się dopiero eksplozją formy na TCS), więc niby nie ma co tragizować (a nuż "szczyt formy jest budowany na.."- żelazna wymówka, tylko "na" się też z formą nie trafia), ale coraz mniej trzeba liczyć na Małyszowe sukcesy (o innych skoczkach litościwie nie wspomnę). Za to serce roście, patrząc na dwójkę wiceliderów Pucharu Świata. 

Elektrycny baca

Trafiłem ostatnio na nowy utwór De Press, pisany z pozycji nietypowego podmiotu lirycznego, jakim jest podłączony do prądu drut rozciągnięty wokół łąki, nazywający się dumnie "elektrycnym bacom". Przyjemny, lecz przy słuchaniu naszła mnie pewna wątpliwość. Nie śmiem wprawdzie podważać kompetencji Dziubka jako górala, ale tego rodzaju drut zazwyczaj (w innych regionach) nazywany bywa "elektrycznym pastuchem" i określenie to lepiej oddaje charakter pełnionej funkcji. Baca, to w końcu szef, a nie zwykły pilnowacz. Czy zatem właściwszą nazwą nie byłby "elektryczny juhas"?
No dobra, wtedy Dziubek miałby trudniej o rym:)

A swoją drogą, aż jestem ciekaw, czy zdarzyło mi się przechodzić koło Dziubkowego domu. Tyle razy byłem w Jabłonce.. (echch, nostalgia za czasami dzieciństwa i młodości).

Nie mogę się przy tym powstrzymać przed wrzuceniem kolejnego kamyczka Redaktorom odpowiedzialnym za tegoroczny Top Wszech Czasów Trójki. Jak można było wśród propozycji pominąć Bo jo cie kochom??? (litościwie nie wymienię utworków, które Redaktory wstawiły tam zamiast)

Słuchacz czy zjadacz dźwięków?

Ojciec wchodzi rano z Juniorem do kuchni i włącza radio. Rozbrzmiewa Trójka, w oczekiwaniu na wywiad jakaś polska kapela nieludowa marudzi nieskładnie o Powstaniu Warszawskim (playlista chwilo niedostępna, więc nie wiem co to było). Junior słucha chwilę ze zmarszczonym czołem, po czym zgłasza postulat:
– Ojciec wyłączy!
Ojciec na wszelki wypadek upewnia się:
– Nie podoba się muzyka?
– Nie podoba się!

Wygląda na to, że słuch ma dobry. Milesa Davisa kazał zostawić:)

PS. (edit) Już wiem co to Juniora wystraszyło. Nazywa się "Powstanie Warszawskie" i jest wykonywane przez dwóch odlbojów pod szyldem "Iwona". Brrr. 

15. Top Wszech Czasów

Po pewnej przerwie postanowiłem ponownie się włączyć do Trójkowej zabawy:). Propozycji jest zdaje się ponad półtora tysiąca, więc jest z czego wybierać tę superdwudziestkę. Chociaż ja na dzień dobry jestem zły, bo nie udało mi się przeforsować u redaktorów prowadzących uwzględnienia wśród propozycji najpiękniejszej piosenki świata, czyli Nightswimming. Wrrr. Pożałują:)

No to skoro głosujemy, to głosujmy (kolejność właściwie tylko własna, bo w podliczeniu wszystkie głosy są równe):

1. Losing my religion. Miało być Nightswimming, ale jak redaktory nie chcą, to sięgam po chyba najważniejszy utwór w ich karierze. I na tym nie skończę:)
2. Bohemian rhapsody
3. Brothers in arms
4. Stairway to heaven
5. Dziwny jest ten świat – te blockbustery nie wymagają komentarza.
6. Korowód – odkryłem całe piękno tego utworu w jego pełnej wersji względnie niedawno. Spokojnie może stać koło blockbusterów
7. Zombie. Zawsze mnie ciary przechodzą, kiedy go słucham. To jest energia wewnętrzna.
8. Nine million bicycles.  Powiew świeżości zawsze się przyda:) Za kilka lat zobaczymy, na ile Katie Melua wytrzyma próbę czasu, na razie działa.
9. Teksański. To był chyba pierwszy utwór, w którym doceniłem Nosowską. Za tekst, oczywiście.
10. The river. Aż mi się łezka w oku zakręciła, kiedy zobaczyłem wśród propozycji. Mój ukochany utwór ze starej, starutkiej kasety Springsteena. Down ‚Bound Train zresztą nie ma na tej liście.

Teraz przerwa na chwilę oddechu, bez reklam:) Pierwszą dziesiątkę ułożyłem prawie że od strzału, dopiero przy drugiej zaczęły się schody. 

11.  Imitation of lovelife [edit: OMG! &*%&*$#@*&!!!!]. To ze złości na redaktorów:) Zastanawiałem się nd Everybody hurts, która miałaby szansę zajść wyżej (nadal na złość), ale wystarczy smęcenia. Swoją drogą, któż potrafiłby tyle wycisnąć z tak z pozoru banalnej kompozycji?
12. A whiter shade of pale –  ktoś potrzebuje komentarza?
13. Always look on the bright side of life – dlatego odpuszczam redaktorom:) Trochę.
14. Beds are burning. Ten kawałek niezmiennie na mnie działa od lat.
15. Chariots of fire. Zamykam oczy i widzę film.
16. Moon over bourbon street. Tym razem wygrywa z Englishman in New York, nie mówiąc o Fragile. Koniec uroku płyty Nothing like the sun? Wiadomości o tym są mocno przesadzone:)
17. High hopes. Spośród tylu genialnych utworów tym razem stawiam ten bardziej mi współczesny:)
18. White flag. Dido to prawdziwa zagadka – ani wielki głos, ani genialna interpretacja, a dźwięczy w uszach przez całe lata. Czyżbym zdradzał objawy kryzysu wieku średniego?:)
19. Wieża radości, wieża samotności. Ten rytm mnie powala na kolana.
20. Nie pytaj o Polskę. Na koniec miało być coś polskiego, a spośród zakwalifikowanych do ostatniego etapu propozycji trudniej było wybrać coś z Kultu, niż z Ciechowskiego:)

I już, Roma locuta, causa finita:) Drugą dziesiątkę wybierałem z około 40 odsianych kandydatur. Ważne, żeby nie myśleć zbyt długo i nie bawić się zbyt mocno w analitykę. Trzeba bardziej sercem i odczuciem. Może mi będzie dane trochę posłuchać wyników – będą ogłaszane w Sylwestra i Nowy Rok. Przez jakieś 10 godzin:) A Nightswimming.. no cóż, nightswimming deserves a quiet night, więc do tych dni trochę nie pasuje..

O naturze człowieka

Opublikowany ostatnio w Dużym Formacie wywiad z Napieralskim przypomniał mi o wynikach sondażu wśród aktywu SLD, które zmroziły niektórym krew w żyłach. Jak bowiem lewicowiec śmie uważać (a zdradziła się z tym jedna trzecia ankietowanych), że homoseksualizm jest sprzeczny z naturą czlowieka ?

Zacznijmy od stwierdzenia, że samo pytanie jest dość głupie (choć reakcja jeszcze głupsza). Żeby stwierdzić, co tak naprawdę znaczy "sprzeczność z naturą" (oprócz tego, że z góry można to potraktować jako określenie pejoratywne), to trzeba sobie zadać pytanie, co to ta natura jest. Nie wiem, czy autorzy pytania odnosili się do jakiejś tomistycznej koncepcji natury człowieka, bo tylko przy takiej lewicowiec mógłby się (odruchem Pawłowa) poczuć nieswojo, ale tego rodzaju zdefiniowanie natury jest na tyle nieprecyzyjne, że można sobie do tej natury wpisać, cokolwiek się definiującemu podoba. Istnieje natomiast obiektywne pojęcie "natury", i jest to natura biologiczna człowieka, jako istoty z królestwa Zwierząt (Animalia – typ Chordata, podtyp Vertebrata, gromada Mammalia, rząd Primates, rodzina Hominidae). W naturę tę wpisany jest biologiczy imperatyw rozmnażania, do którego Homo sapiens według dostępnych biologii danych potrzebuje określonego zachowania płciowego. Homoseksualizm zaś (nie wnikając w jego przyczyny u poszczególnych osobników) jest przejawem dysfunkcji zdolności do rozmnażania (naturalny pęd ku płci przeciwnej zostaje zastąpiony skłonności do płci własnej, co z punktu widzenia rozmnażania jest ślepą uliczką). Z tego względu homoseksualizm jest sprzeczny z naturą człowieka, i działaczy tak odpowiadających należy pochwalić za zachowanie zdrowego rozsądku.

W sprawie homoseksualizmu kluczowe jest natomiast nie to, czy uznamy go za sprzeczny z (biologiczną) naturą czlowieka, tylko czy i co z tego wynika dla funkcjonowania społeczeństwa i homoseksualistów w społeczeństwie? I tu rzeczywiście jest pole do badania postaw. Otóż jedyna rozsądna odpowiedź na takie pytanie brzmi: nic. Wielke Nic. Jest to bowiem tego rodzaju sprzeczność z naturą, która ma charakter indywidualny i głęboko indyferentny dla dowolnej osoby postronnej. I tylko gdyby lewicowiec inaczej odpowiadał na takie właśnie pytanie, to byłyby powody do niepokoju. Nie tylko lewicowiec zresztą. 

Ach, ten wstrętny liberalizm

Z okazji kryzysu finansowego i paru innych okoliczności, redaktor WO popełnił był spory wywiad z Naomi Klein. A Klein, jak to ona, oczywiście obarczyła winą za całe zło tego świata liberałów (bo ktoś musi być winny, no nie?). No i prześmiesznie się czyta, jak w jednym zdaniu pomstuje się na liberałów, że doprowadzili do nadrynkowienia rynku, a w następnym potępia się z całą mocą głęboko antyliberalny plan Paulsona:)) Nie dostrzega bowiem Klein jednej rzeczy: liberalny rynek konsekwentnie poprowadzony oczyściłby amerykański system finansowy zarówno z interwencjonistycznych naleciałości (w końcu banki były zachęcane do prowadzenia akcji kredytowej także dla tych, których na kredyt nie było stać) jak i ze skutków zwykłej pazerności.  Liberalnie został potraktowany Lehman Brothers (let’em drown), natomiast rynek skonczył się na AIG. Nieźle też Klein została skontrowana przez Marka Beylina.

Swoją drogą, jedną rzecz należy Klein oddać – lojalnie przyznaje, że negowanie ludzkich potrzeb (kreujących rynek) było wieloletnim błędem zachodniej lewicy. Ciekawe co na to Kinga Dunin, która jako receptę na czas kryzysu daje "każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości" (bez linka, bo nie mogę tego felietonu teraz znaleźć). Bo Ona potrzeby ma małe i bez problemu je opędza, a większość swej aktywności przeznacza na realizowanie możliwości. Chwalebne, rzecz jasna, ale ciekaw bym zobaczyć, jak przekona do tego statystycznego obywatela. Zwłaszcza takiego, który pamięta odgórne określanie mu potrzeb przez możliwości ich zaspokajania.

Cukroterror

Pośród rozlicznych czynności pomagania Rodzicom, które Junior uważa na razie za swoje święte prawo (każdy rodzic wzdycha, aby jego dziecię było tak chętne do pomocy w wieku późniejszym, jak jest w wieku lat z haczykiem trzech), znajduje się między innymi słodzenie Rodzicom kawy (kostkami cukru, jak dla konia). Oczywiście kiedy w domu są goście (z tych, przed którymi Junior nie ucieka w kąt), to Junior chętnie pomoże wszystkim obecnym. No i wtedy może się pojawić problem taki jak dzisiaj, wynikający z faktu, że Dziadek kawy nie słodzi (czego Junior za bardzo pamiętać nie chce). Cóż wtedy zrobić? Zostaje nakazać położenie kostki cukru Dziadkowi na spodeczku, zanim uprzykrzy kawę Dziadkowi posłodzeniem, albo któremuś z Rodziców – przesłodzeniem, kiedy wrzuci podwójną porcję. Ech, dziecko, dziecko..