Przeczytałem sobie właśnie, jak IPN pogłębia absurd lustracyjny, tym razem dopisując do listy "kontaktów operacyjnych SB" ks. Henryka Jankowskiego. Oczywiście interesujące jest przy tym, że na wszelki wypadek czynione są zastrzeżenia, że pewnie nie był świadom (skoro ks. Isakowicz nie wierzy, to pewnie wie co mówi i wtedy esbeckie teczki nie są wiarygodne). Ciekawi mnie tylko, kiedy zostanie odnaleziona teczka agenta "Kremówka" vel "Leskowiec", czytaj niejakiego ks. Karola Wojtyły?
Wygralim Rospudę
Zawsze dobrym pytaniem w takim przypadku jest, na ile uzasadniona jest liczba mnoga – czyli kto usiekł tego Bohuna:)
Ale tym razem o tyle mogę się do udziału w tej liczbie mnogiej przyznawać, że przynajmniej podpisałem którąś z e-petycji w tej sprawie. A poza tym to Rospuda jest sukcesem Nas Wszystkich. Może z wyjątkiem zaciekłych obrońców bagiennego wariantu drogi, co do których nadal nie wiem, czy ich motywacją jest duma urażona, czy ukryty interesik (bo nie potrafię sobie wyobrazić, aby miała to być jakaś nienawiść do unikalnej przyrody).
Tak więc cieszmy się, najlepiej razem z Wajrakiem🙂
Nosorożec z rogami
Junior przychodzi do Ojca, żeby się pochwalić popełnionym właśnie rysunkiem (wreszcie to, co rysuje, przestało przypominać prace Jacksona Pollocka). Ojciec patrzy, chwali, i pyta taktownie:
– A co to narysowałeś?
A Junior odpowiada:
– To jest krowa, tylko wygląda jak nosorożec..
Istotnie, krowy nie mają zwykle rogu na nosie, a nosorożce – rogów na głowie:)
F1 i konie
Wracałem przedwczoraj ze służbowego wyjazdu do Tarnowskich Gór. Jak zwykle wybrałem drogę przez Świerklaniec (DK 78, 911, DK 88), omijającą z daleka Gliwice i centrum Bytomia.
Jadę więc sobie spokojnie przez Świerklaniec i nagle moją uwagę przykuwa przydrożny napis "Bar F1". Na tyle mnie zaciekawiło (i na tyle mi się nie spieszyło, że aż przyhamowałem, zaparkowałem i wszedłem do środka. Wewnątrz wiszą flagi i szaliki zespołów F1 (głównie Ferrari), wzdłuż okien naklejone paski w chequered flag, gdzieniegdzie jakieś modele. W menu jednak najzwyczajniejsze hamburgery, hot-dogi, bigos i cola (bez fantazyjnych nazw nawiązujących do F1). Ot, bar dla kierowców, jakich wiele.
Jakiś czas później (już w Radzionkowie) mijam zabudowania, przy ktorych wielki napis głosi "Tu trenuje mistrz Polski w jeździectwie". Obok wielka tablica reklamowa poleca wyroby wędliniarskie, zarówno billboardem, jak i umieszczoną pod nim tablicą świetlną, na której co chwilę zmieniają się nazwy promowanych produktów. Dobrze, że końskiej kiełbasy nie oferują:)
A to wszystko w świeżym wiosennym śniegu..
Z penisem w ręce
To całkiem ciekawe przeżycie, spacerować w tłumie ludzi z penisem w garści. Jedna panienka nawet się zainteresowała, zapytała skąd go mam. Wskazałem jej odpowiedni stragan. Brzmi bowiem może perwersyjnie, ale to był tylko suszony byczy penis, kupiony na wystawie psów. A wiecie, ilu psich przyjaciół się zyskuje dzięki takiemu gadżetowi?:)
Czy Salans popłynie?
Zawsze jest większa ryba..
Na moim ulubionym blogu Archeowieści znalazłem informację o odkryciu szczątków gigantycznego morskiego drapieżnika, nazwanego "Drapieżnikiem X". Na BBC zamieszczono nawet wizualizację tego potwora:
Kiedy tak sobie na ten obrazek popatrzyłem, pomyślałem "Już to gdzieś widziałem". Dziesięć lat temu. Kiedy Obi-Wan Kenobi i Qui-Gon Jinn podróżowali przez odmęty Naboo. Wyobraźnia George Lucasa była jak widać prorocza:)
Magiczny rower
Junior na zakupach w markecie z dużą uwagą obserwuje wystawione w promocji rowery. Jest ich dużo, stoją nie dość że w długim rzędzie, to jeszcze piętrami. Po namyśle Junior stwierdza:
– O, rower nauczył się latać..
Misiakgate
Co prawda wypowiadałem się już na ten temat w komentarzu u Airborella, ale teraz przeprowadziłem głębszą kwerendę źródłową i postanowiłem sam skrobnąć.
Zacząłem od zajrzenia do ustawy. Szybkie przeszukanie jej pozwoliło na ustalenie, że nie ma w niej żadnego przepisu szczególnego pozwalającego na zlecenie szkoleń w trybie szczególnym. Dla porządku dodajmy, że nie był on zresztą potrzebny, bo możliwość zastosowania takiego trybu wynika z ustawy Prawo zamówień publicznych, odwołującej się w tym zakresie wprost do dyrektyw unijnych (hermetyczne, ale do zrozumienia). Same zaś zasady programu szkoleń oparte są na obowiązującej od dawna ustawie o promocji zatrudnienia. Cóż więc Misiak mógł w Senacie zrobić korzystnego dla "swojej" spółki? Ano nic. Po prostu był, i przez to ma być podejrzany.
Kwestią zasadniczą było dla mnie sprawdzenie, jak w takim razie wyglądało samo udzielenie zamówienia pzez Agencję Rozwoju Przemysłu (czytaj: w jaki sposób "skręcono" sprawę)? I tutaj Agencja twierdzi, że żadnych preferencji dla "firmy Misiaka" jej zdaniem nie było. Osobiście nie udało mi się znaleźć samego ogłoszenia o zamiarze udzielenia zamówienia, ale w opublikowanym raporcie z wykonywania ustawy jest informacja, że jeszcze w styczniu 2009 zebrano listy intencyjne od zainteresowanych firm. Przynajmniej na początkowym etapie postępowanie było więc chyba rzeczywiście poprawne. Co się zaś działo dalej, odpowiedzieć może chyba jedynie CBA (zresztą już weszli).
Jest więc możliwe, że cała Misiakgate sprowadza się do tego, że pewien polityk/senator/poseł ma związki z dużą firmą, która korzysta z pieniędzy publicznych. Zapewne ładniej by było, gdyby tak nie było. I tyle.
PS. Ten tekst zamieszczam po raz drugi. Po raz pierwszy zamieściłem go dzisiaj 01:38, i znikł. Ale może ledwo widząc na oczy, sam go jakoś skasowałem (niemniej poproszę administrację Bloxa o rozwianie moich wątpliwości).
Bełkot Czecha
Dobrych parę dni temu zobaczyłem w sobotniej GW poświęcony opcjom walutowym tekst niejakiego Czecha Mirosława. Zdziwiłem się trochę, bo nie kojarzyłem go dotąd z ekonomią, ale przeczytałem – po czym upewniłem się – with a little help from Google and Wiki – że facet jest z zawodu dziennikarzem, posłem i komentatorem politycznym (był też sekretarzem śp. Unii Wolności, i jakoś nigdy mi tam nie pasował).
Tekst jest tak pełen nonsensów, że najlepiej byłoby go w ogóle zignorować, ale zbytnio mnie zagrzał, więc się trochę popastwię:
– Kluza zachowuje się tak, jakby zapomniał, że to właśnie Komisja Nadzoru Finansowego wydała zgodę na upowszechnianie opcji walutowych w Polsce; Taaak, być może MCz wierzy, że KNF licencjonowała opcje – jestem bardzo ciekaw, jak by zareagował, gdyby miał pokazać, gdzie i kiedy KNF "wydała zgodę",
– dlaczego KNF złamała ustawę nakazującą "podejmowanie działań służących prawidłowemu funkcjonowaniu rynku finansowego" [w domyśle: nie przyglądając się każdej transakcji opcyjnej z osobna]? MCz, jeśli ma jakąkolwiek wiedzę nt. problemu opcji, powinien wiedzieć, że problem polega na tym, że firmy radośnie uznały (wbrew zdrowemu rozsądkowi) za cudowny interes uzyskanie opcji zabezpieczających "za darmo" – dzisiaj widać, że się przeliczyły; same zaś opcje stanowią normalny instrument rynkowy, a KNF nie ma możliwości bieżącego monitorowania warunków poszczególnych transakcji. Zarzut trochę jakby miec pretensje do MSWiA, że nie nadzoruje obrotu nożami do chleba:)
– Dopuszczenie opcji na rynek polski usprawiedliwia się często tym, że w Polsce nie weszła w życie europejska dyrektywa w sprawie rynków instrumentów finansowych (MiFID)…; o dopuszczeniu było powyżej, poza tym MIFID bynajmniej nie zablokowałaby funkcjonowania opcji na rynku. Tyle że disclaimery w umowach opcji byłyby dłuższe (a skala zjawiska pewnie mniejsza – o jakieś 10 proc. )
– …którą zobowiązaliśmy się przyjąć do listopada 2007 roku. Odpowiednią ustawę nasz parlament uchwalił we wrześniu 2008 roku, ale prezydent odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego; Słodka niekompetencja komentatora politycznego – termin przyjęcia dyrektywy nie zależy od nas, tylko od organu wydającego dyrektywę. Poza tym…
– Obowiązkiem Kluzy była praca nad ustawą wprowadzającą dyrektywę. Przewodniczący KNF wiedział, że prezydent zaskarżył ją w części odnoszącej się nie do dyrektywy, lecz do uprawnień prezesa NBP. Jego obowiązkiem było poinformowanie Lecha Kaczyńskiego o konsekwencjach tego kroku, a także poinstruowanie banków i polskich firm o obowiązkach, jakie nakłada dyrektywa. …jak wiadomo, to wyłączna wina KNF. Zapewne KNF miała obowiązek przewidzieć, że w kancelarii prezydenta nie przeczytają tej części ustawy, która wdraża MiFID, gdze wszystkie te obowiązki zostały dokładnie opisane. Firmy też oczywiście nie miały możności zapoznania się tekstem już uchwalonej ustawy, nie mówiąc o Dyrektywie.
– Jednak KNF nic nie zrobił, spokojnie przyglądał się destrukcji polskiej gospodarki. Wow. Przecież miał na etacie wróżkę, która przewidywała krach walutowy prawie tak dobrze jak Czech.
– Wyjaśnieniem, dlaczego KNF przyzwoliła na opcyjne eldorado, powinna zająć się sejmowa komisja finansów publicznych i komisja do spraw służb specjalnych. Mniam. Pewnie byli w układzie.
– Państwo polskie szerokim gestem zaprosiło międzynarodowe instytucje finansowe do spekulacji na własnej gospodarce i pieniądzu. Bo pewnie Polska była jedynym krajem, gdzie opcje stosowano.
– Nasza waluta od lipca osłabła o blisko 45 proc., podczas gdy forinty i korony tylko nieco ponad 30 proc. (..) Opcje dają odpowiedź, dlaczego tak się dzieje. No przecież wiadomo, że wszystkiemu winne opcje. Kto by się przejmował takimi duperelami jak przewartościowanie złotego, czy skala kredytowania konsumpcyjnego w obcej walucie.
Tego bełkotu jest na tyle dużo, że nie da się wszystkiego wyśmiać w jednym wpisie. Ale ważne jest, dlaczego właściwie ten żenujący tekst został napisany. Otóż w kilku miejscach Czech nie kryje się, że chodzi mu o przypieprzenie w PiS – jako "kontrolujący" KNF i odpowiedzialny za brak implementacji MiFID (drobiazg, że PO nie musiała wpychać do neutralnej ustawy implementującej także poprawek z zakresu "przepychanka z prezydentem", jakoś umyka jego uwadze). Właściwie wszystko zmierza do konkluzji, że nasz kryzys, to właściwie PiSu wina, PiSu wina, PiSu bardzo wielka wina. Bo przecież "PiS-owska alternatywa zatrważa". W takich chwilach cieszę się, że poczciwa UW już nie istnieje. Bardzo bym się musiał wstydzić.

