Weźmy takiego Jensona Buttona. Swego czasu jeżdżąc dla BAR trzeci kierowca świata (2004), w 2006 wygrał jedno GP i w klasyfikacji końcowej szósty (czyli per saldo ciut lepiej niż Robert Kubica w sezonach 2007-2008). Przez ostatnie dwa lata raczej jako czerwona latarnia, a najbardziej zapisał się w tym czasie w pamięci komentarzem na temat Danicy Patrick i jej ewentualnych startów w cyklu F1.
Weźmy starego poczciwego Rubensa Barrichello. Pamiętam go jako brazylijskiego szaleńca w Jordanie, później dwukrotny wicemistrz świata w Ferrari (nie miał szansy zostania mistrzem jeżdżąc jako dwójka za Schumacherem, co jest dodatkowym argumentem na niekorzyść Schumachera:)). W ostatnich dwóch latach jedno przypadkowe podium w deszczowym wyścigu na Silverstone, a najważniejszy wyczyn w tym okresie to ustanowienie rekordu liczby wyścigów w GP (wszyscy się tylko zastanawiali, czy się już wycofa, czy będzie go śrubował dalej).
Dzisiaj w kwalifikacjach do GP Australii: 1. Button, 2. Barrichello, z bezpieczną przewagą nad innymi. I niech mi ktoś potem mówi, że w F1 najważniejszy nie jest samochód, a dobry kierowca nie jest do niego tylko dodatkiem.
Patrioci w tym miejscu żachną się, że przecież Robert Kubica jako jedyny z "dawnej" czołówki, jadąc bez spornego dyfuzora i KERS-u, potrafił zająć czwarte miejsce w kwalifikacjach. W tym sporcie liczy się tylko wynik bezwzględny (zresztą jak zaczynamy doczytywać uwarunkowania, to sukces Roberta w Montrealu jako uzyskany głównie dzięki idiotycznemu zderzeniu Hamiltona z Raikkonnenem, jest mniej wart niż zwycięstwo Vettela na Monzie), więc nie pocieszajcie się, naiwniacy. Ważne, komu pierwszemu machną chorągiewką w szachownicę.