Chłodnik

W porywie optymizmu z ostatnich zakupów przywiezione zostały świeża botwinka (bo tak ładnie wiosennie wyglądała) i kefir (bo niezbędny do kompletu). Zostały dzisiaj przetworzone na chłodnik a’la ukraiński (absolutnie nieortodoksyjny). Może ta temperatura jeszcze nie bardzo chłodnikowa (niektórzy ubrali się w trzecią skórę po zjedzeniu), ale sezon rozpoczęty, co jest kolejnym oznakiem wiosennego ocieplenia:)

Dialog o czasoprzestrzeni


Juniorowi przydarzył się ostatnio mały wypadek i niezbędne było odwiedzenie lekarza celem zbadania nadwyrężonej stopy. Jak zwykle w takich przypadkach, lekarz przeprowadza tzw. wywiad. I jak zwykle przy Juniorze, ma on specyficzny przebieg. Junior chętnie wypowiada się bowiem na swój ulubiony temat samochodów (zaczynając od trzymanego w ręce modelu BMW), a kiedy medyk próbuje nietaktownie zmienić kierunek rozmowy na inny, Junior staje się lakoniczny:
Lekarz: A ile ty masz lat?
Junior: Jutro powiem.. [czyli na święty nigdy]
Lekarz: A gdzie cię boli noga?
Junior: Wczoraj już mówiłem.. [istotnie wypadek miał miejsce dzień wcześniej i Rodzice już o miejsce dolegliwości starannie wypytywali]

Refleksje poszanghajskie

Parę tygodni temu niektórzy się zastanawiali, na ile kierowcy powinni walczyć za wszelką cenę o każde miejsce, a na ile powinni czasem taktycznie odpuszczać dla zachowania tego, co już mają (to w kontekście kolizji Kubicy z Vettelem rzecz jasna). Dzisiaj kolejnym przykładem tego dylematu był Adrian Sutil. Jechał grzecznie na siódmym miejscu, praktycznie niezagrożony, kiedy bączek Hamiltona dał mu awans na szóste. Tyle że Hamilton zaczął go gonić, a Sutil postanowił nie odpuszczać, i tak walczył, walczył, aż skończyło się efektownym wypadem w opony (notabene fruwające koło z samochodu Sutila pozbawiło ponoć punktów BMW, wyrządzając jakąś szkodę w samochodzie Heidfelda). A była szansa (za co szczerze trzymałem) na historyczne pierwsze dwa punkty dla Force India. Teraz ich nie ma, i nikt nie będzie pamiętał, jak było blisko. W tym przypadku to chyba niepotrzebnie mierzył Sutil siły na zamiary.

Nie mogę się cieszyć z punktów dla Force India, ale pogratuluję drugiego miejsca Markowi Webberowi (najlepszy wynik w karierze). W zeszłym sezonie jeździł bardzo dobrze, pomimo słabego samochodu punktował w co drugim wyścigu. A jednak brakowało mu wyraźnie szczęścia, ani razu nie udało mu się wtedy stanąć na podium, chociaż na skutek szczęśliwych zbiegów okoliczności udawało się to czy jego koledze z zespołum Davidowi "Crash" Coulthardowi, czy nawet Nelsinho Piquetowi (był Webber bezsprzecznie najlepszym z kierowców, którzy w zeszłym roku nie stali na podium). Teraz Fortuna obróciła się wreszcie ku niemu:)

A Robert w tym roku zapewnia niezłe wrażenia wizualne – efektowny pojedynek i jeszcze ładniejszy crash w Australii, dymek w Malezji, teraz w Szanghaju kolizja z Trullim, jak z filmów o Bondzie:)

Ogólnie rzecz biorąc – bardzo atrakcyjny wyścig. Swoją drogą, jestem ciekaw, czy Shell był bardzo zadowolony, kiedy parę razy jego reklamy na odwrotach tabliczek określających odległość do zakrętu efektownie wylatywały w powietrze rozjechane przez wirujące bolidy?

PS. Z ostatniej chwili – przeczytane na oficjalnej:  Przez pierwszych osiem okrążeń prowadził niemiecki kierowca Bernd Maylander, który na swoim safety carze przejechał już więcej okrążeń niż Heikki Kovalainen:D (trochę może przeredagowałem – prawo autora prowadzącego:))

Frytki z cukrem

Kiedy Junior bliżej poznał się z frytkami (wiem, niezdrowe, niedobre etc.), po pewnym czasie wymyślił sobie, że będzie je jadł z cukrem. No właśnie – nie po hamerykańsku z ketchupem, nie po holendersku z majonezem (pamiętacie Pulp fiction?:)) , nie po czesku z sosem tatarskim, ale z cukrem (tego nawet Belgowie chyba nie wymyślili). Jak chcecie wiedzieć, jak to smakuje – spróbujcie sami:)

Tym, którym połączenie wydaje się szokujące, daję prosty odpór (będący zresztą jak się zdaje źródłem Juniorowego pomysłu) – to placki ziemniaczane można jeść z cukrem, a frytki ziemniaczane już nie?

365 dni żałoby


No i doczekaliśmy się kolejnej żałoby narodowej. Złośliwi już wyliczają średnie dla poszczególnych prezydentów. A ja patrzę na inne liczby: 65, 23, 26, 20, 22.. To ilość ofiar przy ostatnich pięciu żałobach, wszystkich na skutek katastrof. Zastanawiam się, przy jakiej jeszcze ilości ofiar będziemy ogłaszać żałobę. Na marginesie można dodać, że okres świąteczny na drogach przyniósł 25 ofiar śmiertelnych. One nie stanowiły podstawy ogłaszania żałoby. Podobnie jak pożar w Hali Olivia, katastrofa autokaru z młodzieżą licealną, parę innych wybuchów w kopalniach, wielkie pożary w Rudach Raciborskich, śmierć Jacka Kuronia, Zbigniewa Herberta czy Czesława Niemena, a z okresu PRL – katastrof lotniczych, eksplozji w Rotundzie.. Stąd dzisiaj wrażenie, że żałoba tanieje. Na tyle, że z czasem może dojść nawet do tytułowych 365 dni żałoby w roku, jeżeli tylko nieszczęścia ułożą się w odpowiednich cyklach. Może należy się cieszyć, że żałoby nie ogłoszono już po śmierci śp. Andrzeja Stelmachowskiego?

Spojrzałem na listę przyczyn ogłaszania żałoby w różnych krajach. Może to jakaś ogólna tendencja do tabloidyzacji żałoby? Ja w każdym razie dziękuję, postoję. W końcu już i tam mamy żałobę od tysiąca dni,a czeka nas jeszcze z pięćset.

PS. Jakoś nie zauważam, żeby media się jakoś szczególnie wyciszały na czas żałoby. Airborell pewnie jest zawiedziony🙂

Numb3rs, again

Pisałem już o tym serialu:) Wtedy ucieszyłem się przedwcześnie, bo Polsat potraktował go jako międzysezonową zapchajdziurę. Od tej pory już go jednak docenili, bo zaczęli go nadawać nie tylko w serii kryminałów wieczornych, ale nawet jako codzienny serial popołudniowy. A oprócz tego jest też AXN, który dwukrotnie puścił właśnie trzeci sezon, i właśnie zaczyna czwarty. Jest w czym wybierać, jeśli się tylko ma dostęp do odpowiednich kanałów:)

Ale zasadniczo tematem tej notki nie jest przegląd programu telewizyjnego, tylko pewna refleksja po jednym z ostatnich odcinków. Być może powodem, dla którego tak lubię ten serial, jest pokazany tam sposób pracy genialnych matematyków:) XXI wiek, komputery w każdym kącie, o możliwościach więcej niż niewyobrażalne – a w kluczowych momentach najlepsze są stare poczciwe tablice, jakie pamiętamy ze szkoły, kreda i gąbka. Jakiś oldskulowy chyba jestem:) Oczywiście, jakiś matematyk może mnie teraz wyśmiać, że wierzę w takie filmowe obrazki – ale i tak mi się podoba:D

Wino z Kany

Otwarliśmy w Święta – otrzymaną jako pamiątkę z podróży – buteleczkę wina z Kany Galilejskiej (Cana of Galilee’s Wedding Wine, Kana Swadiebnoje Wino). Pierwsza zgodna refleksja była taka, że przemiana wody w tego rodzaju napitek nie wymaga wcale wielkiego cudu:) Ostatecznie stwierdziliśmy, że może i można nazwać efekt końcowy winem, ale na pewno nie można wierzyć galilejskiemu staroście weselnemu i jego "Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory" (J 2, 12). Chyba, że standard galilejski jest rzeczywiście niewysoki:)

Sportowcy a religia

Do napisania tej notki zainspirował mnie swoim tekstem Paweł Czado, tyle że on skupił się na problemie bardziej od strony klubów, a ja postanowiłem spojrzeć z punktu widzenia zawodnika, któremu zawody wypadają w święto (religijne).

Przykładem, który natychmiast przychodzi do głowy, jest wielki Eric Liddell, mistrz olimpijski na 400 metrów z Paryża (1924), do dziś jeden z najpopularniejszych sportowców Szkocji. Jego koronnym dystansem była "setka", ale nie wystartował w eliminacjach, ponieważ były rozgrywane w niedzielę (podobnie jak nie wystąpił w sztafetach, które swoje finały też miały w niedzielę). W rezultacie zdobył dwa medale olimpijskie, zamiast być może i pięciu. Każdy kibic i miłośnik filmu powinien znać jego historię z "Rydwanów ognia" Hugh Hudsona (chociaż sprawę niedzielnych eliminacji nieco tam – ze względów dramaturgicznych – naciągnięto, każąc Liddellowi dowiedzieć się o dacie tych eliminacji niemal w ostatniej chwili, podczas gdy w rzeczywistości wiedział o tym od kilku miesięcy i już wcześniej przygotowywał się do startu na 400m zamiast na 100m).

Liddell jest jednak postacią tak wielką, że prawie nierzeczywistą (czytaj wyjątkiem). Zastanawiałem się więc nad sportowcami o bardziej prozaicznym życiorysie, dla których jednakowoż religia i jej wymagania byłyby ważniejsze od udziału w zawodach (a zarazem sportowcami na tyle może znaczącymi, aby świat usłyszał o nich i ich dylematach). I wiele takich przykładów mi się nie nasuwa:) Najpóźniejszy, jaki mi przyszedł w tym krótkim czasie do głowy (i bez szczególnej kwerendy) jest Milton Queiroz da Paixao, bardziej chyba znany jako Tita – reprezentant Brazylii, nawet uczestnik włoskiego Mondiale, z Bayerem Leverkusen (i Andrzejem Buncolem:)) zdobywca Pucharu UEFA. Jeśli wierzyć "Piłce Nożnej" i mojej pamięci, również stanowczo odmawiał pracy w niedzielę (nie wiem jednak, czy kiedyś musiał przez to zrezygnować z gry, ale też w latach 80-tych chyba w niedzielę mecze grano rzadziej).

Zastanawiam się więc, czy po prostu rzeczywiście mniejsze znaczenie ma dziś wiara dla sportowców, czy też ci, którzy do wymagań religii przykładają większe znaczenie, nie odpadają na jakimś etapie selekcji jako problematyczni (zwłaszcza jak nie są tak wybitni, żeby im "pozwalać na kaprysy"). A poza tym nie każde wyznanie jednakowo traktuje udział w zawodach sportowych, jedni to uznają za pracę, inni za pracę potrzebną, lecz niekoniecznie oznaczającą poszanowanie niektórych szczególnych dni. Swoją drogą przypomina mi się, jak oglądałem włoskie Mondiale w telewizji libijskiej i niemal modliliśmy się (nomen omen), żeby pora modłów wieczornych (w której bez względu na wszystko przerywano transmisję i nadawano wołanie muezzina) przypadała w trakcie przerwy w meczu, lub przynajmniej wtedy, kiedy nic się w meczu nic się akurat nie działo:)