Nieraz czytając media wzdycham z tęsknotą za czasami, w których zatrudniano korektorów odpowiedzialnych za eliminowanie błędów ortograficznych i podobnych. Dzisiaj w dużej mierze zastępują ich słowniki ortograficzne w edytorach, które mają tę wadę, że każde słowo napisane zgodnie ze słownikiem , w związku z czym nie robi im różnicy, czy w tekście ma być Bóg czy Bug, może czy morze. Ilość takich błędów niestety systematycznie rośnie:( Zastanawiam się tylko, czy wykształcenie autorów tekstów równie systematycznie spada, czy też po prostu wcześniej wszelkie braki były skrzętniej tuszowane? Ostatnio ktoś odpowiedzialny z „Dziennika” (lub jego portalu) uznał, że Mali to egzotyczna wyspa, na którą można pojechać.. [z Bali się im chyba pomyliło:)]
Zagadki tablic rejestracyjnych
ONA
ELA
NOE
POT
CRY
DOL
ZLO
TLW
(w tym ostatnim nie ma nic fajnego, oprócz tego, że ciężko odgadnąć, dlaczego twórcy rozporządzenia o numerach rejestracyjnych przydzielili akurat taki skrót:))
Zawsze mnie też bawi myśl o reklamowym walorze niektórych tablic, wciąż niekoniecznie wykorzystanym:) No bo przecież Era powinna rejestrować swoje samochody w Radomsku, PKO BP w okolicach Konina, Południowy Koncern Energetyczny w Kępnie, a NBA w Bartoszycach:D
Taka to tym razem wirtualna podróż:)
Czy 1% zabija dobroczynność?
Kończy się sezon podatkowy, kończy się czas zastanawiania, na jaką organizację przeznaczyć ewentualnie 1% swojego podatku. Kiedy przyglądałem się formularzowi PIT-coś tam (składamy ich z żoną w sumie cztery, to mogę nie spamiętać który jest który), widziałem tam oprócz pozycji „nazwa”, „numer KRS” i „kwota” także rozmaite bzdety typu „miejsce na sposób kontaktu” czy „cel szczegółowy”. To wynik pewnych zmian w filozofii 1%, którym od początku byłem przeciwny, polegających na tym, że dobroczynność sprowadza się do zaznaczenia dwóch krzyżyków (no dobra, i wymyśleniu wcześniej, jakie to mają być krzyżyki), a reszty ma dokonać w zamian państwo. Przedtem podarowanie 1% było bliższe dokonaniu dobroczynnej darowizny, ponieważ trzeba było wykazać, że faktycznie się jakieś pieniądze darowało na konto właściwej organizacji – co z jednej strony ułatwiało rzeczywisty kontakt pomiędzy darującym a obdarowanym, a z drugiej skłaniało do faktycznego podarowania kwoty wyższej, niż nadająca się do zagospodarowania w ramach 1% (na konto „mojej” OPP w zeszłym roku z „mojego” urzędu skarbowego wpłynęło w zeszłym roku 19,60 zł, słownie dziewiętnaście złotych sześćdziesiąt groszy – przecież zaokrągliłbym co najmniej do pełnych dwudziestu). A tak nie dość że mamy dobroczynność odfajkowaną mechanicznie i de facto na koszt Skarbu Państwa, to jeszcze dorzucamy roboty urzędnikom skarbowym (którzy lepiej, żeby zajęli się sprawnym załatwianiem bieżących spraw).
Dlaczego Leo zostanie
Wszyscy skupili się na innych tematach sportowych, więc można w spokoju ten odkurzyć:)
Więc zacznę od konkluzji: Benhauer na razie zostanie, bez względu na to, jak bardzo w PZPN się werbalnie gorączkują ( i jak bardzo jego odejście zaklinają leofobi). Argumenty za tym, że zostanie są takie:
– PZPN niewiele zyskuje na tym, że go wyrzuci. Jeżeli Polska awansuje do MŚ, to PZPN będzie wygrany bez względu na to, kto będzie siedział na ławce pod koniec eliminacji. Ale eliminacje mogą też zostać przegrane (tfu! na psa urok!). Jeżeli przegra je Beenhakker, to PZPN będzie mógł rzucić wszystkim gniewnym (no prawie wszystkim) „chcieliście Leo, no to g(..)o macie, śledzie w tomacie, daag”. Ale jeżeli przegra je jego następca, to PZPN będzie skreślony straszliwie, a Leo będzie drwiąco się uśmiechał „kaman, boyz, you shouldn’t have done it”, i nikomu nie przyjdzie nawet do głowy szukać jego odpowiedzialności za ten niekorzystny rezultat (bo nie dokończył pracy);
– nie będzie dobrego kandydata, który go zastąpi. Nikt poważny nie wejdzie bowiem na stanowisko, na którym w razie porażki zostaje się „Kolesiem PZPN Który Zastąpił Wielkiego Leo”, mając obiektywnie nieciekawą pozycję startową. Przypomnę, że Paweł Janas sześć i pół roku temu obejmując kadrę po porażce z Łotwą już nie odrobił strat, mając nieco dłuższy dystans. Leo mógłby więc zastąpić – na obecnym etapie – tylko desperat, który niczego nie ryzykuje, albo ktoś, dla kogo posada selekcjonera będzie tak czy owak szczytem kariery bez względu na osiągnięte wyniki. Żadne z rozwiązań nie rokuje optymistycznie, jeżeli idzie o odmianę gry reprezentacji..
Dlatego Leo zostanie. Można nazywać PZPN-owców tchórzami, jak czyni to Airborell, ale to raczej chłodna kalkulacja. Oczywiście mogłem nie wziąć pod uwagę skomplikowanej gry układzików i interesików, o której nawet nie chcę wiedzieć, ale akurat ten czynnik na pewno nie powodowałby kierowania się „dobrem reprezentacji”. A czy zmiana wyszłaby w ogóle reprezentacji na dobre, zwłaszcza w perspektywie MŚ? To już akurat tylko kwestia wiary🙂
Malutka próżność blogera
Zajrzałem z głupia frant do statystyk blogowych i aż mnie zdziwiła skala ruchu w ostatnim tygodniu (trochę miał na nią wpływ link u WO, ale nieprzesadny). Postanowiłem zatem zajrzeć do „centralnych” statystyk Top1000 Bloxa i ło Matko! znalazłem Zapiski.. nie bez zdziwienia w drugiej pięćsetce, mniej więcej pomiędzy Pasjonatką Sportu a Redaktorem Kiedrowskim:)) Nie mam pojęcia, czy Zapiski.. są tak „popularne” (większość ruchu generuje Google) od dawna ani czy tam zostaną choćby na moment i tradycyjnie nie będę o to szczególnie dbał (trochę mnie rażą blogerzy, którzy owładnięci szałem walki o popularność wklejają na innych blogach linki do swojej aktualnej twórczości, sam zazwyczaj takich nie czytam), informując świat o istnieniu swojego bloga tylko wtedy, gdy notka już napisana (sporadycznie właśnie pisana) nadaje się na komentarz, który i tak chciałbym zamieścić. Wszystkim czytelnikom jednakowoż serdecznie dziękuję, że zaglądają.
Klęska BMW
Kopanie leżącego BMW jest zasadniczo nieeleganckie i w obecnej sytuacji bliskie banałowi, niemniej już co najmniej od GP Chin napisanie tej notki chodziło mi po głowie. Nie chodzi mi nawet o te konkretne wyniki (jedne jedyne punkty Heidfelda, zawdzięczane w dużej mierze przerwaniu wyścigu w Malezji) ani nawet o zajęcie w Bahrajnie pozycji zastrzeżonej – wydawałoby się – dla Force India. Mam na myśli raczej klęskę strategiczną, na którą się na razie zanosi.
BMW słynęło z „planu Theissena”, zakładającego rokroczne postępy. Na rok 2008 mieli zaplanowane stawanie na podium i pierwsze zwycięstwo – i udało się, nawet dubletem. W tym roku mieli już walczyć o tytuł, a realizacji tego celu miały służyć wprowadzenie KERS oraz długa praca koncepcyjna nad bolidem. Oba „atuty” sprawiają wrażenie totalnego zagubienia zespołu.
Zacznijmy od KERS. BMW niesamowicie silnie stawiało na ten system, w pewnej w chwili było jedynym wręcz jego obrońcą (bazując na tym, że został zatwierdzony wcześniej, inaczej większość doprowadziłaby do jego wycofania). Logicznie rozumując, wynikałoby z tego, że kierowcy BMW mieliby wygrywać dzięki temu systemowi. Czemu więc przegapili taką oczywistość, jak ciężar urządzenia KERS i jego wpływ na wyważenie samochodu oraz na zużycie opon? Wydaje się wręcz, że KERS stał się dla BMW fetyszem, bez względu na jego przydatność dla własnych kierowców. O ile bowiem dla Kubicy jest on za dużym ciężarem, o tyle Heidfeldowi po prostu szczególnie nie pasuje do charakterystyki. Heidfeld jest bowiem – sorki – zawodnikiem stabilnym, ale defensywnym, natomiast KERS wydaje się stworzony dla zawodników dynamicznych, agresywnych, ryzykujących silniejsze zużycie opon i przez to jeżdżących na większą liczbę wizyt w boksie. BMW ewidentnie to przegapiło. Możliwe wytłumaczenia to:
– BMW założyło, że będzie mieć równie silną pozycję, jak w 2008, plus przewaga wynikająca z KERS (co za naiwność!),
– BMW liczyło na obligatoryjność KERS (co wszystkim przysparzałoby problemu z ciężarem) i/lub zwiększenie ciężaru minimalnego samochodu (co pomagałoby w wyważaniu),
– prace nad KERS były dla BMW biznesowo ważniejsze, niż jego wpływ na sukcesy w F1 (teza brutalna, ale nie niemożliwa; z jednej strony mamy pojawiające się sugestie, że BMW zostanie wyłącznym dostawcą KERS dla F1 – co za ironia, że ich wypieszczony system pomoże głównie innym zespołom – a z drugiej strony może chodzić o dopracowanie technologii, którą wprowadziliby do produkcji aut seryjnych).
Tak czy owak, z punktu widzenia zespołu wyścigowego BMW-Sauber, KERS to klęska.
„Atut” drugi to w pewnej mierze spekulacja, ponieważ oficjalnie stwierdzenia takie nigdy nie padło, ale wrażenie, że po zwycięstwie w Kanadzie BMW odpuściło rozwój ubiegłorocznego bolidu (w związku z osiągnięciem celu strategicznego) kosztem prac nad następnym sezonem, jest nieuchronne. Także dlatego, że BMW samochód na nowy sezon zaprezentowało jako pierwsze, co sugeruje, że musieli nad nim pracować odpowiednio długo i wcześnie. A mimo to efekt jest.. powiedzmy eufemistycznie mizerny. Zabrakło chyba człowieka z odpowiednią wizją (bo ludzi z odpowiednim doświadczeniem BMW nie ma). Czy zatem plan Theissena zawalił się już z chwilą odejścia Joerga Zandera, czego kierownictwo zespołu nie dostrzegło, głównie za sprawą wyników osiąganych przez Kubicę? Przypomnijmy, że Zander jest głównym projektantem zespołu nazywającego się obecnie Brawn GP. Jakieś, hmm, wnioski?
Ale możemy jeszcze zaczekać na efekty prac superkomputera BMW. Jeżeli w najbliższych dwóch wyścigach nic się nie zmieni, to powinni się skupić nad bolidem na 2010. I mogą nastąpić znaczące roszady personalne (ja proponuję im zaangażowanie Kovalainena – chłopak nie będzie wyskakiwał przed szereg, zawsze ustąpi miejsca Heidfeldowi i lubi jeżdżenie dobrze dociążonym samochodem, a na taką jazdę się teraz w BMW zanosi).
Prezerwatywy dla młodzieży
Przeczytałem właśnie, że sieć Rossmann ma problemy ze sprzedawaniem prezerwatyw młodym ludziom. Nie zamierzam się jednak pastwić nad samą siecią (publicity im wystarczy), ani też demonstracyjnie ogłaszać, że zaprzestanę dokonywania tam zakupów, tylko skupić się nad wypowiedzią rzecznika praw dziecka, który zastanawiał się, komu można ewentualnie ograniczyć sprzedaż prezerwatyw, i wyszło mu, że jedynie osobom poniżej 13 roku życia, jako nie posiadającym zdolności do czynności prawnych.
No więc ja mam wątpliwość w tym zakresie. Jeżeli traktujemy poważnie zasadę równości wobec prawa, to nie ma różnicy pomiędzy 12-latkiem kupującym w Rossmannie mentosy o smaku truskawkowym od 12-latka kupującego tamże prezerwatywy o smaku truskawkowym. A przy tej pierwszej transakcji Rossmann niewątpliwie by nie protestował, chociaż cena tych mentosów może być czasem uznana rażące pokrzywdzenie małoletniego:) (art. 14 par. 2 k.c.) Z cywilnoprawnego punktu widzenia od chwili wydania towaru i przyjęcia pieniędzy nie ma różnicy pomiędzy sprzedażą paczki prezerwatyw 12-latkowi (art. 14 par 2 k.c.) i 14-latkowi (art. 20 k.c.). Czy istnieje więc jakakolwiek inna cezura? Jeżeli tak, to będzie to raczej ukończenie 15-go roku życia, od którego nieletniemu wolno jest w świetle art. 200 k.k. uczestniczyć w czynnościach seksualnych. Tyle że zweryfikowanie wieku 15-latka jest praktycznie niemożliwe, chyba że sam zapytany przyzna, że jeszcze tego 15-go roku życia nie ukończył.
Asynchronizacja
Cztery gole Arszawina
Strzelenie czterech goli w meczu to zawsze rzadki wyczyn (nawet jeśli gra się z San Marino). Strzelenie czterech goli mocnej drużynie w ważnym meczu to wyczyn, po którym na długo zostaje się w pamięci. Kiedy Van Basten zaaplikował "czwórkę" IFK Goeteborg w Lidze Mistrzów, po paru tygodniach dostał Złotą Piłkę. Na co może więc liczyć Arszawin, który strzelił wczoraj cztery gole Liverpoolowi w meczu na szczycie Premier League? (tak naprawdę na nic, jeżeli Arsenal nie wygra Ligi Mistrzów)
Natomiast nasuwa mi się taka refleksja, że tylko dzięki tym czterem golom Arszawina, dobrze zapamięta ten mecz Fabiański. Jakich by cudów nie dokonywał, bramkarz, który cztery razy wyjmuje piłkę z siatki w przegranym meczu, nie będzie go dobrze wspominał, nawet jeżeli zostałby uznany za najlepszego swojej drużyny, a nawet i meczu.
A swoją drogą, The Reds to lubią takie mecze w tej dekadzie – ostatnio 4-4 z Chelsea, czy pamiętne finały 3-3 z Milanem i 5-4 z Alaves..
Małyszowa na skoczni olimpijskiej
Ale jeżeli potraktujemy skoki jako jedną dyscyplinę wymagającą wewnętrznego równouprawnienia, to jest proste pytanie – dlaczego w takim razie miałyby być rozgrywane osobne zawody dla kobiet i dla mężczyzn? A jak FIS dopuści buntownicze panie do konkursu otwartego, to jakoś mam wątpliwości, czy przebrną kwalifikacje. Oczywiście zawsze mogą zepsuć trochę krwi Bułgarom czy Białorusinom:)

