Uliczki Monaco

Oglądałem dzisiaj kwalifikacje do GP Monaco. Dla każdego kubicofana były to ciężkie chwile, kiedy widział, jak Robert z pozoru najpierw lokuje się w czołówce Q1, by później spadać coraz niżej i niżej, aż po ostatnie sekundy, w których desperacko, acz nieskutecznie walczył o poprawę wyniku i wejście do piętnastki. Ale ja patrzyłem z lubością, jak bolidy poruszają się na granicy uślizgu, momentami o włos od ścian i barier. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej. I w takiej chwili najlepiej się marzy, że się kiedyś poprowadzi samochód z taką szybkością, zręcznością, gracją i precyzją. Na szczęście instynkt samozachowawczy pomaga w uchronieniu się przed trenowaniem na mieście:)

A jutro co najmniej półtorej godziny delektowania się wyścigiem, mam nadzieję.

Autostradowi naiwniacy

Media wczoraj przyniosły "sensacyjną" wiadomość, że pewien prawnik z Katowic wygrał ze Stalexport Autostrada Małopolska sprawę sądową o zapłatę za przejazd autostradą A4 (gratulacje i pozdrowienia dla mecenasa Frasa). Ton komentarzy jest taki, że oto teraz można "egzekwować" od zarządcy autostrady jakość jazdy i – w domyśle – od tego uzależniać wysokość czy nawet wręcz obowiązek zapłaty za przejazd.

Nie znam niestety szczegółów sprawy (nie widziałem akt), a z relacji dziennikarskich obraz mam jedynie przybliżony, niemniej to co udało mi się ze sprawy zrozumieć, nie napawa jakimś szczególnym optymizmem. Sprawa toczyła się bowiem nie tyle o zapłatę za przejazd, ile o grzywnę (lub inną karę) za przejazd bez opłaty. Płatna autostrada, przynajmniej A4, wyróżnia się tym, że przed każdym wjazdem na nią, widać wielkie tablice z informacją, że jet płatna – w związku z czym kierowca wjeżdżając na autostradę ma świadomość, że musi zapłacić. jeżeli ktoś więc zapłacić nie chce, jest to traktowane jako próba wyłudzenia niewiekiej wprawdzie, ale zawsze konkretnej kwoty, czyli zawinione wykroczenie. Przypadek mecenasa Frasa o tyle jest charakterystyczny, że – jak się domyślam – zeznał on zapewne, że wjeżdżając na autostradę miał szczery zamiar zapłacić za przejazd wg taryfy, a jedynie jakość przejazdu sprawiła, że postanowił zaprotestować (nie wiem przy tym na pewno, w którym miejscu były największe utrudnienia, mogło być tak, że dopiero po zjeździe na Chrzanów, kiedy aż do Krakowa po prostu nie da się opuścić autostrady). Odpada więc przesłanka świadomego zamiaru wyłudzenia bezpłatnego przejazdu (pozostał co najwyżej spór cywilny), a zatem nie ma i podstawy do odpowiedzialności za wykroczenie.

Przypuszczam jednak, że znajdzie się wielu "cwaniaków", którzy potraktują to orzeczenie jako patent na zaoszczędzenie na przejazdach. Jeżeli jednak po prostu zaczną się awanturować na bramkach i wymachiwać kopią orzeczenia w sprawie Fras, to wróżę im, tytułowym naiwniakom, wiele zasłużonych grzywien. Bo wtedy nie obronią tezy, że oni właściwie chcieli jak najbardziej zapłacić, tylko nie wiedzieli, że tak fatalnie będzie się jechać (a orzeczenie mają w aucie zupełnie przypadkowo).

A swoją drogą, ciekawi mnie wynik sprawy cywilnej Stalexport Autostrada Małopolska vs. Mariusz Fras o zapłatę kwoty 6,50 zł. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, wcześniej podobną awanturę robił jakiś prawnik z Łodzi, ale on chyba chciał występować o zwrot opłaty. Mnie samemu szkoda byłoby czasu na taką zabawę.

Polska odpowiedzialność za Holocaust

Odpowiedzialność za Holocaust ponoszą polscy kolejarze i zawiadowcy, bo bez nich nie dojeżdżałyby do obozów śmierci pociągi z wiezionymi na rzeź.
Odpowiedzialność za Holocaust ponoszą polscy właściciele gruntów, na których umieszczono obozy. Przecież mogli odmówić.
Odpowiedzialność za Holocaust ponoszą polscy rolnicy, którzy dostarczali żywność załogom obozowym, utrzymując je w ten sposób przy życiu.
Odpowiedzialność za Holocaust ponoszą polscy żołnierze, którzy przegrali wojnę obronną z Niemcami, dając Niemcom przestrzeń do realizacji swojego zbrodniczego planu.
Odpowiedzialność za Holocaust ponoszą polscy politycy, którzy nie przeforsowali interwencji w Niemczech w 1933 roku , dając nazistom czas na okrzepnięcie.
Odpowiedzialność za Holocaust ponoszą wszyscy Polacy, którzy nie dołożyli starań, aby kwestię żydowską rozwiązać przed wojną, chocby i w sposób bardziej cywilizowany. W tym zakresie pewnie możemy podzielić się odpowiedzialnością z innymi narodami europejskimi.

Być może nie wypada tak pisać o Holocauście. Ale też taka jest moja reakcja na tekst Spiegla. Przeczytałem go starannie przed napisaniem. Nie stwierdza on wprost "polskiej winy ", ale jest podręcznikowym przykładem socjotechniki, zmierzającej do rozmycia niemieckiej odpowiedzialności za Holocaust: odpowiedzialności projektanta, kierownika i głównego wykonawcy. Doprawdy, do tej pory nie wiem, skąd fraza o "polskich chłopach" – czy to ma być takie uproszczenie, radośnie generalizujące kategorię "szmalcownicy i uczestnicy pogromów"? Odnotowuję dla porządku, że wspomniano o dziesiątkach tysięcy Polaków pomagających Żydom, ratujących ich przed Holocaustem – ale z tekstu zapamiętuje się głównie te wielkie liczby "pomocników". A przy tym nie można autorom odmówić, że tekst jest zręcznym zlepkiem kawałków prawd (co uniemożliwia prostę ripostę "to wszystko kłamstwo"). Pewnie, być może bez pomocy szmalcowników, francuskich merów czy antysemickich ochotników, liczba ofiar Holocaustu być może byłaby nieco mniejsza. Ale nie zmieniałby to ani na jotę istoty zbrodni. Ciekawe, kiedy Spiegel napisze o Niemcach pomagających w powojennych wypędzeniach – bez nich pewnie też ofiar wypędzeń byłoby mniej?

Płeć Kataryny a sprawa polska

Nadspodziewanie duży rezonans wywołała ta notka, ale nie z racji frapującego tematu czy błyskotliwej analizy, tylko z racji zamieszczenia w niej sugestii, że znana blogerka Kataryna może być mężczyzną. Doszedłem więc do wniosku, że najwyższa pora zrobić małe resume w tej kwestii.

Powiem szczerze: problem Kataryny nie jest moim problemem. Problem Kataryny bierze się stąd, że będąc nieomal internetową celebrytką starannie dba ona o swoją anonimowość, co skłania zapewne wielu do desperackich poszukiwań w celu ujawnienia jej tożsamości. Jednym z elementów tożsamości jest rzecz jasna płeć. Z tego co doczytałem w dyskusji, od samego niemal początku jej portalowej działalności, wszechobecne były podejrzenia, że jest tylko zręczną kreacją. Internet ma bowiem to do siebie, że łatwo wykreować zupełnie alternatywną tożsamość, coś jak Second Life. Za nickiem kobiecym może się więc równie dobrze kryć kobieta, mężczyzna lub projekt zbiorowy, nawet jeżeli na np. blogu powieszone jest zdjęcie atrakcyjnej brunetki. Być może więc ktoś wypatrzył jakieś niezręczne zdanie, mogące sugerować męską płeć, a może to były tylko prowokacje mające w zamyśle doprowadzić do ujawnienia tożsamości.

Dla mnie osobiście nie ma znaczenia, czy Kataryna naprawdę nazywa się Luiza Milewska, Michał Kuratowicz, czy też może jej posty pochodzą od grupy autorskiej Cleese, Basiński and Co. Przyznaję natomiast, że w toku tych kilku lat spędzonych na portalu, w jakimś momencie na tyle przekonująco ktoś sprzedał mi frazę "Kataryna to facet", że czytając o wojnie Czumy ze znaną blogerką, moja odruchowa myśl była "he he, jaką tam blogerką, przecież to facet". Co dla całej sprawy ma zresztą absolutnie znikome znaczenie.

I to by było tyle.

A swoją drogą, czuję się trochę rozczarowany, że Kataryna zablokowała dostęp do swojego bloga. Nie żebym był fanem jej bloga, ale mam wrażenie, że jeżeli to nie jest manifestacja, to jest to rodzaj niepotrzebnej ucieczki. Ale nie mnie sądzić. AKTUALIZACJA: zablokowanie bloga Kataryny miało charakter przejściowy. I dobrze.

Śląsk jak Chelsea

W ostatnim meczu ligowym Śląsk Wrocław – grając na wyjeździe – pozwolił walczącym o utrzymanie graczom Piasta Gliwice na oddanie zaledwie jednego celnego strzału, dopiero w 81 minucie. W niedawnym półfinale Ligi Mistrzów Chelsea – grając u siebie –  pozwoliła graczom Barcelony na oddanie zaledwie jednego celnego strzału, dopiero w 92 minucie. Śląsk nie stracił gola i wygrał mecz, Chelsea straciła gola i odpadła. Która z tych drużyn pokazała lepszą, bardziej godną przykładu grę defensywną?:)

 

Victor Laszlo a polityka w kulturze


Notkę tę zawdzięczam dwóm znanym blogerom (acz nie tylko blogerom), Rafałowi A. Ziemkiewiczowi, który popełnił ten oto tekst, oraz Wojciechowi Orlińskiemu, na którego blogu trafiłem na zajawkę tekstu Ziemkiewicza:) (RAZ musi wybaczyć, że nie trafiam do niego w inny sposób, po prostu musi). Bezpośrednią inspiracją był ten oto cytat z Ziemkiewicza:

A kto w jednym z najsławniejszych filmów wszechczasów, "Casablance", jest symbolem bohaterskiego, niezłomnego oporu przeciwko Hitlerowi i nazizmowi?!
C z e c h, kurwa!!!
Z czego to wynika? Z potrzeb politycznych, oczywiście.

Wzmiankowany bohater to oczywiście Victor Laszlo, odtwarzany w filmie Curtiza przez Paula Henreida. Zastanowiłem się jednak, jakie to względy polityczne mogły przemawiać za przydaniem mu obywatelstwa i/lub narodowości czeskiej.
Paul Henreid jako Victor Laszlo

Zacznijmy od tego, co Ziemkiewiczowi najprawdopodobniej uciekło. "Casablanca" była kręcona w połowie roku 1942 (dokładnie od 25 maja do 3 sierpnia). Amerykanie ledwo co przystąpili wtedy do wojny, i najbardziej ich prawdę mówiąc zajmowały porażki na Pacyfiku w wojnie z Japonią (nie minął jeszcze całkiem szok po ataku na Pearl Harbor i rajdach U-bootów na Wschodnim Wybrzeżu, flota traciła kolejne pozycje, dopiero w trakcie zdjęć przyszedł sukces pod Midway). O sprawach europejskich wiedzieli tyle, że niedobrzy Niemcy napadli tam wszystkich, od Brytyjczyków po Wujaszka Joe, i że trzeba Europejczykom pomagać w walce z Niemcami, żeby Niemcy nie przyjechali czołgami po autostradzie z Paryża:) Jakiekolwiek wewnątrzeuropejskie kwestie polityczne nie odgrywały wtedy jeszcze roli, a i zdolność rozróżnienia ruchu oporu w poszczególnych państwach była umiarkowana. Wypada jednak przypomnieć, że jeżeli o którymś ruchu oporu było wtedy głośno, to właśnie o czeskim – za sprawą zamachu na Heydricha. W porównaniu z tym wydarzeniem, polskie akcje dywersyjne przeciwko transportom na front wschodni, nie mówiąc o naszej małej codziennej wojence z Niemcami, były naprawdę nieznaczącymi epizodami. A przecież nawet i odkrycie grobów katyńskich było wtedy jeszcze melodią przyszłości.

Jak widać, już w chwili kręcenia filmu narodowość Laszlo nie miała szczególnego znaczenia politycznego, ale przyjrzyjmy się Laszlo jeszcze uważniej. Scenariusz "Casablanki" stanowi bowiem adaptację sztuki Everybody comes to Rick’s, napisanej przez Murraya Burnetta i Joan Allison – uwaga – w lecie 1940 roku, inspirowanej przeżyciami Burnetta z Wiednia z roku 1938. I pomimo wszelkich różnic pomiędzy sztuką, a scenariuszem, Victor Laszlo jest niezmiennie Czechem. Jakie względy polityczne miałyby się za tym kryć, to może wiedzieć już tylko Ziemkiewicz (w 1940 reputacja Polaków jako niezłomnych członków ruchu oporu to jednak żart pusty, raczej byliśmy postrzegani jako dyszący zemstą emigranci); dobrze, że nie uczepił się jeszcze tego, że Henreid był Austriakiem..

 

Henreid, Bergman, Bogart

Przy okazji może się pojawić pytanie, dlaczego Laszlo nazywa się Laszlo?:) Niewątpliwie, brzmi to zdecydowanie po węgiersku, a nie po czesku. Można to sobie tłumaczyć wspólną tradycją CK, można przypomnieć, że w Czechosłowacji żyła mniejszość węgierska. A być może to zwykła anglosaska dezynwoltura w sprawach odległych państw i narodów. Przypomina mi się bowiem inny, mniej znany Laszlo z kultury popularnej, trzecioplanowa postać z "Komandosów z Nawarony" Alistaira Macleana, pułkownik jugosłowiańskiego ruchu oporu, opisany jako syn Czecha z wysokich Tatr. Europa Środkowo-Wschodnia to jednak dla Zachodu jeden wielki Wild Wild East, od Dubrownika po Moskwę. I ostatnia uwaga – czy Laszlo miałby być Czechem, Węgrem, czy Polakiem, przecież w żadnym przypadku nie miałby na imię Victor, tylko pisałby się przez "k"..

Grunt to konsekwencja


Spośród różnych nauk wpajanych przez Rodziców, udało się Juniorowi przyswoić między innymi tę, że na łóżko pod zdjęciu narzuty nie wchodzi się w laciach. Dziś Ojciec stwierdził empirycznie, że Junior stosuje się do tej zasady nawet – można rzec – nadgorliwie:) Zdarzyło się bowiem, że w ciągu dnia Junior lacie zamoczył. Jako że jedne tylko posiada, a od posadzki nieco ciągnie, został zobowiązany do ubrania na nogi dodatkowych ciepłych skarpet. I kiedy szykował sobie wieczorem łóżko do snu, po zdjęciu narzuty nie wszedł na łóżko, póki nie rozstał się z tymi ciepłymi skarpetami, traktując je jako równoprawne laciom:)
Mała rzecz, a zawsze cieszy.

Samobój

Tym razem nie o sporcie:)

Kiedy przeczytałem o wojence Czumy juniora z Kataryną (Katarynem, czy jakiej to płci), serdecznie się uśmiałem, i na tym sprawę uznałem za zakończoną. Szczęka opadła mi dopiero, kiedy przed chwilą przeczytałem górnolotny komentarz Pawła Wrońskiego, który postanowił skorzystać z okazji dokopania konkurencji i przejechał się po Igorze Janke z Psychiatryka24. W mniemaniu Wrońskiego Janke chroniąc anonimowość Kataryn.. i przy okazji twierdząc, że w ten sposób broni wolności słowa , zapewne stawia wolność opluwania wyżej od godności opluwanych, tworząc przystań dla osób sfrustrowanych.

Straszliwe ciosy, w ustach etosowca. Ciekawe tylko, co sobie pomyśleli administratorzy Blox.pl, części portalu Gazeta.pl, na którym Kataryn.. prowadzi drugą kopię swojego bloga. O ile mi wiadomo, na ewentualne pretensje o podanie danych blogera (notabene wcale ich nie muszą mieć, moich nie mają:D) odpowiedzieliby uprzejmie, lecz stanowczo (i mogliby sobie przylepić epitety jak wyżej). No, ale Wroński zawsze może udawać, że do Agory na razie żaden list od Czumy nie przyszedł, więc problemu nie ma.

 

Ulica Nadbrzeżna – film

Dzięki uprzejmości TCM i VHS (ach, te skróty!) mam możliwość oglądania filmu Davida S. Warda popełnionego na podstawie – czy nawet na motywach – dwóch kochanych powieści Johna Steinbecka: Ulicy Nadbrzeżnej (Cannery Row) i Cudownego Czwartku (Sweet Thursday). Nie przeczę, wyszedł z tego wcale zręczny melanż, będący właściwie swingującą opowieścią o Docu i Suzy. Ma ten film swoje drobne słabości, będące wynikiem reżyserskiej wizji – Ulica Nadbrzeżna jest zbyt wybetonowana, a zbyt mało zielona (acz klimat trzyma fantastycznie), właściciel sklepu ma aparycję Josepha i Mary oraz usposobienie Lee Chonga (przez co jest właściwie nijaki i bardziej przypomina stereotypowego meksykańskiego sklepikarza z westernów), właścicielka "Niedźwiedziej Flagi" jest Fauną pod imieniem Dory, Mack i chłopaki nie mają swego Pałacyku i na dzień dobry zostali sportretowani niczym menele z Dworca Centralnego. Nie razi mnie większość dopisanych scen (było nie było brakuje tym dwóm powieściom fabularnego mięsa, żeby udźwignąć półtoragodzinny film). Albowiem – jak mawiał Doc – "każde zimne piwo jest dobre".

Ale jest jedna rzecz, której reżyserowi (i zarazem autorowi scenariusza) wybaczyć nie mogę (i nie chodzi o zrobienie z Hazela Murzyna, co jest historycznie absurdalnie). Nie wiem mianowicie, czemu miało służyć "rozpracowanie" Doca i dodanie mu sekretu z przeszłości, który jest przyczyną jego rezydowania na Ulicy Nadbrzeżnej. Jest to rzecz jasna niezdarne udzielenie odpowiedzi na pytanie Suzy "a kto by chciał tak żyć..", ale może przemawiać tylko do American people. Mnie razi straszliwie, zwłaszcza odkąd poznałem Rickettsa, który – jak książkowy Doc – żył tak, jak żył, bo po prostu lubił (uwaga na marginesie – w moim polskim wydaniu "Ulicy Nadbrzeżnej" brakuje dedykacji, którą znalazłem w oryginale: For Ed Ricketts who knows why or should).

Ale ogląda się i tak uroczo:) zwłaszcza że Nick Nolte jest niezłym Docem, a Debra Winger – niezłą Suzy.

Obosieczna klauzula sumienia

Przeczytalem dzisiaj, że Jacek Żakowski postuluje wprowadzenie do ustawy medialnej tzw. klauzuli sumienia, która zakazywałaby narzucania dziennikarzom wyrażania poglądów niezgodnych z ich sumieniem (pokłosie sprawy Hanny Lis). Mam nieodparte wrażenie, że inicjatywa – jak większość podejmowanych na gorąco – jest nieprzemyślana. Wystarczy sobie bowiem wyobrazić, że jakieś "dziecko Farfała’ odmówi podania na antenie informacji np. o wyroku w sprawie Alicji Tysiąc. Powołując się na klauzulę sumienia. Chyba nie o to chodziło.

Żeby było zabawniej, w tym samym wydaniu Madame Poniedziałek w swoim cotygodniowym komentarzu tradycyjnie posapuje z tragiczną miną, że "W Polsce lekarz ma więc prawo do odmowy zabiegu z powodu swoich poglądów lub wiary". No, ale może w przypadku dziennikarzy by jej mniej szkodziło?