Siadanki

Dzisiaj Junior strzela do Rodziców pytaniem:
– A z czego są siadanki?

Po namyśle Matka pyta o kolor „siadanek”. Odpowiedź jakoś ją naprowadza na właściwy trop. Juniorowi chodziło o ławki, na których siedziały dzieci w ogłądanej właśnie bajce:)
I znowu cieszy, ta kreatywność językowa.

W Dolomitach

Wiele już lat temu, dziewiętnaście będzie zaniedługo:) spędzałem trochę czasu we Włoszech. Byłem wtedy w kilku różnych miejscach, z Castel Gandolfo włącznie, ale najbardziej niezapomnianym punktem tej wycieczki był jednodniowy wypad w Dolomity. Pamiętam jak dziś, że pojechaliśmy najpierw do Cortina d’Ampezzo, a później podjechaliśmy autokarem gdzieś wyżej, zostaliśmy wpakowani do kolejki linowej i wyjechaliśmy nią na jakąś górkę; niestety, w rozgorączkowaniu umknął mi taki drobiazg jak nazwa tej góry:(( A później przeszliśmy się jeszcze kawałek po graniach i turniach, niezadługi niestety, po trzeba było całą wycieczkę (z ciężklich ceprów głównie złożoną) dowieźć z powrotem do autokaru, i ładnych parę kilometrów z powrotem na kolację i nocleg.

Pamiętam, że wtedy właśnie podczas tej wycieczki, robiłem pierwsze samodzielne serie zdjęć (dla młodzieży: cyfrówek wtedy jeszcze nie było, a i „głupie jasie” w pełni zautomatyzowane też jeszcze się nie zdązyły rozpowszechnić). Ponieważ to pierwsze filmy, to i zdjęcia nie takie, jak by się chciało, ale dwa udało mi się wybrać nie najgorsze:

Dolomity, Dolomiti (c) Bartoszcze 1990

Dolomity, Dolomity (c) Bartoszcze 1990

Jeżeli ktoś rozpoznaje te górki, absolutnie nie pogniewam się za pouczenie mnie, co to właściwie sfotografowałem:)

Jak się kiedyś nauczę obsługi GIMP-a, to może trochę te zdjęcia oczyszczę:) (albo wrócę do starego komputera i odkopię archaicznego, acz niezawodnego Micrografxa)

Poszukiwacze kąsających ciżemek

Zajrzałem dzisiaj sobie do Google Analytics, żeby sprawdzić, jakie to hasło przyciągnęło znienacka całkiem liczne (przynajmniej jak na zwyczaje tego bloga) grono poszukiwaczy. Przyznam, że wyniki zdrowo mnie zaskoczyły:) Nie było bowiem jednego zdecydowanego kandydata, za to całkiem sporo rozmaitych zaskakujących fraz, z których zdecydowana większość dotyczyła – w rozmaitych wariantach – pytania z Milionerów, o którym z dużą radością pisałem tutaj. Były więc wszelakie ukąszenia ciżemek, kierpców czy sabotów, w najrozmaitszych formach gramatycznych i z najrozmaitszymi błędami pisowni:) Zastanawiałem się przez chwilę, skąd się to wziąć mogło – być może w jakiejś komórkowej wersji Milionerów to pytanie akurat zostało przytoczone? Odpowiedzi pewnie nigdy nie poznam, ale przypomnienie tej anegdotki sprawiło mi sporo radości:)

Relacja na ślepo

W pierwszym gemie drugiego seta Agnieszka walczyła jak lwica w obronie małych. Lub niedźwiedzica. Obroniła dwa breakpointy, po czym skończyła gema takim smeczem, jakiego jeszcze nie widzieliście.
Ze statystyk, jakie podaje www.protennislive.com wynika, że Usia bije Isię w dwóch punktach: ilość breakpointów obronionych i ilość podwójnych błędów serwisowych.
Żeby nie było tak monotematycznie, to na korcie centralnym Ola Woźniak leje Kuzniecową. Naprzód, Ola, pomścij Agnieszkę za Paryż! To znaczy na razie Ola na razie prowadzi 2:0 w pierwszym secie.
Wygląda na to, że dzisiaj zamiast gryźć trawę, to raczej któraś z Radwańskich ją paliła.
Radwańska wygrywa. To zresztą żadna niespodzianka. Czas: 59 minut, 14 sekund, jeszcze zostało 46 sekund na prysznic.
Oglądanie na ślepo jakoś mi przypomina „Lot nad kukułczym gniazdem”, jak McMurphy i spółka oglądali finały baseballowe na wyłączonym telewizorze:)

Całość powyższej notki powstała jako kompilacja maili wysłanych do zczubaków w ramach relacji internetowej meczu Agnieszki Radwańskiej z Urszulą Radwańską na turnieju w Eastbourne. Nikt tego meczu nie widział na żywo (nie ma kamer, nie ma obrazu), więc obowiązywało hasło „pomóżcie nam wymyślać co się dzieje na korcie”. Głupie, nie?:)

Nowe święto

Niewątpliwie Juniorzym prawem (ba, może nawet obowiązkiem?) jest chłonięcie otaczającego go świata i przetwarzanie go zgodnie z Juniorzym rozumem. Ostatnio Rodzice wysłuchali rozważań nt. dni świątecznych, w których  pojawiło się w końcu pytanie:
– A kiedy jest święto bociana?
Ojciec już-już zaczynał w swym naiwnym umyśle poszukiwać czegoś nt. bocianich sejmików na świętego Bartłomieja, gdy w dalszym ciągu rozważań pojawiła się wskazówka:
– Przedwczoraj było święto bociana..

Pojęcie „Boże Ciało” na razie dla Juniora jest zupełnie niezrozumiałe. Wyciągnął więc z niego ukrytą treść (BOżeCIAło..) i zinterpretował po swojemu:D Ale co tam, bocianów nigdy dość..

bociany na gnieździe

Trener bierze udział w grze

Jedną z ulubionych fraz sprawozdawców futbolowych jest „sędzia nie bierze udziału w grze”, wypowiadana, kiedy piłka o mało co trafiłaby arbitra (i zmieniła w ten sposób  swój lot). Zerknąłem dzisiaj – w przerwie innych zajęć – na początek czwartego seta meczu siatkarskiej Ligi Światowej Brazylia-Polska. Po jednym z serwisów Bąkiewicza, źle przyjęta przez Brazylijczyka piłka leciała poza boisko. Inny z Brazylijczyków ruszył w pogoń, żeby ją podbić, i napotkał na swojej drodze przeszkodę w postaci własnego selekcjonera Bernardo Rezende (punkt dla Polski). Cóż, w końcu trener to nie sędzia, a siatkówka to nie futbol:) Ale i tak ten set, mecz i komplet punktów dla Brazylii.

Dodzwoniłem się!

Każdy słuchacz Trójki dobrze zna te teksty: „Ojej, udało mi się dodzwonić” czy „Pierwszy raz się dodzwoniłem”. Przeważnie padają w audycjach „Zapraszamy do Trójki”. Przyznam szczerze (wzmianka o jakiejkolwiek dumie byłaby przy tym przesadą), że mnie samemu dzisiaj też udało się dodzwonić do Trójki (kilka minut czekałem na linii, ale pierwszy raz w życiu w ogóle wskoczyłem do kolejki), ale powstrzymałem się od tych sakramentalnych tekstów, tylko wypowiedziałem się na temat, o który mi chodziło (i nawet po kilku minutach usłyszałem swoją wypowiedź na antenie). Ciekawscy słuchacze mogą zgadywać, na jaki temat się wypowiedziałem (i mniej więcej kiedy), jak trafią, to się przyznam:) (bonus  będzie taki, że będą wiedzieli, jak brzmi mój głos – oczywiście ze dwóch moich stałych czytelników i tak wie:D).

Ekstrawagancja wyborcza

Przed wyborami zastanawialiśmy się, czy w ogóle iść na te wybory, a jeżeli tak – to po co i na kogo najmniejszy strach oddać głos. Jak pisałem, w końcu poszedłem (z drugiej strony, bliskość z kościoła do punktu wyborczego na pewno pomaga w takiej decyzji:)).  I nad samą kartą popadłem w zadumę – choć właściwie byłem wcześniej zdecydowany – bo:
– partii rządzącej przydałby się sygnał, że nie powinna bezkrytycznie zakładać powszechnej akceptacji dla siebie,
– przy silnej prawej nodze trzeba wzmacniać lewą nogę, żeby utrzymać równowagę:) ((c) klasyk),
– partia rządząca nie do końca podziela moje poglądy w wielu sprawach, także europejskich (ale powiedzmy sobie szczerze, w 100% podziela je tylko partia jednoosobowa:))
– na jednej z list (dalej jako „Lista”:D) widniał kandydat nie gorszy, niż pierwotnie przeze mnie rozważany,
– wśród ugrupowań, które zgromadziły się na Liście, znalazła się ostatnia (dość żałosna już) mutacja partii, na którą niegdyś konsekwentnie głosowałem,
– Lista miała niewielkie szanse na osiągnięcie progu, więc nie groziło, że wepchnę do PE jakiegoś kretyna.
Oczywiście, liczyłem się, że może to być głos „zmarnowany”. Ale w końcu, gdybym nie zagłosował wcale, albo oddał nieważny głos, czy byłby on mniej zmarnowany?

Cóż. Według wszelkich danych, Genowefa Grabowska mimo mojego głosu nie znajdzie się w PE:) Moje samopoczucie, dziękuję, niezłe, z absolutnym brakiem poczucia porażki.

Highway to hell.. with hillbillies

Przyznam, że nigdy nie byłem fanem AC/DC – to znaczy zawsze z szacunkiem (bo się może skończyć źle), ale bez ekscytacji. Kiedy więc usłyszałem, jak przerabiają ich Hayseed Dixie (Balonik, dzięki stokrotne!!!), to byłem cały upłakany (słuchałem w samochodzie, więc dobrze, że ruch był niewielki). A kiedy jeszcze zobaczyłem klip do tego kawałka, wrzucony do jutuba, to uznałem, że jest pora złamać kolejną ze swoich zasad i wstawić klip bezpośrednio na blog:

 

Dla fanów na pocieszenie wersja bardziej kanoniczna🙂 Wybrałem pierwsze trafienie z Googla, nie mogąc się przy tym oprzeć myśli o Wielkiej Przewrotności Świata. To pierwsze trafienie pochodzi (jak nietrudno zauważyć) z koncertu w Arnhem z 1979 roku. 35 lat wcześniej koło Arnhem i dalej na południe trwała operacja Market-Garden. Kręgosłupem tej alianckiej operacji była szosa Arnhem-Eindhoven, która w późniejszej fazie bitwy była zaciekle atakowana przez Niemców (zwłaszcza na odcinku pomiędzy Nijmegen a Son). Broniący jej amerykańscy spadochroniarze nadali tej drodze nazwę Hell’s Highway..

 

Rumiankowe pole

Była sobie duża, dzika (nieuprawiana) łąka, na której trawa bujała wysoko. Rosła sobie z roku na rok, aż któregoś roku pojawiły się na niej maszyny budowlane i spory szmat zajęły dla siebie, przeorywując i zasypując. Na części zajętego przez maszyny terenu pojawiły się domki, na innym zostały góry wybranej pod domki ziemi. Góry później jakoś zmalały przy wyrównywaniu terenu na osiedlu, a potem maszyny znikły, zostało osiedle i skopana łąka. Ale że trawa niezłomną rośliną jest, to z nastaniem wiosny plac pobudowy zaczął się pomalutku zielenić, by z powrotem wybuchnąć łąką.

Ale gdy wszystko zaczęło rosnąć duże, pojawiła się różnica. Tam, gdzie wcześniej „rosła” największa góra, zieleń była znacznie ciemniejsza; z daleka widać było, że łąka tam już nie taka sama. Rosło, rosło, aż z końcu wybuchło bielą. Tam, gdzie maszyny najsilniej przerzuciły ziemię, nie ma już trawy. Jest wielkie rumiankowe pole, łodygą i na metr wysokie. Tyz piyknie. Bo w naturze mamy ciągły ruch, jak śpiewał Lech Janerka.