Przeczytałem właśnie, że wyrokiem Sądu Okręgowego w Szczecinie uznano, iż używanie w odniesieniu do homoseksualisty słowa „pedał” jest obraźliwe i stanowi (stanowić może) naruszenie dóbr osobistych. Cóż, do tej części wyroku nie mam większych zastrzeżeń, w „najgorszym” wypadku oznacza on redefinicję słowa „pedał”, lokując je jednoznacznie wśród obraźliwych (nie zamierzam tu rozwijać wątku, jakie inne określenia mogą być w konsekwencji uznane za obraźliwe – np. „część rowerowa”?). Dołączy do bambusów, czarnuchów i innych brudasów. Zdziwiło mnie jednak, to co znalazłem w opisie dalszej części tego orzeczenia, a mianowicie, iż pozwanej zakazano komentowania publicznie życia intymnego i orientacji seksualnej swojego adwersarza, oraz naruszania jego życia intymnego.
Zdziwiło, bo po pierwsze nie rozumiem, w jaki sposób słowem narusza się czyjeś życie intymne. Nie wynikało bowiem z opisu sprawy, aby sąsiadka była także w jakiś sposób wścibska, albo aby starała się przeszkodzić w zachowaniach intymnych.
Zdziwiło po drugie, bo nagle okazuje się, że życie intymne gejów, ich orientacja seksualna, z jednej strony jest dla nich czymś kluczowym w całym życiu – a z drugiej jest czymś, o czym nie wolno głośno mówić. To jaki jest sens coming outu, jeżeli natychmiast rzecz staje się tematem tabu? Na czym polega „duma gejowska”, jeżeli o istocie gejostwa nie wolno mówić (być może wolno mówić samym gejom, być może wolno chwalić – nie wiem, nie rozumiem). Uogólniając bowiem stan faktyczny, jeżeli sąsiedzi mówią o kimś „mieszka z młodą lafiryndą” czy „sprowadził sobie czarną”, to jest to niewątpliwie niekulturalne, ale czy stanowi naruszenie dóbr osobistych? Bo niczym się nie różnią od „przyprowadził sobie pedała”. Co się stało publiczne, może być publicznie komentowane, zostaje kwestia jak będzie komentowane.
Ale może te fragmenty orzeczenia dotyczą mało precyzyjnie opisanej części stanu faktycznego. Relacjom dziennikarskim ja zresztą z gruntu nie wierzę.
