Zakazany "pedał"

Przeczytałem właśnie, że wyrokiem Sądu Okręgowego w Szczecinie uznano, iż używanie w odniesieniu do homoseksualisty słowa „pedał” jest obraźliwe i stanowi (stanowić może) naruszenie dóbr osobistych. Cóż, do tej części wyroku nie mam większych zastrzeżeń, w „najgorszym” wypadku oznacza on redefinicję słowa „pedał”, lokując je jednoznacznie wśród obraźliwych (nie zamierzam tu rozwijać wątku, jakie inne określenia mogą być w konsekwencji uznane za obraźliwe – np. „część rowerowa”?). Dołączy do bambusów, czarnuchów i innych brudasów. Zdziwiło mnie jednak, to co znalazłem w opisie dalszej części tego orzeczenia, a mianowicie, iż pozwanej zakazano komentowania publicznie życia intymnego i orientacji seksualnej swojego adwersarza, oraz naruszania jego życia intymnego.

Zdziwiło, bo po pierwsze nie rozumiem, w jaki sposób słowem narusza się czyjeś życie intymne. Nie wynikało bowiem z opisu sprawy, aby sąsiadka była także w jakiś sposób wścibska, albo aby starała się przeszkodzić w zachowaniach intymnych.
Zdziwiło po drugie, bo nagle okazuje się, że życie intymne gejów, ich orientacja seksualna, z jednej strony jest dla nich czymś kluczowym w całym życiu – a z drugiej jest czymś, o czym nie wolno głośno mówić. To jaki jest sens coming outu, jeżeli natychmiast rzecz staje się tematem tabu? Na czym polega „duma gejowska”, jeżeli o istocie gejostwa nie wolno mówić (być może wolno mówić samym gejom, być może wolno chwalić – nie wiem, nie rozumiem). Uogólniając bowiem stan faktyczny, jeżeli sąsiedzi mówią o kimś „mieszka z młodą lafiryndą” czy „sprowadził sobie czarną”, to jest to niewątpliwie niekulturalne, ale czy stanowi naruszenie dóbr osobistych? Bo niczym się nie różnią od „przyprowadził sobie pedała”. Co się stało publiczne, może być publicznie komentowane, zostaje kwestia jak będzie komentowane.
Ale może te fragmenty orzeczenia dotyczą mało precyzyjnie opisanej części stanu faktycznego. Relacjom dziennikarskim ja zresztą z gruntu nie wierzę.

Jak ze Schlecka zrobić Szmyda

Niejedna dyskusja odbyła się już wokół tematu „czy Sylwester Szmyd wielkim kolarzem jest”. Niewątpliwie jest znakomitym, w kategorii „kolarz drugoplanowy”, i w dużej mierze jest to kwestia pewnego dokonanego wyboru między byciem „świetnym drugim”, czy „słabszym pierwszym”.
Media przyniosły wiadomość, że do nowo tworzonej grupy, Armstrong chce skaperować Andy Schlecka. Jak się słusznie przypomina, nie byłby to pierwszy taki manewr Armstronga. Kto z takich „wielkich pomocników” Armstronga wybił się później do grupy liderów?
Nie wiem, czego Schleck miałby się przez rok (bo Armstrong długo już nie pojeździ) nauczyć od starego mistrza (może poza tym, że wielkiego rywala najlepiej mieć po swojej stronie?). A rok będzie do tyłu. Zwłaszcza, że nie wiadomo, co w przyszłym roku będzie robić Contador, więc być może o spektakularny sukces będzie jeszcze łatwiej. A szkoda go na megawybitnego gregario.

Kubica w Renault?

Przeczytałem wczoraj, że Nelsinho Piquet jest już w Renault zagrożony.
Czytam od paru dni, że nie wiadomo, co będzie dalej z Massą po wypadku na Hungaroringu.
Od kilku tygodni powtarza się plotka, że Alonso już jest dogadany z Ferrari.
W tej chwili powinna trwać konferencja prasowa zarządu BMW, na której wg porannych spekulacji ma być ogłoszone wycofanie się BMW z F1.

Tak czy owak, przeprowadzka Roberta robi się coraz bardziej prawdopodobna (nie wróżę mu lotu prosto do Ferrari, bo jednak najpierw wezmą Alonso, być może zaczynając już od GP Europy w Walencji). Z Renault rozmawiał kiedyś jako zwycięzca [GP2] World Series by Renault, czyż nie?

Ścieg a’la Chrome

Trafiam ostatnio na dziwne zjawisko, którego przyczyn nie zamierzam zbytnio zgłębiać, a które właściwie bawi. Ilekroć zaglądam ostatnio na zaprzyjaźniony blog Airborella, przez środek ekranu leci taki oto dziwny wzorek, jak na załączonym obrazku:

Przez moment sądziłem, że to jakaś akcja protestacyjna, albo reklama, ale ani MSIE, ani Firefox takiego bajeru już nie pokazują:)

Cóż, nie mam na razie wielkie zaufania do Chrome, chociaż używam dość często – głównie dlatego, że podobno lepiej współpracuje z Gmailem – ale też ja tam kolosalnych różnic między przeglądarkami nie widzę. W tej chwili wszystkie już mają obsługę kart (paneli), a na namiętne dodawanie wtyczek jestem za stary:)

Nocnoautobusowa

Ta piosenka chodzi za mną od dawna. Właściwie odkąd zaczęła być nadawana w radio. A odkąd mam ją w laptopie, słucham coraz bardziej i bardziej.* 
Może to ostatnio jest trochę związane z rzeczywistością, w jakiej się znajduję, i myślach, które ta rzeczywistość niesie (o tym może popełnię notkę na jesieni).
W każdym razie tekst Kleyffa za każdym razem porusza i emocje, i myśli. Przy czym inaczej niż w przypadku większości piosenek bardów, tutaj mamy na dodatek rozwiniętą i znakomicie dopasowaną (nawet jeśli nie wybitną) warstwę muzyczną. 
Nie wiem, czy z perspektywy czasu, „Nocnoautobusowa” zostanie zaliczona do najważniejszych w polskiej muzyce, ale istotną już jest. 
Nie wiem, czy jest gdzieś legalnie do nabycia (inaczej niż z całą płytą), ale właściwie chętnie bym wymienił swoją wersję zripowaną z youtuba na w pełni legalną i opłaconą.

*Słucham na tyle bardziej, że dziecko zaczyna mi łapać tekst. Jak już mówi do mnie znienacka „kochana, kochana”, to nie mam ochoty, żeby za chwilę wypaliło „już kończy się wódka”:))

To już nawet nie smuci

Właśnie Wisła Kraków odpadła z eliminacji Ligi Mistrzów z mistrzem Estonii. Jak widać, wyłączenie emocji na hasło „polska piłka” ma coraz silniejsze uzasadnienie.

Zastanawiam się tylko, na ile winę za tę kompromitację (przynajmniej z punktu widzenia oczekiwań, bo „obiektywnej” oceny się tu nie da chyba przeprowadzić) ponosi Leo Beenhakker? Pytanie tak bardziej dla odreagowania, oczywiście. W końcu będzie od jutra na rynku młody polski, podobno zdolny, trener..

Honor zglobalizowanego robotnika

Przeczytałem rano przy śniadaniu tekst w Wyborczej (porządnej papierowej przyniesionej z kiosku, więc bez linka, bo szukać mi się nie chce) o tym, że Japończycy po dekadzie zamykają w Wałbrzychu fabrykę i przenoszą ją do Rumunii, bo koszty pracy niższe (i zwolnienia podatkowe w Polsce się kończą). Samo zjawisko ani dziwi, ani oburza, zareagowałem tylko na otwierającą reportaż wypowiedź robotnika:
„Przyjechali, wykorzystali nas i jadą dalej. Gdzie mają honor?”

Ciekawe, jak odpowiedziałby mu na to pytanie robotnik z irlandzkiej fabryki, którą zamknięto, żeby przenieść do Wałbrzycha. Ciekawe, jak odpowiedziałby ten polski robotnik na pytanie irlandzkiego robotnika sprzed dekady – gdzie miałeś honor, kiedy wykorzystali nas i pojechali dalej?

Za pewne za parę lat podobne pytanie zada rumuński robotnik, kiedy fabryka zostanie przeniesiona na Ukrainę czy do Albanii. I tak dalej, wtedy będą mogli połączyć się w solidarnym poczuciu, że ten japoński kapitalista nie ma honoru.

Śmieszne liczby

Kupiłem sobie dzisiaj – wobec narastającego przepełnienia starszawego już dysku twardego – dysk zewnętrzny o pojemności 500 GB za jedyne 299 zł (pewnie można taniej, nie szukałem zbyt długo, a 1TB uznałem za chwilowo zbędny luksus). I tak sobie spojrzałem w przeszłość:
– mój netbook ma dysk „tylko” 160 GB,
– mój desktop z zapychającym się twardzielem ma zdaje się dysk wielkości 16GB,
– pendrive’y, które mam w szufladzie (i czasem używam) mają 2 i 4 GB,
– desktop ma 1 GB RAM-u,
– przeciętna płyta CD-R mieści bezpiecznie ok. 650 MB,
– mój pierwszy pecet miał 80MB dysku twardego (pamiętam, że zainwestowałem wtedy w 4MB RAM, kosztem zwiększenia pamięci dyskowej), to był rok 1992; potem kiedyś ten dysk przerobiłem na przenośny:)
– dyskietka (mała) miała 1,44MB,
– stare poczciwe Atari miało 64KB RAM i magnetofon transmitujący z szybkością 600bitów/s..

Taaak. A kiedyś prawie wszystko wydawało się dużo (oprócz szybkości magnetofonu Atari, oczywiście).

Wszechobecna pleśń

Junior przyjął ostatnio manierę dość protestacyjną, a w każdym razie można to nazwać „konsekwentnymi próbami przeforsowania swojego stanowiska”. Jednym z niezmiernie interesujących argumentów w tej kampanii, jest odwoływanie się do zjawiska biologicznego, najczęściej uznawanego za niekorzystne (chociaż miłośnicy serów dojrzewających mają na ten temat pogląd odmienny). W zależności więc od tego, co się Juniorowi akurat nie podoba, można więc usłyszeć nie tylko, że „te kanapki są zapleśniałe”, ale także „te skarpetki są zapleśniałe”, czy nawet „to krzesło jest zapleśniałe” (nie spisywałem, niestety, wszystkich ładnych kwiatków, bo może wybór byłby jeszcze ładniejszy, a może i bardziej abstrakcyjny). Cóż, pozostaje przyjąć, że dzięki takim rozległym kontaktom z pleśnią w młodym wieku, Junior będzie bardziej na nią odporny w przyszłości:)
Camemberta w każdym razie jeszcze się nie odważył spróbować. Więcej dla Rodziców:)

 

Kind of Magic, Black Magic

No i proszę: tyle pary poszło w gwizdki, a Marcin Gortat co najmniej przez kilka miesięcy będzie nadal grał w Orlando. W Dallas pewnie klną w żywy kamień (bo jednak chyba rzeczywiście im MG pasował do koncepcji). A ja tak sobie myślę: tydzień temu Cuban i spółka stawali na głowie, żeby domknąć transakcję, w której – with a little help from Orlando – do Dallas trafił Shawn Marion, a Magic korzystnie zagospodarowali Turkoglu. W Orlando musieli się nieźle uśmiechać pod nosem domykając ten deal, spodziewając się, że za chwilę wytną Mavs numer. Nie wiem, czy czy postawienie sprawy kontraktu Gortata ze strony Cubana już wtedy byłoby wg przepisów NBA nielegalne, czy tylko w Dallas tak bardzo nie wierzyli w opcję wyrównania. Ale kto wie, być może spodziewając się takiego manewru, układaliby deal z kimś zupełnie innym. Orlando zrobiło to – jakkolwiek to tanio brzmi – magicznie. Chociaż raczej widziałbym w tym czarną magię:)