Wakacyjne plany zawiodły mnie tym razem – choć tylko tranzytowo – na drogi Dolnego Śląska. Na dobry początek przywitały nas one solidnym korkiem pod Wrocławiem – cóż, autostrada nie autostrada, święto nie święto, jak z powodu budowy węzła autostradowego zwęża się ruch do jednego pasa, to problemy gwarantowane, a liczba mniejszych i większych stłuczek i huknięć wśród czekających na przeciśnięcie się dodatkowe te problemy potęguje. (Swoją drogą, budowniczowie węzłów Sośnica i Murckowska jakoś potrafili uniknąć aż takich problemów – ale w sumie na Sośnicy od czasu do czasu ruch blokują całkiem, a przywołanie Murckowskiej jest trochę nie fair, bo tam jednak na autostradzie są de facto cztery pasy, którymi można ruch rozładować).
Przedarliśmy się przez korek, zjechaliśmy z autostrady na ordynarną drogę krajową, ordynarną w wielu znaczeniach. Początkowy odcinek od Kostomłotów do Strzegomia może bowiem być źródłem wielu traumatycznych przeżyć i zdecydowanie negatywnie nastawić jadących do całej sieci drogowej regionu. Niby droga krajowa, ale nawierzchnia nierówna, jakby cały holding węglowy kopał pod spodem. Obrazu nieszczęść dopełnia zapyziałe miasteczko (wieś?) Jaroszów, przywodzące na myśl najgorsze powojenne tradycje Ziem Odzyskanych, i zapraszające do siebie z obu stron drogi wystawy sztandarowego produktu regionalnego – nagrobków.
Stary Hitchcock mawiał, że na początku powinno być trzęsienie ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Tu na szczęście zadziałał mechanizm odwrotny – najpierw było estetyczne trzęsienie ziemi, a potem pomału zaczęło się uspokajać:) Już od Strzegomia jakość drogi zaczęła rosnąć (salony nagrobków też bywały efektowniejsze..), a kiedy w Bolkowie przenieśliśmy się z DK 5 na DK 3, zaczęło się robić wręcz przyjemnie. Zapamiętałem zwłaszcza bardzo dobrej jakości drogę we wsi Kaczorów, jak nic załatwili sobie w paru ostatnich latach:)
Niezaprzeczalnie odczuciom estetycznym zaczęła pomagać bliskość gór. Już od autostrady zaczynała zerkać Ślęża, a potem trzeba było sforsować Góry Kaczawskie. I kiedy za wspomnianym już Kaczorowem przejechaliśmy na drugą stronę grzbietu, doznałem uczucia tylekroć opisywanego we wspominkach górskich. Widok Gór Sokolich (jeśli dobrze zidentyfikowałem) na tle Karkonoszy był na tyle oszałamiający, że najchętniej bym się tam zatrzymał, usiadł, i patrzył (niestety, rozkład jazdy nie przewidywał tego rodzaju ekstrawagancji:( zresztą i tak nie było gdzie zaparkować..) A sama droga, żeby wrócić do tematu, zasłużyła sobie w pewnej chwili nawet na komentarz „no właściwie już jak w Austrii”, co chyba jest wystarczającą pochwałą.
W charakterze postscriptum: wariant alternatywny dla odcinka Bolków-A4, wiodący DK3 przez Jawor, jest tylko ciut lepszy. Nie ma bowiem nic równie traumatycznego jak odcinek Kostomłoty-Jaroszów, ale wysoki standard ma tylko odcinek przeskakujący grzbiet za Świnami, a sam wyjazd z Bolkowa każe zadać pytanie, czy nie pomyliło się drogi. Poza tym na najwyższe oceny w kategorii „osobliwość” zasługuje skrzyżowanie na wyjeździe z Jawora, kiedy droga krajowa DK3 okazuje się nagle podporządkowaną (z solidnym czekaniem!) wobec drogi wojewódzkiej..