Straż miejska

Ostatnio Matka – zmuszona okolicznościami (nie, nie miało to związku z żadną próbą nałożenia mandatu ani nic z tych rzeczy) – tłumaczyła Juniorowi, co to jest Straż Miejska. Junior stwierdził, że rozumie, ale Ojciec ma co do tego pewne wątpliwości, po tym jak dzisiaj rano usłyszał monolog Juniora:

– Straż miejska… karetka miejska.. policja miejska..

Jesienny powrót Milionerów

Jesienna ramówka oznacza zwykle nowości, choćby w formie nowych odcinków starych programów (czasem też zniknięcie jakichkolwiek odcinków starych programów, ale o tej frustrującej okoliczności przy innej okazji). Kiedy w piątek zajrzałem o programu na cały tydzień, w sobotnim harmonogramie TVN nie znalazłem o zwykłej porze „Milionerów” (w wakacje zawieszonych, jak zwykle). Zdziwiłem się więc bardzo przyjemnie, kiedy ich zobaczyłem w niedzielę:)

W każdym razie, program wrócił. Widać, że walczy trochę o swoje miejsce, bo dwie innowacje odnotowałem. Po pierwsze, kwota do wygrania w konkursie dla telewidzów wzrosła do 10 tysięcy (nie wiem, czy pytania dla telewidzów trudniejsze, bo jakoś mi w pamięci nie utkwiły).  Po drugie i ważniejsze, naruszono świętość formatu:) i zastąpiono tradycyjny „telefon do przyjaciela” nowym kołem ratunkowym – oficjalnej nazwy nie powtórzę, ale coś jakby pytanie do eksperta (muszę kiedyś spokojnie obejrzeć od początku). Dzisiaj za eksperta robiła Kazimiera Szczuka, nawet się jej udało pomóc, nie wiem jak to będzie dalej, zobaczymy.

A mocno rozbawiło mnie pytanie, co robi masztalerz: podaje talerze, dogląda koni, a może przylatuje z kosmosu?:)

366

Tytuł tej notki jest zarazem jej kolejnym numerem na blogu:) Oznacza to, że gdybym od zarania bloga pisał jedną notkę dziennie, to właśnie docierałbym do jego urodzin. Ale że piszę mniej, to urodziny przypadły dużo wcześniej🙂

A czy zauważyliście, że 366 (czyli liczba dni w roku przestępnym) to 10 x temperatura ludzkiego ciała? Co wynika z tej zależności, która nie może przecież być przypadkowa?

Ta notka jest jedną z tych, dla których zastanawiam się nad stworzeniem w blogu kategorii „Absurd”. To czasem taki wentyl bezpieczeństwa jest.

A teraz idę oglądać pokłady narodowej traumy po wczorajszym meczu:)

Nie bądź taki Hiszpan

W trakcie meczu nieraz wyrywało się z ust pytanie, dlaczego koniecznie muszą próbować wykonać to ostatnie podanie pomiędzy dwóch-trzech obrońców, przeciskając się środkiem – kiedy najgroźniejsze akcje (i w sumie najpiękniejsze) wychodziły im, kiedy któryś urywał się skrzydłem, ale nie dla banalnej wrzutki (czy ktoś policzył te wybite dośrodkowania?), tylko szukając wtedy groźnego podania. Doprawdy, można było pomyśleć, że traktują Irlandczyków jako ten futbolowy Trzeci Świat, że oczekują, że piłka sama za chwilę wpadnie do bramki. A ta, co za pech, nie chciała.

Powyższy akapit przekopiowałem w całości z notki, którą trzy miesiące temu poświęciłem meczowi Hiszpania-USA na Pucharze Konfederacji (zmieniając tylko „Amerykanów” na „Irlandczyków”). Miałem bowiem pewne uczucie deja vu oglądając mecz w Chorzowie. Co do pomysłu na grę, nie co do wykonania – żaden Hiszpan nie głupiałby mając piłkę i miejsce na 30-40 metrze.

A swoją drogą, konsekwencja red. Szpakowskiego w dopowiadaniu „zawodnicy z Irlandii Północnej” po słowie „Irlandczycy” była godna podziwu. Ciekawe, czy tak samo poprawiałby się w meczu Korei. Którejkolwiek. Ale wolę nie sprawdzać.

Wyrównującego gola zawdzięczamy Stadionowi Śląskiemu. Parę minut wcześniej pomyślałem, że upadek polskiego futbolu może mieć niejedno imię i formę, ale magia Stadionu powinna się obronić. Jej jednak też trzeba pomóc.

Łososiowa śmieciarka

Nie bez zdziwienia słucha Ojciec o poranku zabawy Juniora z Matką, będącej kolejną mutacją zabawy „o Oplach„. Tym razem uczestnicy licytują.. kolory śmieciarek. A więc śmieciarka zielona, czerwona, niebieska, żółta, różowa, fioletowa, granatowa.. Ojciec wymiękł, kiedy usłyszał tytułową łososiową:)

Ojciec rozumie, że każda forma edukacji przez zabawę jest pozytywna, zwłaszcza jak jest kreatywna. Ojciec pojmuje zamiłowanie Juniora do śmieciarek, jako było nie było rodzaju samochodów:) Ale Ojciec raczej zaprotestuje, jeżeli pojawią się plany tworzenia kolekcji śmieciarek, nawet różnokolorowych.

Prawie jak Wunderteam

 
Sformułowanie „prawie jak ..” za sprawą pewnej serii reklamowej nabrało mocno ironicznego posmaku. W tej notce dokonuję jego małej rehabilitacji:) ponieważ wyczyny polskich lekkoatletów na mistrzostwach świata w Berlinie są* imponujące.

Nie śledzę ostatnio zbyt uważnie doniesień z bieżni czy skoczni, więc nie do końca wiem, czego po naszych sportowcach się w tej mierze spodziewać. Fakty są jednak takie, że na dwa dni przed zakończeniem mistrzostw*, mamy już siedem medali (nie licząc tych, co o włos – tylko w piątek dwa czwarte miejsca). Pomijam czynnik szczęścia (wszak dublet w tyczce to jednak w głównej mierze zasługa carycy Isinbajewej, i nie wiem, na ile Sylwestrowi Bednarkowi w sukcesie pomogła pogoda), który może wszak działać w obie strony (jak niewiele brakowało do złota Majewskiemu czy Małachowskiemu). Ważne jest, że dobre występy są w wielu konkurencjach (regularne występy w finałach), i że towarzyszy im bicie rekordów, choćby osobistych. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami [które i tak raczej tym razem zawiodły], brakuje nam dobrych zawodników w biegach, zarówno tych krótkich, jak i tych długich. I dlatego, niestety, porównania do złotych czasów polskiej lekkiej atletyki nie mogą się obejść bez słowa „prawie”, chociaż właśnie bez ironizowania. Chyba będzie z tego pociecha i rozwój na przyszłość, chociaż wciąż triumfalizm byłby przedwczesny.

*dedykacja dla Albiceleste10:) – tę notkę pisałem – z dala od Internetu – jeszcze w trakcie berlińskich mistrzostw, przed rekordem Anity Włodarczyk, ale jej opublikowanie mogło poczekać bez szczególnego uszczerbku 

Czeski Raj, śliwkowy raj

Czeski Raj to górki niezbyt wielkie, ale bardzo przyjemne. Mniej więcej jakby wziąć nasz Góry Stołowe, nieco jeszcze urozmaicić i zredukować do rozmiarów Beskidu Niskiego (w pionie). Skałki, strome zbocza, lasy mieszane, strumyczki, wioski, zamki lub ich ruiny.. A do tego wszystkiego wszechobecność drzew owocowych, zarówno w ogródkach, jak i wzdłuż dróg i drożyn. I najwięcej śliw. Drzewa obsypane (choć do pory zbiorów jeszcze czas), pod drzewami spadłe owoce. Prawie raj; prawie, bo zawsze jest jakaś łyżeczka dziegciu – tu, niestety, do tych owoców, zarówno spadłych, jak i dojrzewających, lgną osy, czasem stadami. Ale cóż, gdybym tu mieszkał na stałe, jakoś bym to przeżył.

Siła autorytetu

Wielokrotnie na spacerach Junior przechodził koło rozmaitych placów budowy, na których robotnicy wygłaszali łacińskie sentencje o krzywiźnie zakrętu lub ody do cór Koryntu. I pomimo że Junior potrafi chłonąć zasłyszane zdania jak gąbka, nigdy tego w domu nie powtarzał. Ale kiedy odwiedziła go Ulubiona Kuzynka, starsza nieco, i wypsnęło się jej „o kurde”, to powtarza jak najęty.
Można by to uznać za przypadek, ale w niedługim odstępie zasłyszałem dwie podobne opowieści. Chrześniak mój również wielokrotnie miał kontakt słuchowy z łaciną robociarską, ale kiedy pierwszy raz użył brzydkiego słowa, to wyglądało (z okoliczności), jakby powtórzył coś przypadkiem zasłyszanego od bliskich. A i dzieciak znajomego, powtórzył „o fak”, jak mawia jego ojciec, kiedy mu się wydaje, że dziecko nie słyszy:)
Jednak dla dziecka ma znaczenie, od kogo co usłyszy. Przynajmniej dla czterolatka.

Telewizja Koberovy

Kiedy właściciel wynajmowanego domku w wsi Besedice (gmina Koberovy, koło miasteczka Żelezni Brod) przekazywał nam klucze i po wszystkim oprowadzał, był prawie zasmucony, że w telewizorze ani w odbiorniku TV-SAT nie ma zaprogramowanych żadnych polskich stacji (ja wyglądałem w każdym razie na mniej zasmuconego od niego). Cóż, gdyby były pewnie nie przeleciałbym wszystkich kanałów i nie odkrył czegoś fascynującego.

Trafiłem mianowicie na lokalny kanał gminny. Mówienie o tym per telewizja zakrawa prawie na nadużycie, bo z technicznego punktu widzenia to tylko zbiór plansz, pokazywanych w cyklu zamkniętym (coś jak kanały techniczne operatora). Ale sprawiało to wrażenie niesamowitej autentyczności. Można się było dowiedzieć, że ochotnicza straż pożarna także w wakacje organizuje ćwiczenia dla małych dzieci, przypomnieć sobie, kiedy otwarta jest biblioteka gminna i dowiedzieć się, jakie są w niej nowości wydawnicze, zapoznać się z gminnymi ogłoszeniami o dostępności działek, sprawdzić ważne numery telefonów (standardowe i VOIP) oraz daty wywózki segregowanych śmieci, zakarbować sobie, że puszczanie psów luzem jest niezgodne z przepisami.. Nie brakło też ogłoszeń o możliwości nabycia okien drewnianych ani reklamy lokalnego instalatora wod-kan.

Nie wiem, czy to było realizowane w ramach jakiejś gminnej/okolicznej kablówki, czy jak, ale przed wszystkim chciałbym sobie wyobrazić realizowanie u nas tego rodzaju pomysłu. Raczej każdy wójt, o wyższych szarżach nie wspominając, uznałby to za niepraktyczną fanaberię. Nie wiem, ilu ludzi w okolicy naprawdę ten kanał ogląda, ale szczerze go zazdrościłem. Ale też może w większym skupisku ludzkim, ilość treści przytłoczyłaby możliwości percepcji adresatów, i dobra strona internetowa wystarczy?

Impresje z prywatnej kolekcji

Dzisiaj w samochodzie słuchałem „Prywatnej kolekcjiMariusza Wilczyńskiego. Powaliła mnie ukraińska kapela 5’nizza (naprawdę myślałem, że piszą się banalnym Pyatnitsa:D), która zagrała rap po rosyjsku (może to był hip-hop, nie będę się spierał). Jajcarze są wszędzie i to zawsze dobra wiadomość.

Tradycyjnie „Prywatna kolekcja” zaczęła się od „Co w mowie piszczy” dr Katarzyny Kłosińskiej. Kiedy słuchałem fascynującej jak zwykle opowieści o niuansach i zagadkach polszczyzny, tym razem m.in.* o kształtowaniu nazwisk typu „Wierzbięta” od imienia czy przydomku ojca (chłop-chłopię-chłopięta, kot-kocię-kocięta, Wierzba-Wierzbię-Wierzbięta etc.), nie umiałem się oprzeć złośliwemu pytaniu, czy tak samo utworzono zwisko Podbipięta (może na Żmudzi mówiono na coś „podbip”, brac’iaszku?). Cierpliwie czekam przy tym na rozwiązanie zgłoszonego Pani Doktor problemu, ale wyraźnie napisała, że ma duuuużo tematów do omówienia. Swoją drogą od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie wprowadzenie na blogu kategorii „Język”, ale pomysłów człowiek ma dużo, wielu już na tym blogu zaniechałem:)

*Nieodmiennie mnie bawi, kiedy edytory rozpoznają skrót „m.in.” jako rodzaju adresu hipertekstowego:D

Jak widać z blogowaniem jak z wszystkim – czasami człowiek musi, inaczej się udusi:)