Zagadnieniem ogłaszania żałoby narodowej w ostatnich czasach już się raz zajmowałem, więc było dla mnie absolutnie przewidywalne, że po tragedii na kopalni „Śląsk” (chrzanię aktualną oficjalną nazwę, „Wujek” to „Wujek”, a nie szyb w Rudzie) taka żałoba również zostanie ogłoszona. Ciekawiło mnie tylko, kiedy, od kiedy i na ile? Kiedy więc zobaczyłem na teletekście szczegóły decyzji, byłem aż pozytywnie zaskoczony. Pan Prezydent zarządził bowiem żałobę dopiero od poniedziałkowego świtu, dzięki czemu wszystko, co zostało zaplanowane na weekend, może się odbyć bez obaw o łamanie prawa. Oczywiście przebieg imprez zapewne nie pozostanie bez wpływu rudzkiego dramatu, ale chociażby katowicka faza finałowa Mistrzostwa Europy w koszykówce może się spokojnie odbyć. Wyrazy uznania, Panie Prezydencie – aczkolwiek lojalnie uprzedzam, że Pana szans wyborczych to u mnie nie zmienia ani na jotę.
Rudy błysk
Wczoraj popołudniu Ojciec podjechał pod dom Dziadków. Kiedy zatrzymał samochód, spostrzegł ognistą plamę pod drzewem. Plama jak błyskawica skoczyła z ziemi na pień drzewa, trzymając w pysku zebrany z ziemi orzech włoski.
Zeszłej jesieni Juniorowi zdarzyło się już wypowiadać o wiewiórkach. Pamiętam też, że wypowiadał się również na temat wiewiórek grasujących koło orzecha Dziadków – stwierdzil, że Dziadkowie nie będą mieć orzechow na zimę, bo:
„Wiewiórka zjadła. A babcia nie wyszła i nie powiedziała: nie jedz, wiewiórko.”
Tym razem wiewiórka uciekła, nie czekając na zrobienie jej zdjęcia. A śliczna była, bestia. Cóż, przynajmniej Dziadkom zostanie trochę orzechów:)
Względność czasu w Radomsku
Sprawy zawodowe zawiodły mnie dzisiaj do miasta Radomska. Miałem chwilę czekania, siedziałem na korytarzu i obserwowałem tablice świetlne zawieszone nad drzwiami wejściowymi do poszczególnych sal (a było ich tam trzy). Oprócz przepływającej informacji o numerze sali (taki wodotrysk, if you know what I mean), wyświetlała się godzina. W jednej sali była 10:57, w drugiej 10:58, w trzeciej 11:01. Einstein by osiwiał na ten widok:)
A po drodze z Radomska obserwowałem handel przydrożny. Gdzieniegdzie oferowano ziemniaki na worki (być i może i w mniejszej ilości), w każdym lesie wyrastały gromady wędrownych sprzedawców grzybów (najpierw wędrowali, potem sprzedawali). Przy skrzyżowaniach z bocznymi dróżkami panienki w kusych spódniczkach oferowały zapewne tradycyjne dobra niematerialne. Nie zatrzymywałem się przy nikim.
Sportowy głód
W ciągu jednego dnia mieliśmy dwa finały wielkich imprez: finał US Open kobiet i finał ME w siatkówce mężczyzn. Skład obu finałów był zaskoczeniem, a w opisach zwycięzców stale pojawia się słowo „głód”.Oczywiście nie w sensie fizycznym, ale głód sukcesu. Wygrywali ci, którzy byli głodni zwycięstw, którzy ich wręcz pożądali – bardziej niż inni. Tak samo przy okazji tegorocznego finału NBA powtarzano, że Bryant i jego Lakers byli głodni tytułu, a Magic właściwie nasycili się mistrzostwem konferencji.
Dziś w nocy zobaczymy, kto okaże się silniejszy – znów nienasycony, acz rekordowo obładowany trofeami Federer, czy głodny pierwszego sukcesu Del Potro. A na razie, uszczęśliwiona matka:

Gratulacje!
Nie chwal dnia przed zachodem słońca..
..mówi stare przysłowie. Wczoraj się sprawdziło jak ulał. Włączyłem sobie wieczorem na chwilę półfinał Rosja-Francja, patrzę na wynik i z opadniętą szczęką mówię (trochę trudne) „O żesz! To wygląda na to, że taka mocna miala być ta grupa stambulska, a tu nikt ze stambulczyków nawet seta w półfinale nie urwie!” (było 17:13 dla Francji w trzecim secie).
No i właśnie – zaraz się zrobiło 17:17, potem Rosjanie obronili seta (i taki fajny mem mi zepsuli..), rozbili Francuzów w czwartym secie i zabrali się do rozbijania Francuzów w piątym. I nagle oddali czteropunktową przewagę. Dwa meczbole jakoś obronili, ale własnego nie mieli.
Jakoś mi się przypomniały polskie tradycje przegrywania meczów, w których prowadziliśmy 2:0 i wysoko wygrywaliśmy w secie trzecim. Nawet sobie pomyślałem, że może to ogólnie słowiańska cecha, ale Rosjanie w pamiętnym meczu z Polakami prowadzili w trzecim secie tylko 10-8, kiedy wchodził Szymański. Ale w każdym razie trudno to tłumaczyć kobiecą psychiką🙂
A swoją drogą, widać w wynikach, że „polska” grupa była słaba tylko nominalnie. Z grupy A dwie drużyny w finale, a trzecia na miejscu 5 albo 6, nie umiem teraz znaleźć jak sklasyfikowano Serbów i Niemców.
Obrona Badoera
Doświadczony kierowca wyścigowy i testowy Luca Badoer, zebrał straszliwe cięgi, kiedy zastąpił kontuzjowanego Massę w bolidzie Ferrari. Na tyle źle mu szło, że Ferrari ogłosiło casting na kolejnego zastępcę, wygrany przez Giancarlo Fisichellę, opromienionego właśnie zdobyciem pierwszego podium (i zarazem pierwszych punktów) dla Force India (przegrywając wyłącznie z Raikkonnenem z Ferrari właśnie). Efekt? Na treningach przed GP Włoch na Monzie, Fisichella jeździ słabo, a bryluje jego ex-kolega Adrian Sutil z Force India (ba, lepszy jest nawet następca Fisichelli – Vitantonio Liuzzi). Wygląda więc na to, że problem Badoera nie był tylko problemem własnej niekompetencji, ale w głównej mierze niekompatybilności z samochodem, przygotowanym i ustawionym dla zupełnie innego kierowcy (pamiętajmy o zakazie testów w trakcie sezonu!). Pozostaje się więc cieszyć, że Robert Kubica został w BMW, bo jak nic jego byśmy oglądali w roli czerwonej latarni w czerwonym bolidzie.
Ale wszystko sie naprawdę okaże w kwalifikacjach.
DOS rulez!
Zdarzyła mi się rzecz przykra i wstydliwa – dopuściłem do zawirusowania systemu. Zaprzągłem więc do pracy odpowiednie programy – avast! i Avira co do zasady poradziły sobie ze szkodnikami (ja im trochę pomagałem grzebiąc w Sieci za dodatkowymi poradami); kiedy jednak uznały, że kończyły, stwierdziłem, że wcale nie jest w porządku: dyski nie chciały się otwierać z poziomu „Mój komputer” i musiałem używać pełnego interfejsu Eksploratora, żeby do nich zajrzeć. Dalsze poszukiwania w sieci naprowadziły mnie na trop pozostawionego przez szkodniki paskudztwa pod tytułem autorun.inf, który zamelinował się jako plik ukryty i blokował otwieranie dysków. Paskudztwo jednocześnie uniemożliwiało uruchomienie widoku plików ukrytych, więc pomyślane było nie najgorzej.
I wtedy odezwała się ukryta głęboko żyłka starego pececiarza (weterana poprzedniego tysiąclecia): przecież musi się dać ręcznie zrobić! Odnalazłem właściwe polecenie „Uruchom cmd” i pokazał się przyjaźnie znajomy ekran trybu MS-DOS. A potem już było prosto:
dir /a:h [there you are, mothafucka!]
attrib mothafucka [patrz, panie dziejku, i systemowy, i ukryty, i tylko do oczytu]
attrib -r -h -s mothafucka [już ani, ani, ani]
dir [a teraz cię widzę jak na dłoni]
del mothafucka [hasta la vista, baby]
dir [Czysto!]
I system wraca do normy.
Współcześni spece od HiJackThis i podobnych (szacun!) zapewne pokiwają głową z politowaniem nad używaniem takich metod zegarmistrzowskich (majzel i młotek), ale ja lubię rozwiązać pewne problemy samemu, a poza tym oprogramowanie jednego z moich komputerów nie jest już kompatybilne z ich nowoczesnymi programikami:)
Polska jesienna depresja
Tegoroczna jesienna depresja będzie o tyle głębsza, że nie będzie nadziei na letnią dawkę południowoafrykańskiego słońca. Ale to niepotrzebne umartwianie się, bo w Południowej Afryce przełom czerwca i lipca to czas najkrótszych dni w roku:)
Ile farta ma Castellani?
Raul Lozano na początek miał farta. Korzystny układ grup na MŚ, Szymański w pojedynkę odmieniający losy meczu z Rosją, szczęśliwe losowanie półfinału, i srebro było w kieszeni. Potem bywało już nie tak dobrze, a na do widzenia zabrakło szczęścia w decydującym momencie olimpijskiego ćwierćfinału z Włochami.
Castellani – wydawałoby się – zaczął mniej szczęśliwie, bo od plagi kontuzji, a wyniki w Lidze Światowej były miejscami zawstydzające (pamiętając, że wystawiał tam młodzież). Układ grup na ME ma szczęśliwy, więc w pierwszej rundzie nic właściwie naszej drużynie nie groziło, natomiast już w drugiej rundzie zaczęły się schodki – dwa mecze wygrane na przewagi w tie-breakach, i w obu tych meczach objawiła się ta jakże dobrze znana nagła niemoc, po której wygrane – zdawałoby się – partie robiły się przegrane. Na szczęście w obu tie-breakach udawało się w kluczowym momencie obronić przed porażką. Niemniej patrząc na sposób gry w ostatnich meczach, zwłaszcza pod względem psychicznym, mam obawy przed meczami z Rosją czy Bułgarią. I znowu pomóc może szczęście, bo wylosowanie w półfinale przeciwnika ze swojej grupy, da znacznie większą szansę na medal.
Ile więc tego farta ma Castellani?
PS. O 20.40 w TVP2 House (stary, ale zawsze). Powinno być ciekawiej, niż w relacji z Mariboru.
Rozumiem Mariusza Szczygła
Mariusz Szczygieł pisze o sobie, że jest czechofilem (na marginesie: muszę pożyczyć od rodziców jego Gottland, który sam im kiedyś kupiłem, i nie przeczytałem). Po tygodniu spędzonym w Czechach myślę, że go rozumiem. Melodia języka zawsze mi pasowała (pozdrowienia dla Olka, nawet jeśli nie przeczyta), a pogodność Czechów wydaje się niemal zaraźliwa. Siedzę sobie wieczorem w gospodzie przy piwie z kiełbaską czy hermelinem (tak, to też trzy z czeskich plusów) i słucham, jak od lewej do prawej od stolików dobiega gromki, serdeczny śmiech.
A w ostatni dzień pobytu, w ciągu dnia wybraliśmy się na dłuższy spacer. Po drodze przyuważyliśmy pod jednym domem zgromadzenie odświętnie ubranych ludzi, udekorowane samochody – ewidentnie wszyscy czekali, aż młoda para wyjdzie z domu i uda się na ceremonię. Wieczorem wyszedłem z psem na ostatni spacer i zaszliśmy aż do gospody, na ostatnie piwo. I cóż widzimy w ogródku przed gospodą? Ano panna młoda (po sukni wnioskując) siedzi z innymi przy piwie i radośnie się śmieje. Pan młody się po jakimś czasie też zmaterializował – limuzyną marki Skoda:) – i dołączył do kompanii. Wyobrażacie sobie coś takiego u nas? . Ja jakoś nie.
Może to trochę pozorny obraz (minuski na pewno bym znalazł, ale gdzie ich nie ma), ale mnie się podoba. Na razie wracam do domu, ale kto wie, czy paru urlopów w przyszłości też nie spędzę w Czechach. Opcji w każdym razie jest tu dużo.