Jogurt o smaku bułki z bananem

Rzuciła mi się w oczy w TV reklamówka jakiegoś produktu nabiałowego (nawet gdybym zapamiętał jakiego, to i tak bym nie napisał, nazwijmy go umownie jogurtem). W reklamiej tej dzieciak (jak ja nie lubię reklam wykorzystujących dzieci..), ośmiolatek bodajże, ma tradycyjnie jakieś marzenia, wykonuje podskok, nawet maluje sobie jogurtem wąs pod nosem. A potem pojawia się Matka Mistrza opowiadająca, że ona zawsze chciała dla dziecka tego co najlepsze i dawała mu odpowiedni produkt nabiałowy. Tak z grubsza, bo widziałem raz i nie uczyłem się na pamięć.

No i tak się zastanawiałem – z wiadomych względów – jaki to mógł być jogurt? Jak w tytule? Bananowy zagryzany bułką? Czysty zagryzany bułką i bananem? Aha, dla przypomnienia: w latach dziecięcości Mistrza z Wisły, w sklepie nie było bananów:) (aczkolwiek smakowe serki homogenizowane już chyba tak).

Mistrz Jenson

Do rozpoczęcia GP Brazylii zostało półtorej godziny, do zakończenia – trzy do trzech i pół. Obejrzałem dane co do ciężaru bolidów sygnalizujące taktykę, i zaryzykuję twierdzenie, że tytuł mistrzowski rozstrzygnie się dzisiaj. Barrichello nie ucieknie na tyle daleko, żeby po tankowaniu nie stracić kilku pozycji, i nie zdobędzie pięciu punktów, zresztą na tym torze nigdy mu rewelacyjnie nie szło. Szanse Vettela są iluzoryczne już po Q1. Gdzieś niedawno napisałem w komentarzu, że w ostatnich latach to Interlagos rozdawał tytuły mistrzowskie, i tego samego się spodziewam w tym roku. Ale oczywiście każda seria może mieć swój koniec, a Pani Fortuna w ostatnich latach lubiła nam zapewniać emocje do ostatniego zakrętu. Na razie sprowadza deszcz, który może zamieszać wszystkim dokumentnie. Mmmmm. Już widzę te poślizgi:)

Psu na budę się zda

Uroczy, stary idiom. Każdy miewa w domu sporo rzeczy, które do niczego się już pewnie nie przydadzą. Np. stare, przetarte spodnie – co tu z nimi zrobić, wyrzucić od razu, bo nawet dla bezdomnych i ubogich się nie przydadzą?

Junior od jakiegoś czasu ma ukochanego pluszowego pieska Pluto (tak, na wzór Disnejowski). Najpierw Matka dorobiła mu do Pluta smycz, dzięki czemu Junior może go wyprowadzać na spacery (może nie teraz, ale jak było sucho i ciepło, to nosił go dzielnie). Teraz zrobiło się zimno i mokro, to Pluto nagle zapotrzebował własnego kąta. I z czego go tu zrobić? Powyciągała Matka różne różności, między innymi stare spodnie Ojca. Nadały się psu na budę, a co.

A w formie puenty dopowiem, że Pluto „zaprosił” do budy inne pluszowe futrzaki, jakby na parapetówę. Potem Pluto poszedł spać do Juniora do łóżka, a goście.. zostali w budzie.

 

Disney Pluto

A może to i dobrze, że nie mieliśmy szans..

Eliminacje przegraliśmy już wcześniej, formalnie w ostatnią sobotę, faktycznie.. to pewnie w Bratysławie (może w Belfaście), więc wczorajszy mecz w Chorzowie był bez znaczenia. Tak sobie myślę: jakby tak od tego meczu miał zależeć awans, to groziłoby to jakąś poważną awarią układu krążenia. Ta gra „o zwycięstwo” w śnieżycy, ten samobójczy gol na początku meczu (drwiący komentarz „Gancarczyk do ataku” wcale nie był pozbawiony sensu), te niewykorzystane sytuacje za sprawą indolencji własnej lub wyczynów Muchy, ten o mało co karny w doliczonym czasie gry.. Na szczęście można było patrzeć bez wielkich emocji (odgadując tok akcji po ruchach piłkarzy, bo piłki nie było widać – kolejny przyczynek do spotkania z NFZ), jak już się patrzeć zaczęło.

Zapamiętamy na pewno ten mecz-kuriozum (kiedy widzieliście mecz polskiej reprezentacji w takich warunkach pogodowych, żeby na tym poprzestać?), ja osobiście rad jestem niezmiernie z jednego momentu. W pierwszej połowie (widziałem powtórkę w przerwie) Mariusz „Motywacja” Lewandowski całkiem ładnie przymierzył trafiając w poprzeczkę. Zobaczyć poprzeczkę otrzepującą się ze śniegu: bezcenne.

Gdy Polska była futbolowym mistrzem świata..

Nie, nie zwariowałem:) Zajrzałem niedawno na Kiedrosport, specjalizujący się w sportach niszowych, rzadkich, nietypowych i alternatywnych, i znalazłem tam bardzo ciekawą informację. Otóż maniacy statystyki postanowili prześledzić historię meczów międzypaństwowych, jako ciąg pojedynków o mistrzostwo świata (jak w boksie czy szachach), zaczynając od pierwszych potwierdzonych historycznie spotkań, czyli od 1872 roku. Przez blisko cztery dekady „tytuł mistrzowski” nawet nie miał szansy opuszczenia Wysp, bo pierwszy pojedynek „mistrza” z drużyną z kontynentu został rozegrany z 1909 roku, a pierwszym niewyspiarskim mistrzem została w 1931 roku Austria. Europę tytuł opuścił w 1950 roku, kiedy w pamiętnym meczu na MŚ Anglicy przegrali z USA. Od tej pory tytuł zasadniczo krąży między Europą a Ameryką Południową.

Z czasem tytuł postanowił trafić i w nasze ręce:) Po raz pierwszy szansę na jego zdobycie mieliśmy w 1947 roku (porażka 4-5 w Sztokholmie ze Szwecją). Udało się w piątej próbie, za to w jakim stylu – na hiszpańskim Mundialu’82 rozbiliśmy peruwiańskich mistrzów 5-1 (do dziś pamiętam, jak oglądałem na czarno-białym telewizorze; kto nie pamięta, może zobaczyć tu, tu – „Boniek do Buncola, cudowna akcja!”, Ibrahimovic mógł się na niej uczyć:) – i tu). Jak wiadomo, straciliśmy ten tytuł jeszcze na tych samych mistrzostwach (wraz z szansą na ten prawdziwy). Odzyskaliśmy go jeszcze później w 1989 roku, wygrywając z Rumunią, ale po niecałym miesiącu odebrali go nam Szwedzi. Później nie udało się go zdobyć nawet na Irlandczykach:)

W sumie mistrzem byliśmy przez 41 dni. Nie plasuje nas to wysoko na liście, wyżej są tacy mistrzowie jak Izrael, Gruzja, Kostaryka, Angola i Zimbabwe. Dobrze, że przynajmniej Antyle Holenderskie (mistrz z 1963 roku) są za nami:) Ale nie mówcie o tym za głośno w PZPN, bo Piechniczek znowu będzie udowadniał swojej wyższości nad sami wiecie kim.*

PS. Byłbym zapomniał – oczywiście muszę podać link do listy.

*[UZUPEŁNIENIE] i tak nie miałby racji, bo sami wiecie kto też zdobył tytuł mistrza świata w 1985 roku, wygrywając z Bułgarią, i utrzymał ten tytuł dłużej niż Piechniczek, bo prawie półtora miesiąca

Zima zaskoczyła handlowców

Pojechałem w niedzielę zatankować samochód. Przy okazji pomyślałem, że kupię już na zimę, zimowy płyn do spryskiwaczy. Przy wejściu do sklepu, piętrzyły się kanisterki z płynem do spryskiwaczy – ale letnim. Zimowego nie mieli ani kropli.

Od paru dni poszukujemy dla Juniora butów zimowych. Nie wiem, czy wszystko już wykupione, czy jeszcze nie sprowadzone, ale ogólnie rzecz  biorąc bryndza.

Potrzebuję jeszcze na zimę nowej łopaty do odśnieżania, ale czy handlowcy zdążyli już je zamówić? Zobaczymy..

A jutro podobno śnieg. Nawet jeśli z deszczem.

International level

Te dwa słowa to być może najbardziej znany cytat z wypowiedzi byłego już selekcjonera reprezentacji Polski Leo Beenhakkera (swoją drogą, trudno mi znaleźć oryginalny cytat, bez spędzenia godzin nad Google). Od dawna są przedmiotem drwin, rozumiane jako byt sam w sobie, wiadomy tylko Holendrowi (bardzo interesującą próbę interpretacji znalazłem tutaj). A do mnie właśnie dotarła oczywista oczywistość. Otóż było nie bylo, te słowa należy interpretować w tym języku, w którym były wypowiadane. Po angielsku „international” znaczy oczywiście przede wszystkim „międzynarodowy” (co w przypadku określania poziomu ledwo obiecujących piłkarzy rzeczywiście brzmi mocno na wyrost). Ale w kontekście sportowym, w wyspiarskiej wersji angielskiego, „international” znaczy ni mniej, ni więcej, tylko „reprezentant” (np. Polish international Rasiak, w kontekście Beenhakkera proponuję choćby ten cytat „The 63 year old Dutchman has coached at club and international level for almost forty years„). A nazwanie np. Piotra Polczaka „zawodnikiem na poziomie reprezentacyjnym” (jak sięgam pamięcią, po zakończeniu roku „Piłka Nożna” klasyfikowała piłkarzy, i takie określenie było jednym z poziomów jakości zawodnika) to może też trochę przesada, ale już raczej nie powód do drwin (a poza tym tego rodzaju słowa w ustach trenera mają też zawodnika zmotywować). Czyżby więc to tylko problem bariery językowej? Może. Ale przynajmniej nam po Beenhakkerze (oprócz wspomnień miłych z eliminacji Euro 2008 i gorszych z okresu późniejszego) fajny mem został;)

Dlaczego dopiero teraz?

Tak naprawdę to najchętniej trzymałbym się jak nadalej od afer, aferek i pseudoafer na szczytach władzy, i udawał, że mieszkam w innym kraju (jeszcze chętniej bym mieszkał w innym kraju, ale chwilowo nie dysponuję środkami na rentierstwo, a mój zawód w innych krajach byłby trochę mało przydatny, buu). Ostatnio jednak nie sposób palcem kiwnąć, żeby nie wyskoczyły jakieś rewelacje spod znaku CBA. Nie mam zamiaru ani na sekundę wnikać w wiarygodność doniesień i oświadczeń, zastanawiać się nad winą, niewinnością i głupotą zainteresowanych. Nie zamierzałem też głowić się nad wiarygodnością samego Biura w kontekście zadymy wokół jego szefa – ale dzisiaj nolens volens, zaatakowany kolejną porcją newsów w któychś mediach, ułożyłem sobie w pamięci kalendarium stoczniowe. I zadałem sobie pytanie: skoro CBA już w kwietniu/maju podsłuchało rozmowy sugerujące „ustawienie” przetargu, to dlaczego już wtedy nie zostały podjęte czynności w tej sprawie, a dopiero w październiku? Zwłaszcza że jakieś podejrzenia już musiały być, skoro wszystko już było podsłuchiwane? Rozumiem w sprawie hazardu, bo tam sprawa rozwijała się na bieżąco, ale w sprawie stoczni, postępowanie Kamińskiego śmierdzi. Hooverem. Nawet jeśli coś jest na rzeczy, a może zwłaszcza wtedy.

Strach przed Urzędem Skarbowym ma wielkie oczy

Opowiedziano mi dzisiaj historię, która w pierwszej chwili wydaje się przesuwać granice nieprzewidywalności ludzkich zachowań.

Pewna kobieta miała niespłacony kredyt. Wystąpiła do banku, żeby ten zgodził się na umorzenie jej części należności (około tysiąca złotych, głównie karne odsetki) w zamian za spłatę reszty. Bank się zgodził, strony podpisały (w ubiegłym roku) odpowiednie porozumienie. Zgodnie z przepisami, bank wystawił dłużniczce informację o uzyskanym przychodzie na formularzu PIT-8C (przesyłając kopię do urzędu skarbowego). Zgodnie z przepisami, ponieważ sytuację taką, w której ktoś miał zapłacić komuś innemu pieniądze i został z tego zwolniony, uważa się za przychód „z innych źródeł”, który należy wykazać (i opodatkować) w rocznym rozliczeniu. Nasza przykładowa dłużniczka tego jednak nie zrobiła. I co postanowiła, kiedy się o tym zorientowała? Otóż wystąpiła do banku, żeby ten zgodził się na zapłatę całej kwoty długu, z którego została zwolniona!

Nie wiem, jak się ta sprawa skończy (z czysto formalnego punktu widzenia, na skutek zwolnienia z długu, zgodnie z art. 508 k.c. zobowiązanie wygasło, więc zapłacenie należności bankowi będzie wymagało pewnej prawniczej ekwilibrystyki), ale znamienne jest to podejście: jak mam coś wyjaśniać w urzędzie skarbowym, to ja już wolę dać więcej, byle nie musieć z tym urzędem rozmawiać. Po głębszym namyśle, nie jest to może takie całkiem nieracjonalne. Jeżeli bowiem patrzymy tylko na wysokość samego podatku (19% kwoty „umorzonego” długu), to razem z ewentualnymi odsetkami (mizerne 10% rocznie w tej chwili), wydaje się to być znacznie mniej, niż kwota długu. Ale jak weźmiemy pod uwagę, że urząd dodatkowo może radośnie nałożyć jakąś grzywnę za niezłożenie w terminie prawidłowego zeznania, a może i za coś innego (i jeszcze może kontrolę zrobi?), to cała różnica pomiędzy kwotą „umorzonego” długu, a kwotą należną urzędowi, zaczyna się zacierać. A ile kosztuje czas i spokój zyskany dzięki brakowi kontaktu z urzędnikami skarbowymi?

Aczkolwiek jakoś intuicyjnie podejrzewam, że zainteresowana nie robiła takiej daleko idącej kalkulacji:)