Notka godna widelca

Czy może raczej Widelca. Widelca.pl (drzewiej aka pobandzie.pl). Mam więcej pomysłów na nowe notki, niż czasu na ich przemyślenie, ale teraz jakoś nie umiałem się opanować.

Zobaczyłem na portalu akcję charytatywną „Wylicytuj koszulkę Mai Włoszczowskiej i zostań świętym Mikołajem”. I pomyślałem sobie, że licytacja zyskałaby znacznie większą popularność, gdyby zwycięzca aukcji tę koszulkę mógł zdjąć z donatorki. Nie chce mi się sprawdzać, czy Zczubacy lub ci od Widelca (przy rowerzystce niezła nazwa, nomen omen), też już coś podobnego napisali:)

Maja Włoszczowska w koszulce podarowanej na aukcję

Precz z hipokryzją – w końcu w życiu czasem chodzi o to, żeby sobie popatrzeć na coś* ładnego. I . . . . . pomarzyć:) (zwłaszcza u progu kryzysu wieku średniego, [progu] wejściowego lub wyjściowego)

PS. *”Coś” może się wydawać nieco niezręczne, ale „myśl” miała charakter szerszy – nie tylko kobietę (w tańcu), lecz i konia w pełnym biegu, fregatę pod pełnymi żaglami, etc. A poza tym, to w końcu bzdurno-seksistowska notka.

Jak tak można??

Kiedy oglądałem (na Eurosporcie) ostatni konkurs skoków w Engelbergu, w pewnej chwili uwagę kamerzysty na dłuższą chwilę przykuł pies. Jakiś sympatyczny kundel (kto wie, może i rasowy), jasny w ciapki (umaszczeniem tułowia mógł przypominać dalmatyńczyka, ale z pyska bliższy był wyżłowi), łaził po śniegu nie przejmując się wyczynami skoczków i emocjami publiczności. Poczułem się jednak mocno zbulwersowany, kiedy kamerzysta nie odpuścił mu także wtedy, kiedy pies zaczął pracowicie sikać na jakąś stertę śniegu. Nie, nie chodzi mi o to, że to było obrzydliwe (choć nic w tym przyjemnego). Po prostu jak tak można psa bez jego zgody filmować w tej w sumie dość intymnej sytuacji i transmitować na cały świat. I to jeszcze w jakości HD:)

PR-owe szczęście Simona Ammanna

Był pamiętny rok 2001. Adam Małysz był wtedy prawdziwym Hegemonem Skoczni – patrząc w kalendarz, wszystkie jego sukcesy z najlepszego okresu miały miejsce właśnie w roku kalendarzowym 2001. Pierwsza eksplozja wielkiej formy nastąpiła wprawdzie jeszcze w ostatnich zawodach 2000 roku, ale najważniejsze skoki w wygranym TCS były już w 2001, w którym wygrał 17 zimowych konkursów pucharowych i zdobył swój pierwszy tytuł mistrza świata.

I pod koniec tego roku 2001, w szczycie małyszomanii, przyszedł nagły zwrot akcji. Kiedy wszyscy odliczali  dni do historycznego wyczynu, jakim miało być wygranie wszystkich czterech konkursów TCS (co wcale nie wydawało się niemożliwe, kiedy Małysz wygrał 6 z 9 konkursów na początku sezonu), eksplodowała wielka forma Svena Hannawalda, który sprzątnął Małyszowi sprzed nosa zaszczytny tytuł pierwszego (i nadal zresztą jedynego). Stał się przez to wśród polskich kibiców (małyszofanów byłoby może lepiej) Wrogiem Publicznym Numer Jeden, bo nie dość, że podważył pozycję Mistrza z Wisły, to jeszcze w najlepsze zabierał się do jego całkowitego zdetronizowania (atak na liczbę wygranych konkursów z rzędu, poważne zagrożenie dla prowadzenia w klasyfikacji Pucharu Świata). A na dodatek tuż-tuż były Igrzyska w Salt Lake City..

Na olimpijskiej skoczni Hannawald nadal był lepszy od Małysza. Na [średniej] go pokonał, na [dużej] też skakał dalej, lecz przeszkodził mu upadek już po dobrej chwili od wylądowania (nawet Niemcy twierdzili, że miał miejsce za linią oznaczającą koniec strefy lądowania, gdzie nie upadek nie powinien się liczyć). Ale indywidualnych tytułów Hannawald nie zdobył, bo – jak w poprawnie napisanej fabule –  nastąpił kolejny zwrot akcji i wszystkich zdeklasował młody Szwajcar Simon Ammann (Hannawaldowi został „na pocieszenie” tytuł mistrzowski w drużynie, też w dramatycznych okolicznościach, bo po ostatnich skokach Schmitta i Ahonena okazało się, że Niemcy wygrali o 0,1 pkt).

I tak sobie myślę – czy gdyby Simon Amman w Salt Lake City znienacka odebrał oczekiwane tytuły Małyszowi, a nie Hannawaldowi, to czy małyszofani potraktowaliby go tak samo, jak Niemca?

Cała historia przypomina mi się, kiedy patrzę jak w tym sezonie Ammann ze Schlierenzauererm deklasują rywali. Ale TCS zaczyna się dopiero po Świętach, a do Igrzysk w Vancouver (znowu za Oceanem!) jeszcze ponad 50 dni, więc kto wie..

Mroźny śnieg

Przy takim mrozie śnieg jest suchy i leciutki jak puch. Jak się go odgarnia na świeżo, niedługo po tym jak spadnie, to prawie się go nie czuje na łopacie (jak się już ubije, to robi się  taki sam, jak każdy inny).

Przy takim mrozie śnieg się pięknie skrzy w świetle. Jakby ktoś rozsypał malutkie diamenciki.

Przy takim mrozie śnieg chrzęści pod stopami prawie jak suche liście.

Ale najważniejsze, że jest, że rozjaśnia i dzień (o ile bardziej dotkliwe były ciemne grudniowe dni, zanim spadł), i noc (nawet w ciemną bezksiężycową noc jak wczoraj, jest jasno, chociaż coraz trudniej to dostrzec wobec narastającej wszechobecności latarni).

Utopia, czyli Dzień Bez Przeklinania

Obchodziliśmy ponoć dzisiaj (właściwie to już wczoraj, ale doba właściwie trwa od wstania do pójścia spać, co niekoniecznie się pokrywa z kalendarzową) Dzień Bez Przeklinania. Z tej to okazji rozmaite sympatyczne skądinąd na ogół autorytety, przez dzień cały namawiały przez radio, by powściągnąć emocje i nie dać się ponosić językowi, który prędzej odreaguje niż pomyśli. Uznałem, że to właściwie cenna inicjatywa, choć każdy rodzic dziecku będąc w domu (zasięg dziecięcych uszu jest zawsze większy, niż się wydaje) przestrzega lokalnej i ciągłej wersji DBP. No i prawie wyszedłem na hipokrytę, bo kiedy spotkanie zaplanowane na 17.00 zamiast do 17.30 potrwało do 19.00, a potem czekała jazda do domu przez cały ten śnieg, z myślą o zdążeniu na końcówkę układania dziecka do spania – to rozmaite zakręty latały nisko, niczym płatki śniegu nad maską.

I pomyśleć, że chciałem, k..a, napisać miłą notkę o urokach śniegu:) Ale nastrój prysł.

No to mamy logo

Wczoraj w Kijowie pokazano logo Euro’2012, wybrane przez UEFA, a zaprojektowane ponoć w Portugalii. Hmm, produkt ten obcej myśli graficznej nawet podoba się mi, choć autor nie bardzo odróżnia Polskę od Indonezji, a z racji historycznych nawet można przypuszczać, że Portugalczykowi Indonezja ciut bliższa (oczywiście, może też optycznie biało-czerwony kwiat brzydszy byłby od czerwono-białego, na razie nikt nie popełnił jeszcze wersji alternatywnej).

 

logo Euro2012

Jest jednak w tym logo coś niepokojącego: wybór kwiatu. O ileż bardziej słowiańskie byłyby wszak niezabudki (nawet mogę sobie je wyobrazić w wersji biało-czerwonej, lub – niech stracę – czerwono-białej). Po Portugalczyku spodziewałbym się też, że wplecie swoje goździki. Ale tulipany? I jeszcze ten słabo zamaskowany oranż tulipanów na piłce? Ech, wraży leoiści wszędzie te swoje łapska wrażą..

Bok, czyli czas zgrubień

Każde dziecko przechodzi przez fazę zdrabniania słów. Junior nie był w tym zakresie wyjątkiem. A że z fazy prostych zdrobnień przeszedł do fazy rozmaitych eksperymentów językowych, to niczym dziwnym nie jest, że dla równowagi zaczął rozmaite słowa pogrubiać. Co oczywiście potrafi prowadzić do zaskakujących w pierwszej chwili konstrukcji.

Tytułowy „bok”, to jeden z ulubionch przysmaków Juniora. Lekko podsmażony na patelni boczek, po zgrubieniu przbrał taką właśnie nazwę (odgadliście?:) to dobrze Wam tak). W epoce zdrobnień, bywał boczeczkiem lub boczusieczkiem.

Hmmm. A teraz Ojciec będzie musiał stoczyć ze sobą walkę, żeby boku dziecku nie podżerać. Za dużo:)

 

Czy mam wystąpić o tantiemy?

Już jakiś czas temu chwaliłem się zdolnościami profetycznymi🙂 W najśmielszych nawet przewidywaniach nie spodziewałem się jednak, że mój pomysł alternatywnego sposobu przyznawania punktów w F1 będzie kiedykolwiek poważnie rozważany, ba! proponowany do wdrożenia! (z niewielkimi tylko modyfikacjami, ja się ograniczałem do miejsc 1-8 i znacznie silniej  promowałem najlepsze miejsca). I pomyśleć, że się swego czasu dziwiłem, że przejdzie pomysł klasyfikacji „medalowej” Ecclestone’a..

Bardzo denerwujący pomysł

Spółka Polsat Cyfrowy, z której usług od paru już lat korzystam, uznała w jakimś momencie, że rozmaite informacje, które chciałaby przekazać swoim klientom, może im wyświetlić bezpośrednio na ekranie telewizora. I od niedawna co parę dni jestem bombardowany jakimś komunikatem, że np. za tydzień skończy mi się umowa i mogą mnie odłączyć (płacę im ostatnio co miesiąc na najbliższy miesiąc, taki kaprys), albo że mają dla mnie Nową Jeszcze Lepszą Ofertę, albo coś tam coś tam. I wszystko byłoby tolerowalne, gdyby nie to, że wyświetlony komunikat wisi na ekranie, dopóki nie znajdę pilota od tunera i nie kliknę wymaganego OK (w pełni aktualny stary dowcip: O k…). Jak któegoś dnia będę coś nagrywał przy wyłączonym telewizorze i po włączeniu taśmy zobaczę tylko planszę z przyciskiem OK na dole, to chyba kupię dekoder n czy innej Cyfry. A może oni tez tak mają? Wrrrrrr, w każdym razie.

Tytuł 3

W Mieście Świętej Wieży odwołano ostatnio w referendum prezydenta miasta, niejakiego Wronę. Jednym z zarzutów, jakie mi zapadły w pamięć, był taki, że Wrona bardziej dbał o pielgrzymów,niż o mieszkańców miasta, więc remontował wyłącznie drogi prowadzące do Jasnej Góry.

Zdarzyło mi się w tym tygodniu odwiedzać Miasto Świętej Wieży i musiałem znaleźć dwa adresy. Nie mam w samochodzie nawigacji, używam oldskulowej mapy i jakoś mi się udało trafić, ale  były z tym problemy. Zasadniczym zaś problemem było to, że na chyba żadnym skrzyżowaniu nie widziałem tabliczki z nazwą ulicy (w Katowicach są wszędzie). Prezydent Wrona dbał jak widać tylko o pielgrzymów podróżujących pieszo, ewentualnie czasami ograniczał się do postawienia tabliczek kierunkowych „Jasna Góra”. Tak że Wrony mi nie żal (swoją drogą, nie jest to w Polsce dobre nazwisko dla polityka:))

Ale miłym akcentem na koniec częstochowskiego dnia była wizyta w podczęstochowskiej wsi Konopiska. Ulica Marsjańska pod samym lasem, równoległa do Księżycowej, to było naprawdę coś. A przy tym kiedy wjeżdżałem do wsi, witała mnie wisząca nad horyzontem czerwona kula zachodzącego słońca, natomiast podczas wyjazdu żegnał mnie srebrnawy dysk wschodzącego księżyca, na dopiero co szarzejącym niebie. Tak jakoś ogólnie kosmicznie było:)