Był pamiętny rok 2001. Adam Małysz był wtedy prawdziwym Hegemonem Skoczni – patrząc w kalendarz, wszystkie jego sukcesy z najlepszego okresu miały miejsce właśnie w roku kalendarzowym 2001. Pierwsza eksplozja wielkiej formy nastąpiła wprawdzie jeszcze w ostatnich zawodach 2000 roku, ale najważniejsze skoki w wygranym TCS były już w 2001, w którym wygrał 17 zimowych konkursów pucharowych i zdobył swój pierwszy tytuł mistrza świata.
I pod koniec tego roku 2001, w szczycie małyszomanii, przyszedł nagły zwrot akcji. Kiedy wszyscy odliczali dni do historycznego wyczynu, jakim miało być wygranie wszystkich czterech konkursów TCS (co wcale nie wydawało się niemożliwe, kiedy Małysz wygrał 6 z 9 konkursów na początku sezonu), eksplodowała wielka forma Svena Hannawalda, który sprzątnął Małyszowi sprzed nosa zaszczytny tytuł pierwszego (i nadal zresztą jedynego). Stał się przez to wśród polskich kibiców (małyszofanów byłoby może lepiej) Wrogiem Publicznym Numer Jeden, bo nie dość, że podważył pozycję Mistrza z Wisły, to jeszcze w najlepsze zabierał się do jego całkowitego zdetronizowania (atak na liczbę wygranych konkursów z rzędu, poważne zagrożenie dla prowadzenia w klasyfikacji Pucharu Świata). A na dodatek tuż-tuż były Igrzyska w Salt Lake City..
Na olimpijskiej skoczni Hannawald nadal był lepszy od Małysza. Na [średniej] go pokonał, na [dużej] też skakał dalej, lecz przeszkodził mu upadek już po dobrej chwili od wylądowania (nawet Niemcy twierdzili, że miał miejsce za linią oznaczającą koniec strefy lądowania, gdzie nie upadek nie powinien się liczyć). Ale indywidualnych tytułów Hannawald nie zdobył, bo – jak w poprawnie napisanej fabule – nastąpił kolejny zwrot akcji i wszystkich zdeklasował młody Szwajcar Simon Ammann (Hannawaldowi został „na pocieszenie” tytuł mistrzowski w drużynie, też w dramatycznych okolicznościach, bo po ostatnich skokach Schmitta i Ahonena okazało się, że Niemcy wygrali o 0,1 pkt).
I tak sobie myślę – czy gdyby Simon Amman w Salt Lake City znienacka odebrał oczekiwane tytuły Małyszowi, a nie Hannawaldowi, to czy małyszofani potraktowaliby go tak samo, jak Niemca?
Cała historia przypomina mi się, kiedy patrzę jak w tym sezonie Ammann ze Schlierenzauererm deklasują rywali. Ale TCS zaczyna się dopiero po Świętach, a do Igrzysk w Vancouver (znowu za Oceanem!) jeszcze ponad 50 dni, więc kto wie..